Jesteś dałnem/ludziem na tym blogu XD

Księga Gości

Dawniej napisane
2005
luty (1)
marzec (4)
kwiecień (1)
maj (3)
czerwiec (3)
sierpien (2)
wrzesień (1)
listopad (1)

2006
styczeń (1)

2007
październik (1)

2008
maj (1)



O mnie



calaen
Dodaj do ulubionych


Fejweryt
tylko-wariaciedelsten

i'm in slytherin!
be sorted @ nimbo.net



Lay wykonała Melissa Calaen specjalnie dla swojej cudownej osoby XD
Za muzykę dziękuję Lenny :*
Nazwałam: [.]
Napisałam: [czwartek, 15 maja 2008 19:20:56]

.

Była to radosna twórczość Melka vel Mel vel Melissy Calaen z serii "Kocham Harryego Pottera"... Tfu! Nie ta seria, to przecież tytuł odcinka PoKeMoNóW... Miało być z serii "Zabić Pottera, czyli ZŁO w Hogwarcie" *gleba*
Za przeczytanie tego debilnego zakończenia musicie winić autorkę tego opowa, a nie jej jaźń czy jego bohaterkę. My nie mamy z tym nic wspólnego.

komentarze [0]



Nazwałam: [^^]
Napisałam: [piątek, 12 października 2007 18:17:24]

ot tak, bo mi by to zabrali ^^

Była to radosna twórczość Melka vel Mel vel Melissy Calaen z serii "Kocham Harryego Pottera"... Tfu! Nie ta seria, to przecież tytuł odcinka PoKeMoNóW... Miało być z serii "Zabić Pottera, czyli ZŁO w Hogwarcie" *gleba*
Za przeczytanie tego debilnego zakończenia musicie winić autorkę tego opowa, a nie jej jaźń czy jego bohaterkę. My nie mamy z tym nic wspólnego.

komentarze [0]



Nazwałam: [Aka.]
Napisałam: [poniedziałek, 9 stycznia 2006 14:12:01]

Ponieważ mam zawrotne tempo pisania, postanowiłam dodać new note znóf przed zakończeniem parta i nje ma jeszcze tego, co chciałaś, Oćku XD Ciągu dalszego spodziewajcie się... Nie wiem kiedy, ale się spodziewajcie XD Wiem, że nje możecie sie doczekać kontynuowejszyn, ale trudno się dziwić, w końcu maj tfu!rczość jezd cudowna a ja jezdem niezwykle skromna, a co XD
Ływ dedykejszyn for Lavek ent Avek, dzięki za królicka XD



Piosenka się skończyła. U mnie nastąpił efekt galaretowatych nóg połączony z niesamowitym speedem, więc zaczęłam biegać w kółko i wymachiwać rękami, przy okazji stojąc w miejscu. Ja też nie wiem jak tego dokonałam.
Kiedy w końcu udało mi się względnie, bezpiecznie dla otoczenia, ustać w jednym miejscu (fakt, że to był stół gryzoniów, nie ma tu nic do rzeczy), zjawiła się moja najukochańsza siostrzyczka Lavek.
- Melku, słuchaj, musisz mi pomóc!
- Dla ciebie wszystko, wszędzie i o każdej porze, ale pod warunkiem, że to nie będzie wymagało ode mnie myślenia! – błysnęłam.
- Więc ja chcę się pozbyć raz na zawsze Alexa i nie wiem jak mam to zrobić...
- Yyy... Jake! Wiesz jak moja sisa ma się pozbyć Alexa? Nie? To się dowiedz, bo ja tu nie jestem muskiem operacji, nyo! – zaczęłam go ciągnąć za rękaw, swoim korniszonowym zwyczajem.
- Sam nie wiem... Może niech Alex zobaczy jak Lavek całuje się z Travisem w tańcu? – spojrzał na nas pytająco.
- Tak! Ale uprzedzam, że może nie zadziałaś, więc wymyślaj plan by! – poinformowała go Lavek.
- Lav... – Travnik spojrzał na nią ze słodką minką – Zatańczysz ze mną?
- Z tobą zawsze – powiedziała moja siostra do naszego elfiego przyjaciela.
- Ale gdzie jest Nemo? Tfu! Alex? On przeca musi was zobaczyć!
- Yyy faktycznie... Melku kochany, weź go sprowadź, dobrze? – poprosiła.
- To wtedy muszę wymyślić jakiś pretekst...
- Powiedz, że... Yyy... Że... Ma dwie różne nogi! A nie, to nie ten film... - wyjęła z kieszeni jakiś gruby zeszyt i zaczęła go przeglądać – Gdzie to było? Że też w takiej chwili zapomniałam tekstu... O, już mam! – założyła wyimaginowane okulary i zaczęła czytać – Powiedz mu, że profesor McDonald każe mu przyjść do tego stołu otworzyć nawias tu wskaż stół najbliższy miejsca, w którym będziecie tańczyć, zamknąć nawias, ale tego nie czytaj! Yyy... Znaczy się tego, ma przyjść do tego stołu, bo McDonald mu każe – wskazała na najbliższy nas stolik.
- Może się nie znam na knuciu intryg miłosnych, ale nie łatwiej byłoby, gdybyś po prostu go tu przyprowadziła? – zapytał Travnik.
- Z pewnością nie znasz się na intrygach miłosnych... – Jake pokręcił głową z dezaprobatą – Meluś, a może po prostu go tu przyprowadź?
- Genialny pomysł! – pochwaliłam go – Lavku, to wy idźcie sobie tańczyć, a ja idę po Alexencjusza (?).
- Dzięki Meluś! – pomachała mi wyciągana na parkiet przez Travnika.
Zaczęłam łazić naokoło sali w poszukiwaniu rudzielca, na którego oczywiście wpadłam, jako, że był pierwszą osobą, która nie uciekła na mój widok.
- Alex, maj frent! Jak ja za tobą tęskniłam! Du ju nit sanglasys? – uwiesiłam mu się na szyi.
- Melek, dobrze się czujesz?
- Ależ jak najbardziej mój rudowłosy przyjacielu, musisz teraz iść ze mną w pewne miejsce...
- Co?
- Zaufaj przeznaczeniu Luke... Znaczy Alex – złapałam go za nadgarstek i wywaliłam się z nim na wypastowanej podłodze – A jeśli już mu zaufałeś, to pomóż mi wstać! – zaczęłam machać rękami z ziemi wypikując S.O.S. językiem morsów na nieistniejącej trąbce lewitującej tuż przed prawą stroną lewej strony prawego górnego rogu lewej źrenicy.
- Dobra... – spojrzał na mnie lekko przerażony i pomgół mi wstać. Ha! Jestem straszna!
- Nyo! Kierunek tamten stolik! – wskazałam na lampę. Popukał się w czoło (czyżby coś sugerował?) i poszedł za mną.
- Po co mnie tu przywlokłaś? – łosz! On mnie nie lubi! Jak on tak może?! Co z niego za impertynencki (co to znaczy?...) ogórek!
- No bo... Czy to nie choinka z żelków? – sięgnęłam po coś na środku stołu, co po bliższych oględzinach okazało się choinką z żelków, ale nie miśków, więc tego nie ruszyłam – Więc spójrz tam! – nakierowałam za pomocą palca jego wzrok na Lavka wiszącego na Travniku.
- Co? – spojrzał na mnie zszokowany – Ona z nim..?
- Nie! Teraz patrz! – znowu przekierowałam jego wzrok na parkę, która tym razem się całowała.
- Ona aż tak bardzo chce żebym był zazdrosny? – wzruszył się i otarł wyimaginowaną łezkę z oka.
- Yyy..? Ale spójrz! Ona się w nim zakochała! – zaczęłam machać mu rękami przed nosem.
- Nie Melku, rozumiem, że ona mnie kocha i chce, żebym był zazdrosny... – co za idiota, co za idiota, co za idiota!
- I co jeszcze? – mruknęłam patrząc na niego jak na totalnego kapcia.
- I jeszcze ja też ją kocham – uśmiechnął się głupkowato.
- KALAFIOR! – wydarłam się na niego niezwykle obraźliwie.
- Laveczku! – nie zwracał już na mnie uwagi, bo piosenka się skończyła, a co za tym idzie, Lavek nie wisiała już na Travniku.
- Co? – zapytała już mając nadzieję, że rudzielec z nią zerwie. Niestety, nadzieja matką głupich, a głupi zawsze ma szczęście... Co z tego wynika? Promocja na pierożki babuni jest EWRIŁER! Że niby jak nie ma związku? Tu jest głęboko ukryty, filozoficzny związek! Ten związek jest tak głęboko ukryty, że nikt go jeszcze nie znalazł, ale jest!
- Jestem wzruszony... – uświadomił ją – Też cię kocham.
- Co? – zapytała skołowana. Czyżby się powtarzała? Czyżby nie znała innych pytań? Czyżby było mi zimno w nogi?
- Rozumiem, że chciałaś, żebym pokazał, jak mi na tobie zależy... Nie musiałaś tego robić, przecież ja cię kocham najbardziej na świecie... Nic nas nie rozłączy...
- BUAHAHAHAHAHA! – zaczęłam się śmiać jak bym była co najmniej nienormalna, co z resztą jest prawdą. No co? Nie moja wina, że on walnął stylowym, romantycznym tekstem świadczącym o nadchodzącym kataklizmie! Zerwaniu znaczy.
- Mela...
- Nie, nie, nie przeszkadzaj sobie, mów dalej, dalej możesz wierzyć w te kity... „Nic nas nie rozdzieli”... Muahahaha, ja nie mogę!
- W każdym razie... - mówił starając się ignorować moje napady śmiechu - ...Wybaczam ci, że się z nim całowałaś i całkowicie to rozumiem. Kocham ciebie i tylko ciebie, na zawsze – uśmiechnął się słodko (głos w tle: rzygamy?!) do Lavka i czekał na reakcję.
- Jasne... – powiedziała moja siostra. Bardzo zawiodła się dzisiaj na sposobie rozumowania swojego teraźniejszego, wkrótce byłego, narzeczonego – Nie zauważyłeś może, że jestem zakochana w Travisie? – błysnęła bezpośrednio.
- Ależ nie musisz udawać, wiem, że jesteśmy sobie przeznaczeni, kochanie – znów zaczął się słitaśnie smajlić – Już na zawsze będziemy razem – zakryłam usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Nie no, człowiek jest genialny, kto w tych czasach wali takimi tekstami? Odpowiedź jest jasna: oto Alex, niepoprawny romantyk wierzący w cudowną miłość od urodzenia, a co!
- Jak chcesz.. – powiedziała z rezygnacją siostra – Jake, musisz wymyślić coś nowego – powiedziała, kiedy odeszliśmy.
- No w zasadzie to coś już mam, ale nie jestem pewien czy się zgodzicie...
- Czemu mielibyśmy się nie zgodzić?
- Bo to trochę tego, dziwne... – trochę się zarumienił. Jeej, jak on słodko wygląda jak się rumieni!
- To znaczy, że co mamy zrobić? – zainteresował się Travis. Czy on lubi takie „dziwne”, przestrzenne rzeczy? TAK! Co nie zmienia faktu, że jest idealnym chłopakiem dla Lavka.
- Musicie iść razem do Nawiedzonego Kibla Nawiedzonej Marty, zamknąć się w jednej kabinie i porobić przestrzennie pseudo świnki morskie – błysnął. Kto by się spodziewał, że on jest taki inteligentny? Nikt? I bardzo dobrze, bo gdyby był inteligentny, to bym nie chciała się z nim znajomić! Mnie obchodzą tylko ludzie yntelidżentni, o!
- Bardzo chętnie – Trava uśmiechnął się sugestywnie do Lavka.
- Ja też bardzo chętnie – też się uśmiechnęła, chwytając chłopaka za rękę.
- Coś czuję, że na udawaniu się nie skończy... – oznajmiłam światu swoje spostrzeżenia.
- Meleczku, nie przesadzaj... – powiedział już i tak LEKKO nietrzeźwy Trav trzymając w ręce szklankę ginu z tonikiem. Aczkolwiek jego oczy, które, nawiasem mówiąc, są całkiem ładne, jak na blond elfa, twierdziły, że na pewno dojdzie do czegoś więcej.
- Dobra, więc ustalone, za jakiś czas macie zniknąć, za pół godziny pójdziemy do kibla z Alexem, a wy już macie realizować plan, rozumiecie, szeregowa Hope? – wydarłam się na Lavka, która ładnie kleiła się do Travisa.
- Ta jest, oficerze Calaen! Już idziemy – uśmiechnęła się i wyciągnęła swoją miłość na środek sali, żeby jeszcze trochę z nim potańczyć.
- Melku, chodź ze mną zatańczyć – złapał mnie za rękę, którą natychmiast wyrwałam.
- O nie, drugi raz nie dam się nabrać! Nie jestem taka łatwa jak ci się wydaje! I w ogóle to chcę pić, o! – krzyknęłam. Połowa ludzi zgromadzonych wokół nas zaczęła na mnie patrzeć jak na idiotkę totalną, którą z resztą jestem, ale ciii! Jak coś powiesz to cię utopię w czajniku, więc dla własnego dobra nie zdradzaj tej wielkiej tajemnicy, o której i tak wszyscy wiedzą, chociaż nikt nie wie!
- Dziewczyno, z jakiej ty planety pochodzisz?.. – Sidney, która niewiadomo kiedy zmaterializowała się na balu w długiej, prostej, czarnej sukience, przyglądała mi się z litością.
- Jestem z Wenus i przybywam w pokoju, moja tania ziemianko, a teraz zostaw mnie w spokoju, gdyż mam silną potrzebę pobiegania w kółko i powymachiwania rękami, drąc się przy tym.
- Jasne, jak chcesz – przewróciła oczami i poszła. Kto jej pozwolił przewracać na mnie oczami?! To nieładnie! Powiem wszystko babci!
- JA CHCĘ PIIIIIIĆ! – jak zapowiedziałam, tak też zrobiłam. Większość ludzi oddaliła się ode mnie na bezpieczną odległość, dzięki czemu nagle okazało się, że część Sali należy do mojego fanclubu! Chwila, ja mam fanclub? Eee... Nieważne.
- Patrzcie, tam jest Melek! – pisnęła jakaś długowłosa, ruda dziewczyna w czarnej koszulce z anarchią, a po chwili była tuż obok mnie, razem z szatynką w czerwonej bluzce z pacyfką. Na oko chodziły do trzeciej klasy – Dasz nam autograf?
- Yyy... Jasne. A dlaczego chcecie mój autograf?
- Czytałyśmy wczoraj scenariusz do Serca Demona, poza tym rodzinka ZoNk!^^ jest już sławna nie tylko w waszym domu, więc fajnie jest znać założycielkę, oczywiście muzyka BSEów też nam się bardzo podoba – uświadomiła mnie szatynka.
- A ha – odparłam wyjątkowo inteligentnie, jak na mnie – Wiecie, że was kocham? – przytuliłam obie.
- My ciebie też – odparły zgodnie. Chwilę później biegły do swojego stolika, machając mi w drodze na pożegnanie.
- Na pewno będą mnie godnie zastępować – uśmiechnęłam się do siebie.
- Cicho! Przedstawiają gościa wieczoru! – Jake wskazał na scenę, gdzie jeszcze przed chwilą grały Fatalne Jędze. Teraz stał na niej Dumbel.
- Drodzy uczniowie! – zaczął jak zwykle – Ponieważ dzisiaj mamy niezwykłą okazję, zbliżające się święta Bożego Narodzenia, na tym balu pojawi się wasza... Nasza największa idolka! Jej fanami są wszyscy uczniowie Hogwartu! – czy on się zamienia w darmową reklamę? – Powitajcie oklaskami największą gwiazdę, jaka kiedykolwiek ukończyła rumuńską akademię magii! Przed wami gość wieczoru, MANDARYNA! – krzyknął klaszcząc i ustępując miejsca na scenie starej, pomarszczonej, farbowanej blondynie w różowej mini i koszulce odsłaniającej pępęk. Większość różowych dziewczyn zaczęła piszczeć, tudzież klaskać, i natychmiast zgromadziły się pod sceną. Trzeba jakoś przeszkodzić w tym występie zanim punki ze szkoły zwariują i zaczną lubić to... coś. Albo może zwyczajnie się ewakuuję? Nie! Nie pozwolą wyprać musków kfiatkoprzestrzennych naszych żołnierzy! Chwila, o czym ja mówię? Nieważne, w każdym razie, nie wiem jak, ale tego dokonam, o!
- Melku, nie wiesz gdzie jest Lav? – zapytał Alex podchodząc do mnie i rozglądając się.
- No jest... GDZIEŚ! A łaj jej szukasz?
- Tęsknię za nią? – zaproponował wyjaśnienie.
- Meluś, minęło już pół godziny! – wydarł się Jake, próbując przekrzyczeć Mandarynę wyjącą tym swoim skrzekliwym głosikiem Here I go again.
- Chodź za mną, Luke, a pokażę ci więcej! – złapałam Alexa za rękę i wyciągnęłam go z WS i skierowałam się z nim w stronę kibla Marty – Wiem gdzie jest maj sister – błysnęłam.
- Gdzie? – wykazał nadmierne zainteresowanie. Cóż, sam chciał to zobaczyć...
- W toalecie – uśmiechnęłam się słodko.
- I to nie byle jakiej, w toalecie Jęczącej Marty – dopowiedział Jake, idący obok mnie. Nabrał ciekawego zwyczaju obejmowanie mnie w talii, kiedy jesteśmy obok siebie... Nie żeby mi to przeszkadzało, ale zastanawiałam się skąd się to u niego wzięło.
- Czemu w kiblu Marty? – zdziwił się.
- Bo musiała załatwić PILNĄ SPRAWĘ... – zaczęłam się śmiać, więc Jake szturchnął mnie łokciem w bok – Ej, co ja powiedziałam?
- Nie śmiej się, bo załapie za szybko – sam zaczął się śmiać. Wyjątkowo to konsekwentne z jego strony.
- Czy wy coś przede mną ukrywacie? – kurde, jak on się domyślił?
- Nie, ależ skąd... – znowu zaczęłam się śmiać, więc musiałam się uwiesić na Jakeu żeby się nie wywalić.
- Zaraz zobaczysz co ukrywamy, uprzedzam, że to nie jest zbyt miły widok – poinformował go.
- Co? Lavusi coś jest?! Chodźmy szybciej! – zaczął piszczeć.
- Nie! Ona może się przemienić! Musimy zachować ostrożność, bo ona może... Się zamienić w potwora jeśli będziemy wykonywać gwałtowne ruchy! – naprawdę bardzo starałam się nie śmiać, ale niezbyt mi to wychodziło...
- Aaaaaa! – Alex panikował. Piszczał takim śmiesznym, cienkim głosikiem, prosto od różowej laski.
- Nie, no nie strasz go... – powiedział Jake udając powagę, kiedy wreszcie doszliśmy.
- Dobra... – zrobiłam niewinną minkę i otworzyłam drzwi. Pierwszym, co rzuciło mi się w oczy, a dokładnie to w uszy, były dźwięki godne produkcji kfiatków przestrzennych, czyli oczywiście głośne jęki, wydawane przez osobę rodzaju żeńskiego, posiadającą głos zaskakująco podobny do Lavka. Czyli moja siostra albo świetnie udaje albo... (XD)
- Co... Tu się dzieje? – zapytał Alex wytrzeszczając oczy na sukienkę Lavka oraz garnitur Travnika, leżące na podłodze. Świadczyło to o tym, że są w samej bieliźnie lub nawet bez bez...
- Patrzcie – Jake inteligentnie wskazał na jedną z kabin, nad którą wisiała Jęcząca Marta, podziwiając widoki. Kabina ta wyglądała zwyczajnie, nawet posiadała przepisowe cztery nogi. Co? Cztery nogi?!
- Lavuś... – jęknął Alex wciąż nie mogąc uwierzyć, że jednak stało się to, czego najbardziej się obawiał. Biedny Alex, tak mi go żal, tak mi smutno... Buahahahaha!
- Jeśli nadal uważasz, że ona cię tak kocha, możesz sprawdzić... – Jake wskazał na kabinę.
- No... – rudzielec był załamany, ale jednak nie wierzył. Postanowiłam nie pozwolić mu na złudzenia i grzecznie zapukałam nogą, jak przystało na ZoNkA!^^, co oznacza, ze po prostu kopnęłam drzwi, żeby się grzecznie otworzyły. Nie chciały...
- Laaaaveeeek, to jaaaaa! Wpuśćcie mnie, ja chcę z wami! – wydarłam się.
- Kto to? – burknął Travis niezadowolony, że mu przerywają ważną czynność, jaką jest wymiana śliny łyf maj sister.
- Nie do ciebie rozmawiam! Lavek! Otwieraj, nyo! – jeszcze raz kopnęłam w drzwi.
- Już, już... – coś chrząstnęło (?) i po chwili kabina stała przed nami otworem, a w niej Lavek z Travnikiem przylepieni do siebie w dość niekompletnym ubraniu i dwuznacznej pozycji, wynikającej pewnie z rozmiaru pomieszczenia, w którym się znajdowali. Możliwe też, że wynikało to z innej rzeczy. Aczkolwiek Lavek raczej udawała, że jęczy. Jęcząca Marta zaczęła chichotać na widok lekkiego zakłopotania Travnika, ja śmiałam się z wytrzeszczu Alexa, a Jake śmiał się chyba mi do towarzystwa, więc szybko wywaliliśmy się oboje na podłogę.
- Dlaczego mi to zrobiłaś? – zapytał narzeczony od urodzenia ze łzami w oczach.
- Bo eee...
- Nic nie mów, nie tłumacz się... – odwrócił się od niej plecami. Starałam się nie wybuchnąć śmiechem, w końcu jego dramatyczne sceny są bardzo ciekawe i pouczające, na swój głupkowaty i nieyntelidżentny sposób... – Skoro tak postępujesz, nie możemy być razem... Wybacz... Odchodzę. Jeśli chcesz porozmawiać, jestem w Wielkiej Sali... Ale najpierw się ubierzcie – z miną pt. „Już cię nie kocham!” Alex wyewakuował się z kibla. Kiedy tylko zamknęły się za nim drzwi, moja siostra odtańczyła taniec radości na głowie Słownika... Travnika, drąc się: „JEJEJE!”.
- Może już wróćmy? – zaproponował Travis, głupio się ciesząc z niewiadomo czego. Nie, wiem z czego! Z widoku mojej siostry w staniku! Ha! Jednak jestem geniuszem!
- Tylko się ubierzemy – uśmiechnęła się Lavek wchodząc ze swoimi ciuchami do kibla. Travnik poszedł w jej ślady.
- To może już chodźmy? – nie czekając na odpowiedź, Jake złapał mnie za rękę i zaciągnął do WS. Brutal! Kiedyś mu się za to odwdzięczę i każę mu posprzątać pod swoim łóżkiem!
- Po co my tutaj? Co my tu robimy? Czemu tu śpiewa Mandaryna? I... O BOŻE! MÓJ KUZYN PROSI JĄ O AUTOGRAF! – wydarłam się przerażona na cały Hogwart, po czym wywaliłam się i udawałam, że zemdlałam. Ciekawe czy Jake umie robić sztuczne oddychanie? Nie żeby mi na tym jakoś zależało, ale fajnie by było...
- Melek, żyjesz! Melek! Mela! Meluś! Wstawaj! Żyj! - położył moją głowę na kolanach – Nie umieraj! Potrzebuję cię! Kochanie, nie odchodź! NIEEEEEEEE! Dlaczego?! Dlaczego ty, a nie ja?! – zaczął dramatyzować. Zapomniałam, że miałam udawać martwą i zaczęłam się głupio śmiać. Wokół nas zebrał się tłum, a ludzie, jak to ich ludzkim zwyczajem, zaczęli wytykać nas palcami od rąk. Głupi ludzie! Nie wiedzą, że to niekulturalnie?! Powinno się pokazywać palcami od nóg!
- Co się stało? – zapytał mój Dracuś zjawiając się nagle – Jake, ona żyje...
- Jak żyje jak nie żyje?! Przyjrzyj się! Przecież nie oddycha i nie wydaje żadnych dźwięków! – zaczęłam się dusić ze śmiechu, co trochę przeczyło teorii chłopaka, ale to się wytnie.
- Ale ona żyje! – upierał się ulizaniec.
- Wcale nie! Meluś, powiedz mu coś!
- Tak Draco, ja nie żyje, właśnie Jake pozbywa się zwłok topiąc mnie w jeziorze, żeby mnie pożarła Wielka Kałamarnica, ponieważ udusił mnie poduszką – uświadomiłam go.
- Ale ty żyjesz!
- Co ty, ślepy jesteś? Ona nie żyje! Zrozum wreszcie! Sam ją zabiłem, a potem zgwałciłem bestialsko i bezlitośnie – zaczęliśmy się oboje śmiać, leżąc jedno na drugim na podłodze.
- Jesteście chorzy – stwierdził patrząc na nas jak na idiotów kompletnych, którymi z resztą byliśmy, jesteśmy i będziemy na wieki wieków, amen.
- No ba – potwierdziłam dostając kolejnego napadu śmiechu.
- Może zamiast cieszyć się głupio pomożecie mi założyć fan club Mandaryny? – zaproponował. Ja i Jake zaczęliśmy śmiać się jeszcze bardziej, na co on zareagował w sposób co najmniej dziwny, tj. stwierdził, że się zgadzamy na jego prośbę.
- Zgadzacie się? To świetnie! – a nie mówiłam? - Pomóżcie mi rozdać plakietki i poszukajcie członków – wysypał na nas plakietki i poszedł do Mandaryny po następny autograf.
- Jake... Ja się go boję... – wtuliłam się w Jakea i dalej płakałam ze śmiechu, znajdując się w stanie wskazującym na brak sprawności umysłowej połączony ze schizofrenią środkowej kończymy dolnej (moja Środkowa Noga jest bóstwem, a co!) i złamaniem otwartym prawej strony siatkówki oka znajdującego się na prawo od lewego.
- No ale może mu pomożemy? To będzie świetna okazja, żeby porzucać plakietkami w ludzi no i porobić z siebie kretynów, wstawaj – sam wstał i pomógł mi dokonać tej czynności, która bez jego pomocnej dłoni nigdy by się nie udała. Jestem jego wielką dłużniczką!
- Skoro tak mówisz, to oczywiście – znowu trzymał mnie w talii – Ej, niewygodnie mi w tej sukience.
- To ją zdejmij – mrugnął do mnie z sugestywnym uśmiechem.
- Ani mi się śni! Jeszcze mi tego brakowało, żeby się rozbierać na środku Wielkiej Sali! Zapomnij!
- Nie zrobisz tego dla mnie? – zrobił minkę zbitego psa. Oczywiście, że zrobiłabym, gdyby jeszcze mówił to na poważnie, a ja byłabym całkowicie pijana...
- O nie! Ja do tych łatwych nie należę – a przynajmniej udaję – I musisz się bardziej postarać, żebym dla ciebie zrobiła wszystko – oj nieładnie tak kłamać, panno Calaen... - Rzekłam. Amen.
- Jasne – uśmiechnął się słodko. Dobra, to mogę uznać za większe staranie się, ten uśmiech... Ach...
- Mieliśmy rozdawać plakietki – przypomniałam mu, kiedy zaczął gapić się na bliżej nieokreśloną przestrzeń przed sobą, popularnie nazywaną oczami Melka.
- A, faktycznie – podniósł z ziemi kartonik z plakietkami – KTO CHCE DOŁĄCZYĆ DO FAN CLUBU MANDARYNY?! – wydarł się. O dziwo, wokół nas zgromadził się tłum różowych lasek, które piszczały i skakały wokół nas, wprost błagając o plakietki.
- Macie! Podzielimy się z biednymi posiłkiem! Albowiem jesteśmy miłosierni niczym eee... Niczym czerwony żelek-misiek! – krzyczałam rzucając w powietrze plakietki, na które barbie rzucały się na nie, biły się i wyrywały sobie włosy w walce o prawa własności do tego obrzydlistwa. Cóż, trzeba być słitgirl, żeby dokonać czegoś takiego, a one niestety takie były...
Po jakichś piętnastu minutach słitgirly były poobijane i każda miała w ręku jedną różową plakietką z napisem „SłIt MaNdArYnCiA jEsT mOiM iDoLeM” zmieniający się czasem na „KoFfAm MaNdArYnCiĘ”, oczywiście wszystko w takiej suitaśnej, różowej ramce. Fanki oczywiście były zachwycone, a ja i Jake ciągle się śmialiśmy, więc położyliśmy się na podłodze (nie, nie na sobie, na podłodze...) i nie mogąc przestać się brechtać przysłuchiwaliśmy się ich rozmowom o herbatce reklamowanej przez tą najcudowniejszą, ich zdaniem, osobę na świecie.

Była to radosna twórczość Melka vel Mel vel Melissy Calaen z serii "Kocham Harryego Pottera"... Tfu! Nie ta seria, to przecież tytuł odcinka PoKeMoNóW... Miało być z serii "Zabić Pottera, czyli ZŁO w Hogwarcie" *gleba*
Za przeczytanie tego debilnego zakończenia musicie winić autorkę tego opowa, a nie jej jaźń czy jego bohaterkę. My nie mamy z tym nic wspólnego.

komentarze [14]



Nazwałam: [Młahahahaha XD]
Napisałam: [poniedziałek, 28 listopada 2005 15:07:52]

Oto po długich oczekiwaniach jezd part! A w zasadzie jego większa część XD Reszta będzie... jak ją napiszę XD Czyli w najbliższym czasie nie szykujcie się na rewolucję XD Otóż dedykuję go Oćkowi, Lenkowi, Lavkowi oraz Avkowi, amen XD




16. Bal, mamy bal! A przy okazji mamy szlabany...

- Melek! Zbudź się! – ktoś wydarł się do mojego ucha.
- Ja wcale nie śpię! – zaprzeczyłam z zamkniętymi oczami wpakowując głowę pod poduszkę.
- Właśnie widzę... – westchnął głos, po czym coś zaczęło trząść moim łóżkiem.
- AAAA! TRZĘSIENIE ZIEMI! RATUJ SIĘ KTO MOŻE! ALE MELKI I TOM PIERWSI! – spadłam z wyrka.
- Spokojnie, to tylko ja – poinformował mnie Chad.
- CHAD! Jak śmiesz budzić mnie w środku nocy po południu wczesnym rankiem i wyciągać bezczelnie i okrutnie z mojego środowiska naturalnego, tudzież łóżka?! – cóż za piękna wypowiedź! Chyba zacznę się podziwiać.
- Przepraszam! Musiałem! Zmusili mnie ci z dołu! Wybacz, o wielka... Wielka... Kałamarnico! Tfu! Znaczy Melku! – padł przede mną na kolana i zaczął udawać, że płacze.
- Dobra, dobra, już wstaję... Ej, zaraz jacy z dołu?!
- No Jake, Trav, Hotek, Ell... Szantażowali mnie! Buuuuu!
- Już ja im dam cię szantażować! Gdzie moje glany?! – weszłam pod łóżko w poszukiwaniu mojego obuwia. Eee, no tak, w końcu zostawiłam je w WS, bo w galanach nie wpuszczają... To może... Hmm... Sandałki w mleczka czekoladowe? Dobrze, nadadzą się, w każdym razie źle się w nich chodzi, więc jest jeszcze większa szansa, że zabiję się na schodach!
- Dobra, ale chodź już, bo naprawdę oni tam już długo czekają.
- Już lecęęęęęęęę! – wstałam i potknęłam się o własne nogi – Ach, te wyboje, dziury w podłodze, poślizgi, lód, pchające mnie gremliny i wredne obuwie... Ja się tak nie bawię!
- Idziemy – zakomunikował wypychając mnie z dormitorium. Mleczko czekoladowe go ukarze!
- Ja nie pójdę!
- Ależ pójdziesz...
- Nie, nie pójdę!
- Dobra... A jak ci zrobię kolczyk w brwi? – uśmiechnął się słodko.
- Kolczyk w brwi? – zawsze chciałam mieć kolczyk w brwi... NIE! Ja się nie dam tak tanio! – A roczny zapas mleczka czekoladowego i chomika?
- Chomika? – zdziwił się. Nie moja wina, że jestem wymagająca...
- CHOMIKA! – potwierdziłam opętańczo machając głową w rytm I’d do anything, które słyszałam we własnych myślach (JESTEM GOTHEM! – chętnym podam linka XD).
- Dostaniesz... Ale on ma być ode mnie?
- Wolałabym od McDonald... – a od niej to też chomik się nazywa? – Ale od ciebie też mógłby być...
-To załatwię ci całe stado chomików i świnek morskich od Jakea i od kogo sobie tam wymarzysz, ale teraz idziesz na dół – sam wyszedł pierwszy.
- LECĘĘĘĘ!
- Wiem, szybciej, Meluś... – Chad był już na dole.
- Ale ja serio lecę! UWAGA NA DOLEEEE! – właśnie skoczyłam ze schodów, ścigając się z kurzem, kto pierwszy spadnie na dwóch osobników stojących przy schodach. Wróć! Albo mi się w oczach czworzy albo tam naprawdę stoją dwie osoby..?
- Złapię cię, nie martw się – zapewniła mnie druga osoba rodzaju męskiego, która raczej nie była Chadem.
- LECĘĘĘ! Oż! Przegoniłam kurz! Aaaa! Jest następny! AAAAAAAA! – spadłam na podłogę... Eee... Coś jakaś miękka ta podłoga.. I ma oczy wyżej ode mnie... I mnie trzyma...
- JAKEEEE! Uratowałeś mi życie!
- Nie musisz dziękować – uśmiechnął się inteligentnie.
- I nie zamierzam – ja za to uśmiechnęłam się głupkowato, o! – Ale musimy lecieć na bal! Fru, fru! – czy ja zawsze byłam taka nienormalna? Chyba daa... No i dobrze.
- No to lecimy! Łiiiii! – Jake zaczął biegać ze mną na rękach naokoło wspólnego. Widzę, że nie tylko ja tutaj „lekko” odstaję od normalnych...
- Ej, co wy robicie?! – zainteresowała się Parkinson, kiedy walnęłam niechcący w jej różowe boa.
- TAŃCZYMY! – odparłam śmiejąc się i wymachując rękami.
- Samolociiiik! – wydarł się Jake skacząc po kanapie.
- Dołącz do nas, bądź BAMBOOCHA! – krzyknęła Lavek biegając naokoło kanapy.
- Może się uspokójcie? – zaproponował mój kuzynek siedzący na fotelu. Szedł na bal z Lenkiem.
- Czemuuuu? – zapytałam robiąc słodkie oczka. Hmm... Czy ja się dzisiaj z nim witałam?
- Bo on wpadnie w kompleksy że nie jest taki zajehiperbombastyczny jak my, o! – wypowiedział się Chad.
- Dracuuuuuuś! – wydarłam się jako powitanie, po czym wpakowałam się mu na kolana i w przypływie nagłej rodzinności cmoknęłam w policzek na powitanie.
- Dobrze się czujesz? – zapytał zdziwiony.
- Nigdy nie czułam się lepiej! – objęłam go i udawałam, że wcale nie widzę zazdrosnych spojrzeń Ślizgonek. Nie, no ale co one w nim widzą takiego? Przecież to, że jest blondynem, ma słodkie, niebieskie oczka i wiecznie niezadowolony wyraz twarzy jeszcze nie czyni go najprzystojniejszym facetem Hogwartu, bo przecież wszyscy wiedzą, że najprzystojniejszy tu jest Filch!
- Jesteś pewna? – tak... nie... Nie wiem... Mam gorączkę! Tak! To na pewno zarodziec odkurzacza zagnieździł się w moich czerwonych krwinkach i chce na mnie sprowadzić chorobę lokomocyjną! Swoją drogą fajnie byłoby wiedzieć co to jest odkurzacz...
- Pójdziesz ze mną na bal? – zapytałam udając poważną i ze wszystkich sił starałam się nie roześmiać.
- Ja... Idę... Z... Z... Cholera, z którą ja idę?! – aż tak źle, że nie ma z kim iść? Czy może wybiera pomiędzy czajnikiem a sokiem z dyni? Wiem! On na pewno idzie z żarówką!
- Ze mną idziesz! – zakomunikowałam rozwalając mu fryzurę za pomocą ręki.
- Ale ty idziesz ze mną, Melek! – Jake chyba zamierzał się fochnąć.
- A ha! Draco, odwołuję naszą randkę, zamiast ciebie pójdę z Jakem, ale pamiętaj, że cokolwiek się dzieje, ja na pewno cię kocham! – na pożegnanie wytarłam rękę z żelu o najbliższą różową dziewczynę.
- Ty się dzisiaj na pewno źle czujesz... – powiedział z niedowierzaniem kręcąc głową.
- Ależ dlaczemu tak sądzisz? Drogi kuzynie, ja się czuję niczym trup w szafie! Eee... W każdym razie czuję się dobrze – błysnęłam i poczułam, że jestem odciągana od Dracusia – Kto śmiał naruszyć moją osobistą przestrzeń nieżyciową i złamać moje powietrze?!
- Meluś, ale musimy już iść... – mruknął Jake trzymający mnie w pasie, prawdopodobnie po to żebym się nie wyrywała.
- Co?! Gdzie?! Ale ja nie chcę! Nogi mnie bolą, sandałki uciskają w kolanach, włosy mi stoją, sukienka się podarła i ja nigdzie nie idę! Czuję niedobór Mleczka Czekoladowego w tlenie! Tfu! W organizmie! Nikt mnie nie kocha! Buuuu! Idę się powiesić! – i zamierzałam iść, po drodze wywalając się o własne sznurówki, których w sandałach i tak nie ma, ale niestety ktoś trzymał mnie w pasie i nie zamierzał puścić – PUSZCZAJ!
- Nie ma mowy, pójdziesz na ten bal czy tego chcesz czy nie – a co to ma być? Kobiety i ryby głosu nie mają? Ej! Ale ja przeca nie jestem rybą!
- NIGDZIE NIE IDĘ! Wybij to sobie z głowy metodą agrafka wbijana w ucho! I puść mnie, bo posądzę cię o molestowanie psychiczne i fizyczne biednych chomików z ubogich rodzin mieszkających nad jeziorkiem nieopodal pola kukurydzy pod parasolką okrytą peleryną, ponieważ chowają się przed padającym deszczem śmietankomleczka! (UWAGA! Ukryte znaczenie zdania XD Jeśli nie wiesz o co chodzi, lepiej nje pytaj, bo można się przestraszyć XD)
- Idziesz, Meluś, idziesz – zaczął mnie odciągać w stronę wyjścia, więc złapałam stół i postanowiłam za nic nie puszczać.
- ALE JA NIE IDĘ!!! W OGÓLE MNIE PUŚĆ I WIĘCEJ JUŻ DO MNIE NIE ROZMAWIAJ! NIE IDĘ! O! – wydarłam się na cały wspólny, Wszyscy zgromadzeni w nim Ślizgoni spojrzeli na mnie jak na kretynkę (tzn. tak jak zwykle), oczywiście poza rodzinką.
- Jak nie idziesz, to cię zaniosę – stwierdził jakby to był najoczywistszy fakt na świecie i wziął mnie na ręce.
- Jak chcesz... Co?! Na ręce?! Ale ja nie chcę! Ja przeciwko temu prostytuuję! Tfu! Protestuję! – nie no jak tak można w ogóle porywać ludzi bez ich zgody i bez pytania?! Nyo ja się nie zgadzam! Żądam zwrotu pieniędzy ze składek członkowskich, które musiałam płacić przez ostatnie dwa dni, o!
- Ależ chcesz, tylko jeszcze o tym nie wiesz – i olewając kompletnie moje zdanie, wyszedł ze wspólnego. Ja się tak nie bawię! Buuu! Nikt mnie nie koochaaaaa! Jestem sama na tym świecie i nikt mnie nie chce, i nikt nie zwraca uwagi na to, co ja myślę, tudzież zwieraczuję! Buuuu!
- Mam na ciebie focha – stwierdziłam, kiedy wychodziliśmy z lochów, a za nami reszta.
- No popatrz, ma na niego focha... – mruknęła Hotek.
- A podobno tak go lubi... – poparła ją Nilek.
- W dodatku mówiła, że tak się cieszy, że idzie z nim na bal, a teraz co odstawia..? – Chad się przyłączył.
- Daa, przecież tak nie można postępować! – powiedziała Lavek.
- Możecie przestać o mnie rozmawiać? Albo przynajmniej udawajcie, że rozmawiacie o czymś innym! Teraz na was też mam focha, o! – zakomunikowałam obrażając się jeszcze bardziej.
- Oj no Meluś, nie obrażaj się – poprosił Travnik. Teraz to sobie może...
- Bzdyk! – stwierdziłam nad wyraz inteligentnie, jak na mnie.
- Dam ci chomika! – obiecał Chad. Też mi coś, i tak musi mi dać chomiki za wyjście z dormitorium...
- Bzdyk! – powtórzyłam dobitniej, z akcentem na ę.
- Yyy... Cztery agrafki w uchu? – zaproponował Jake.
- BZDYK! – wydarłam się mu do ucha.
- Cztery agrafki w obu uszach? – ciekawe... Hmm... No, spróbujmy, może coś jeszcze wymyślą?
- B-Z-D-Y-K! – przeliterowałam, żeby zrozumieli, że jeszcze nie zamierzam się zgodzić.
- Yyy... Czego jeszcze możesz chcieć? – zamyślił się Jake.
- Szlaban! – Lenek wpadła na genialny pomysł.
- Yyy... Co? – zapytał zdziwiony Alex, który oczywiście polazł za nami, żeby „jego kochanej Lavilce nic się nie stało”.
- BZDYK! – czyżbym zrobiła się monotematyczna?
- Szlaban z Filchem? – Jake poszedł za tropem Leneczka.
- TAAAAAK! Ja chcę szlaban z Filchem! Kiedy, kiedy, kiedy? – Alex popatrzył na mnie jak na kretynkę, a pozostali zaśmiali się. No przecież to nie moja wina, że nasz woźny jest najprzystojniejszym facetem na świecie! Jak to nie jest?! Jak ty śmiesz się ze mną nie zgadzać?! Mam ci połamać źrenicę?!
- Spokojnie, najpierw musimy go dostać... Co powiesz na taniec na stole nauczycielskim oraz śpiewanie w tym samym czasie Wyginam Śmiało Ciało bez muzyki? – błysnął. Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek twierdził, że ten chłopak nie jest geniuszem, nie mylił się! Yyy... Co? To znaczy mylił się, mylił... Znowu pogubiłam kartki scenariusza..?
- Wspaniały pomysł! – z wrażenia aż go przytuliłam. Uuu, teraz to jest o wiele cieplej, w końcu wcześniej było mi taaak zimno... W zasadzie to nie, ale to się wytnie.
Nastąpiła chwila radosnej ciszy, co oznacza, że wszyscy zaczęli się śmiać i w sumie nikt nie miał różowego pojęcia z czego się śmieje. Oczywiście Alex, jako osoba nieobyta w towarzystwie prosto z psychiatryka, nie śmiał się z nami tylko z nas, bo myślał, że zwariowaliśmy i miał rację, ale w końcu to nie nasza wina, że mugole wynaleźli samochód, który tak naprawdę jest kartonową atrapą kartonowego pudełka udającego kartonową atrapę tandetnej kartonowej atrapy choinki i dla własnego dobra nie mów, że to nie ma związku!
W końcu ustawiliśmy się w kolejce przed wielką salą. Oczywiście musieliśmy się spóźnić, bo spóźnianie się jest przecież trendy, chyba, że znowu jesteśmy do tyłu z modą... Nieważne. W każdym razie byliśmy ostatni i oczywiście nudziło się nam niemiłosiernie, bo ludzie przed nami uciekali, jak chcieliśmy się z nimi pobawić w upiększanie twarzy zaklęciem...
- Pośpiewajmy! – wydarła się Shona.
- Tak! – zgodziła się Lavek.
- Ale co chcemy śpiewać? – zamyślił się Travnik.
- Fak e doka! – błysnął Jake.
- A nie lepiej... Um... Chleje je? – zapytała Lenek, wisząca na Dracusiu.
- Orła cień! Orła cień! – zaczęłam się drzeć i kręcić na rękach Jakea, bo oczywiście nie zechciał postawić mnie na ziemi.
- Dobra... To kto zna słowa?
- O, o! Ja znam refren! – zaświeciłam.
- To śpiewejszyn! – zarządziła Lavek.
- WIDZIAŁAM OOOOOORŁAAAA CIEEEŃ! DO GÓRY WZBIŁ SIĘ NICZYM WIATR! – zaczęliśmy wyć. Nagle okazało się, że przed nami nie ma już nikogo w kolejce, co tu oznacza, że wszyscy uciekli... Nie znają się na prawdziwym talencie!
- Wchodzicie czy nie? – mruknął chłopak stojący przed drzwiami do Wielkiej Sali.
- Wchodzimy! – krzyknęłam do niego, machając mu przed oczami na wszelki wypadek, gdyby mnie nie zobaczył.
- Ale ty nie możesz tak wejść! – oburzył się.
- Przeszkadzają ci moje czułki UFOludka przywleczone ze statku komicznego... Kosmicznego imieniem PawełeQ? – wyszczerzyłam się. Rasista nie znoszący starszych ludzi w peruczkach! Jak on może obrażać zeszyty w kratkę?! (Jakie zeszyty? ==’ – Nazja)
- Nie, ale nie możesz iść w tej szmacie – pokazał na moją starannie pocięta sukienkę z trzech sukienek z dziurami w prawie wszystkich możliwych miejscach.
- Jakiej szmacie? – rozejrzałam się.
- W TEJ! – jeszcze raz wskazał na moją śliczną sukienkę. Jeej, jak ja lubię denerwować ludzi!
- Ale to nie jest szmata, to jest materiał! – oświeciłam go.
- Tak czy inaczej, nie wpuszczę cię w tym czymś.
- Wpuścisz albo masz przesrane u Seva – uśmiechnęłam się słodko.
- Nie... Ja nie jestem uczniem! – błysnął.
- Wydaje ci się, że nie wiemy, ale my wiemy, że ty wiesz, że my wiemy, że ty wiesz, że ty myślisz, że nam się wydaje! Więc jeśli naprawdę nie chcesz mieć zwalonego życia, radzę ci, wpuść nas – uśmiechnęłam się jeszcze bardziej słodko, aż moim jaźniom zachciało się rzygać.
- Czy wy jesteście tymi ZoNkAmI!^^? Tymi sławnymi w szkole, co to podobno mają względy u Snapea? – zdziwił się chłopak.
- ZGADŁEŚ! – wydarłam się – Wygrałeś sznur od żelazka i sznurówkę pogryzioną przez mojego kota! Eee... A czemu jesteś taki blady? – znów pomachałam mu ręką przed oczami, w których nie było widać źrenic. A może jest chory? A może podpadł Sevowi i dzięki mnie będzie miał całkowicie rozwalone życie? Łosz! Jak fajnie!
- Wchodzimy! – zakomenderował Travnik i zaczął wpychać nas wszystkich do WS, w której wszyscy chyba już się zebrali. Może przed nami nie było nikogo nie dlatego, że zaczęliśmy śpiewać, tylko dlatego, że już weszli? Hmm... Ciekawe...
Było już po pierwszym tańcu, więc, ku naszemu wielkiemu szczęściu, nie zostaliśmy zmuszeni do oglądania pseudotańca potterka z jego partnerką. Mimo, że była gryzońką, jednak jej współczułam. Taniec z potterem, fuj!
- No, skoro już jesteśmy, możesz iść sama – Jake pozwolił wrócić mi na ziemię akurat jak zaczęło mi być wygodnie! To nie jest fer! Żądam zwrotu kosztów za przejażdżkę wielbłądem po Arabii Saudyjskiej, która, jak wszyscy wiemy, jest małym miastem na końcu Rosji, leżącej na kontynencie zwanym Napoleon, na planecie Jowisz. Jak to nie ma związku?! Geografii się trzeba uczyć zawsze i wszędzie! Nyo! I nie czepiaj się, bo napuszczę na ciebie odkurzacz!
- GLANY! – olśniło mnie, że przecież poszłam w sandałkach, bo moje cudowne obuwie zostało w Wielkiej Sali gdzieś posiane. Z tym, że nie pamiętałam gdzie, ale to się wytnie.
- Yyy... Co? – zapytał zdziwiony chłopak, kiedy krążyłam naokoło stołów z jedzeniem i tańczących par.
- Muszę znaleźć glany! – powtarzałam to ciągle, jakbym była w transie. Tylko gdzie ja mam ich, do ciemnej cholery, szukać?!
- Czy to są twoje glany? – Jake wskazał pod moje nogi.
- Yyy... Eee... – spojrzałam na podłogę – TAK! Normalnie kocham cię, jesteś cudowny i jesteś geniuszem! – wyewakuowałam się z glanami na stolik, co znaczy, że usiadłam na stole, przy którym siedziała mała grupka Krukonów, niezadowolonych z resztą z mojego przybycia, po czym zaczęłam z nimi rozmawiać – Kochaneee glanyyy! Jak ja za wami tęskniłam! Już nigdy was nie opuszczę! Nigdy! – przytuliłam je do siebie i głaskałam jego sznurówki (?).
- Dobrze się czujesz? – zapytał któryś z obserwatorów mojego napadu miłości. Osobnik był rodzaju męskiego, pochodził z Hufflepuffu i mówił głosem łudząco podobnym do jego własnego.
- Tak... Nie... Nie wiem... Ale glany są moje! – uświadomiłam chłopaka zdejmując sandałki.
- Yyy jasne... A jesteś pewna, że nie chcesz iść do pielęgniarki? – spojrzał na mnie zmartwiony.
- Nie! Piguła jest straszna! A w ogóle to co ty się tak interesujesz moimi chorobami psycholozoficznymi? Przecież ja wcale nie potrzebuję psychoterakoty! Tfu! Psychoterapeuty – zapewniłam go.
- No bo yyy... Może... Ja bym mógł... Um... – kocham zawieszających się ludzi, normalnie nic tylko poszczuć go mugolskim kremem do opalania! – Bo ja słyszałem, że ty jesteś w tym zespole BSEówy i jeszcze jesteś założycielką sióstr ZoNk!^^... No i tworzysz telenowelę Serce Demona podobno... – ej! Przecież ja i Lenek tego nie publikowałyśmy! Skąd on to wie? – To może... Mógłbym prosić o autograf?
- Mógłbyś – błysnęłam zawiązując glana.
- Więc dałabyś mi autograf? – zrobił słodką minkę i wyjął kartkę oraz pióro. Przerwałam zawiązywanie drugiego buta i podpisałam mu się – A czy dałoby radę uzyskać autografy od reszty rodzinki? – wciąż taka sama minka, no i jak ja mam mu odmówić informacji?
- Idź prosto, potem skręć w prawo, przy następnej ulicy skręć na prawo od lewej strony autobusu, dalej miń trzy przecznice, skręć w lewo, tam będzie most, przejdź przez niego i... Eee... Zgubiłam się... Nyo, siedzą tam – wskazałam na stolik stojący najbliżej nauczycielskiego.
- Dzięki! – rozpromieniony pognał w tamtą stronę. Jak ja lubię uszczęśliwiać ludzi!
- Może już stąd zejdziesz? – jakiś Krukon, obok którego talerza siedziałam, postanowił mnie zepchnąć ze stołu, który chwilowo był moim naturalnym środowiskiem występowania. Próba niestety zakończyła się powodzeniem i moje środowisko występowania zmieniło się na podłogę w Wielkiej Sali.
- Przeproś ją! – jak trup z szafy wyskoczył Jake i postanowił domagać się swoich praw rodzicielskich! Znaczy przeprosin.
- Że co? – oburzył się Krukon.
- Przeproś ją – powtórzył spokojnie Jake, pomagając mi wstać.
- Za co niby? – maksymalnie zdziwiony. Jak to za co? Za chęć do życia i miłość do ojczyzny zamiast do mleczka czekoladowego, o!
- Za zrzucenie mojej małej Melki ze stołu – odparł. Yyy a on mnie zrzucił? A ha! Już sobie przypominam! Eee... Nie, jednak nie pamiętam.
- No przepraszam – powiedział z niechęcią, aczkolwiek chyba bał się Jakea. Czy ja o czymś nie wiem?
- Było tak od razu. A teraz, Meluś, chodź zatańczyć – pociągnął mnie za rękę.
- NIE MA MOWY! – wydarłam się wyrywając rękę.
- Ale czemu nie? – zdziwił się.
- Bo ja nienawidzę tańczyć, koniec zwieracz!
- Oj chodź – złapał mnie za nadgarstek i zaczął ciągnąć w stronę środka sali.
- Ja nie chcę! – no czemu nikogo nie obchodzi moje zdanie?!
- Ależ chcesz i zatańczysz – stwierdził inteligentnie, kiedy zaciągnął mnie w sam środek tłumu. Rozejrzałam się w nadziei na ratunek. Oczywiście, jak to bywa w takich chwilach, ten nie nastąpił.
- No dobra... – mruknęłam wgapiając się w podłogę.
- Wiedziałem, że się zgodzisz – powiedział zadowolony obejmując mnie w pasie. Cóż, raz się żyje, a potem tylko straszy... Najwyżej zginę w objęciach Jakea (jakie to romantyczne... *wzdycha* - Nazja).
Objęłam szyję chłopaka i, kiedy zaczęła się piosenka, swoją drogą jakaś wolna, chociaż jej nie znałam, bo daleko mi było do słuchania Fatalnych Jędz, zaczęliśmy tańczyć. W sumie, gdyby nie to, że to nie jest I miss you Blinka, mogłabym powiedzieć, że jest świetnie.
Co chwilę widziałam jakieś znajome osoby. Mignęła mi Lavek wisząca na Travniku i udająca, że nie widzi Alexa, Shona tańcząca z jakimś niskim blondynem w kitku, Lenek z Dracusiem Parkinson gadająca do jego żelu (?!), mój przystojny Filch biegnący w ten jego sexy sposób do swojej kotki (powinnam być zazdrosna?), Viev z perkusistą Backstage, który wydawał się jej nie lubić, Chad z Hotkiem dzielący się w tańcu mleczkiem czekoladowym (?) oraz stadko zbłąkanych chomików, które zapewne były tylko wytworami mojej chorej wyobraźni pt. „jaźń usiadła za blisko ośrodka zwieraczującego i oto są efekty”. W zasadzie tańczenie nie jest takie złe, pomijając gapiące się na ciebie zazdrosne o chłopaka dziewczyny, tudzież plączące się nogi i McDonald robiącą słodkie oczka do twojego wychowawcy. Ale poza tym jest całkiem przyjemnie.

Była to radosna twórczość Melka vel Mel vel Melissy Calaen z serii "Kocham Harryego Pottera"... Tfu! Nie ta seria, to przecież tytuł odcinka PoKeMoNóW... Miało być z serii "Zabić Pottera, czyli ZŁO w Hogwarcie" *gleba*
Za przeczytanie tego debilnego zakończenia musicie winić autorkę tego opowa, a nie jej jaźń czy jego bohaterkę. My nie mamy z tym nic wspólnego.

komentarze [12]



Nazwałam: [Notka, notka! XD]
Napisałam: [środa, 14 września 2005 21:24:47]

Po pierwsze przepraszam, że tak długo nie było parta, ale cierpię na przewlekły brak weny spowodowany nadmiarem nauki i nadmierne wykorzystywania pajęczyny odpowiadającej za udawanie, że się myśli w mojej głowie (nie tylko w celach nauki, ale także w celach Dżewusi... Vitek coś o tym wie XD).
Po drugie... Dżewusia twierdzi, że ona się w nikim nie zakochała... Wciąż XD Ale możliwe, że znalazła sobie jakiegoś nowego K (np. Kirei...) lub S (np. Sake, Sheerei) na miejsce Klopka...
Aha, no i dedykacje...
Dla Lenka i Wypierdki i Neja i Armanda i Pryszczysława i Syfka i Belzusia za sukienkę i wenę XD
Dla Lavka za wspieranie mnie duchowo i nieduchowo i wogóle wspieranie podczas doła XD
Dla Vitka za... Bransoletkę prawdopodobnie XD
Dla Klopka za to, że jest na urlopie... Nyo i za to, że został porzucony (D: Wcale nie został porzucony.... M: to znaczy, że go kochasz? D: NIE! JA NIE UMIEM KOCHAĆ!)
Dla Oćka za wytrwałe męczenie mnie o nową notkę XD
Dla Dżunka za wszystko ogólnie ^^
Nyo, koniec smęta, part widać poniżej, wiem, że nie jest śmieszny, ale tak jakoś wyszedł XD






15. Przygotowania do balu

- Spójrzmy co mamy dzisiaj w rozkładzie dnia... – mruknęłam przyglądając się uważnie rzeczy, którą miałam w ręce – Hmm... Dumpweed, Don’t leave me, Aliens Exist, Going away to college... – czytałam na głos - Coś mi się zdaje, że to nie plan zajęć – rozejrzałam się po dormitorium i odwróciłam przedmiot, który trzymałam. Aha, wiedziałam! To nie plan! To płyta! Do tego Blinka! I do tego to Enema of the state!
- Co się stało, gdzie się stało i dlaczego nic ja o tym nie wiem? – zapytała Lenek biegnąc do dormitorium, przy okazji bardzo głośno tupiąc. Cóż, bieganie w glanach ma swoje wady... – AŁA! – wrzasnęła uderzając w coś – KTO TU POSTAWIŁ DRZWI?! – podniosłam głowę, znad prawdziwego planu dnia, tudzież lekcji, i spojrzałam w miejsce, gdzie kiedyś były drzwi. No to już ich nie mamy... - To nie ja! To wiewiórka!
- Lenuś, słońce moje najukochańsze, mój księżycu w fazie drugiej – wczoraj ostatnia była astronomia, nie czepiać się – Czy przyszłaś tu w jakimś celu czy twoim celem jest cel bez celu? – zapytałam jak zawsze yntelidżentnie.
- Śniadanie jest! Załóż zęby, umyj pastę, wypadnij przez okno, rób co chcesz, ale zaraz mamy być na śniadaniu a jak nas nie będzie to znaczy że czekam we wspólnym! – przyjrzała się mi uważnie – O! Jesteś ubrana! A co robisz?
- Studiuję nasz plan lekcji – pochwaliłam się.
- Ale to jest gramofon...
- Naprawdę? – przyjrzałam się chusteczce higienicznej, którą trzymałam – Cholera, znowu się pomyliłam! Ale dajemy na śniadanie – wybiegłam z dormitorium, po drodze potykając się o wywarzone drzwi i każdy napotkany schodek, a Lenek razem ze mną.
- Witaj Wielka Salo, nadchodzi Apokalipsa! – wydarłam się wchodząc do WS razem z Lenuśką. Przy stole Ślizgonów siedziało już kilka osób... Coś koło trzydziestu. Rozejrzałam się z dziwnym wyrazem twarzy – No dobra, Apokalipsa nie przyszła, pewnie znowu siedzi z braciszkiem Śmiercią w Piekle i niańczą małe diabły, ale za to jest Melek i Lenek! – ustałam z rozłożonymi rękami w oczekiwaniu na oklaski.
- Co jest, czemu nikt nie klaszcze?! – wydarła się Lenek na grupę pierwszoklasistów siedzących przy stole puchonów. Natychmiast zaczęli z całej siły klaskać.
- Dziękuję, dziękuję! Nobla odbiorę w czasie kolacji! Kolejny występ już jutro! – powiedziałam zajmując miejsce obok Jakea.
- No i co, już przygotowałaś kreację na bal? – zapytała Hoti siedząca przede mną.
- Oczywiście, pójdę nago! – szybko przeanalizowałam stan zdrowia psychicznego względnie zdrowej części szkoły – No dobra, załóżmy, że nic nie mam... Wolę, żeby z mojego powodu nie trafiali do Munga.
- Ja mam już garnitur – oświecił nas Jake. Wybuchłam śmiechem na samą myśl o tym jak on będzie wyglądać.
- No to będziecie do siebie pasować.. Znaczy... Jeśli Mela ubierze sukienkę? – zapytała Lav wiedząc, że sukienka według mnie jest równa śmierci.
- Z tym może być problem... A wpuszczają tylko w sukienkach? – dziewczyny pokiwały twierdząco głową, chłopacy mruknęli coś o badziewnych garniturkach, a Alex o szatach szkolnych.
- Nie ma co, inteligencja waszych wypowiedzi wymiata... – stwierdziła Sid dłubiąc widelcem w jakimś zielonym glucie, który miała na talerzu – Ja będę w pięknej, czarnej sukni, w której widać, jaka jestem szczupła.
- O tak, będziesz w niej ślicznie wyglądała, jak Czarna Wdowa... – spojrzała na mnie pytająco. Gdzie to dziecko się wychowało? – Czarna Wdowa, taki pająk. Chyba, że wolisz jak Szeloba, ale to już twój problem – jeśli, drogi czytelniku, nie miałeś w swoich rękach twórczości szanownego pana Tolkiena, wiedz, że Szeloba to pajęczyca z Władcy Pierścieni... Jest wyjątkowo ohydna.
- No cóż, ja przynajmniej jestem zgrabna i szczupła – raczej chuda. „Chuda szkapa” lub „Patyczak” byłyby właściwsze – Jednak NIEKTÓRE Ślizgonki niestety nie mają tyle szczęścia, lub może są zbyt leniwe, żeby dobrze wyglądać... Blade jak trup, grube i pryszczate, ot, cała prawda.
- Kochana, lepiej być grubym i mieć przyjaciół, niż być gównem i nie mieć nikogo, jak niektórzy obecni przy tym stole – uśmiechnęłam się do niej słodko.
Dżewiasta: Nareszcie bierzesz ze mnie przykład. Dalej, zabij ją swoimi tekstami, a będę z ciebie dumna...
- Słuchaj, wiem, że niezbyt się lubimy – Co ty? Naprawdę? Jak na to wpadłaś? – Ale jesteśmy w jednym domu, przynajmniej czasowo, więc czy nie lepiej zakopać topór wojenny – jaki topór? To przecież tylko miła konwersacja... Ona wyraźnie mnie nie docenia! – I przynajmniej na razie nie kłócić się? – wyciągnęła rękę w moją stronę.
- Oczywiście, masz rację – kiedy ja nauczyłam się tak kłamać? – Zatopmy różowe piórka wojenne i udajmy, że jesteśmy wobec siebie neutralne – wzdrygnęłam się, kiedy ścisnęła moją rękę. A fuuu...
- Czy ja słyszę walca drogowego? – zapytała Lav przysłuchując się. Rzeczywiście, po kilku sekundach w moich uszach zaczęła rozbrzmiewać dość wyraźna melodia walca.
- Lenek... Trza by dostać szlaban – popatrzyłam na nią sugestywnie.
- A jaaaak! Czy myślisz o tym samym co ja? – wskazała na stół gryzoniów.
- Jasne jak przepalona żarówka – obie podniosłyśmy się z miejsc w jednej chwili i podeszłyśmy do stołu naszych ulubionych kolegów i koleżanek, włażąc przy okazji pomiędzy grupkę przerażonych dzieciaków, ledwo odstających od podłogi. Na oko mieli jakieś czternaście lat.
- Odsunąć się, idą dzisiejsze gwiazdy poranka! – zwaliłam któregoś z nich na podłogę. Zdaje się, że trafiłam na Longbottoma.
Wlazłyśmy na stół i ustałyśmy między sokiem z dyni, dyniowymi pasztecikami, herbatą z dyni, dynią z dyni, sosem z dyni, dyniowym ketchupem i dyniowym sorbetem z dyni.
- Proszę państwa! – wydarła się Lenuś, która w tej kwestii jest dużo lepsza ode mnie – Dzisiaj czeka was niebywały zaszczyt obejrzenia zwieraczy Lenka i Melka wirujących w czasie walca drogowego do wyimaginowanej muzyki Fryderyka Chopina czy innego Straussa! – tu zrobiła miejsce na fanfary i ewentualne oklaski, zamiast których wystąpiły zdziwione spojrzenia rzucane nam przez większość uczniów i wszystkich nauczycieli – A więc zaczynamy!
Z inteligentnymi minami przyjęłyśmy pozycję do tańca, po czym zaczęłyśmy chodzić w tą i z powrotem robiąc coś podobnego do tanga i udając, że wcale nie umiemy walca.
- Poiree! Calaen! – krzyknęła McGonagall podbiegając do szkoły i groźnie celując w nas przyszłym narzędziem zbrodni, inaczej zwanym widelcem wbitym w dyniowy pasztecik. Zupełnie się nie przejęłyśmy, chociaż ten pasztecik był naprawdę straszny...
- Aaa! To pajęczyca z Loch Ness! Ja się boję! – schowałam się za Lenkiem, kiedy wicedyrektorka podeszła bliżej.
- Ja tyż! Szybko! Chowamy się, jakby co to ten krwiożerczy pasztecik pochłonie gryzoni w pierwszej kolejności! – schowałyśmy się za świętą trójcą.
- Panno Calaen, panno Poiree, ja przecież was widzę – schowałam rękę za siebie.
- Teraz już nie! To tylko tandetna kartonowa atrapa jeszcze bardziej tandetnej kartonowej atrapy mojego kota, którego nie mam! – wydarłam się. Oj coś czuję, że będę miała długi szlaban... A co tam, przecież na szlaban z Filchem posyłają tylko najgorszych, więc też trzeba takim być!
- Właśnie! Pani profesor nas wcale nie widzi! Pani jest ślepa i głucha, więc nas pani nie widzi, chociaż widzą nas wszyscy inni i się z pani nabijają! – oj, szlaban będzie długi, męczący i z Filchem... Super!
- Macie szlaban w Wielkiej Sali z panem Filchem! Teraz proszę wrócić do normalności – jakby to było takie proste do dawno byśmy to zrobiły – i siadać na swoje miejsca! – akurat tą rzecz umiałyśmy zrobić, więc po chwili rozpychałyśmy się przy naszym stole wyjąc po cichu piosenki Mandaryny.
- HIR AJ GOŁ EGJEN ON MAJ OŁN! – wyłyśmy zgodnie z Lenkiem, Lavkiem, Hotkiem, Mattem i Nilkiem jedząc dynie z dyniowymi pasztecikami polaną dyniowym sosem z dyni.
- W ogóle to kiedy mamy szlaban? – zapytałam ogółu Ślizgonów, którzy cokolwiek słyszeli.
- Znowu szlaban? – mruknął niezadowolony Draco.
- Jasne! A czego ty ode mnie wymagasz?! Żebym ja była miła, dobra i grzeczna?! – wstałam – Niedoczekanie twoje! Ta zniewaga krwi wymaga!
- Debilka – stwierdził patrząc na mnie dziwnie.
- Jak śmiesz mnie obrażać?! Zaraz zetrę ci ten uśmieszek z twarzy! – ułożyłam ręce jakbym trzymała w nich kule – MROCZNA WŁÓCZNIA! – kuzynek spojrzał na mnie jak na idiotkę, bo nic się nie stało – Ups... Zapomniałam, że nie jestem w komiksie.
- Bez komentarza.
- Jak bez komentarza to nie komentuj a nie! No! I teraz siedź cicho, bo ja muszę siedzieć głośno! A przynajmniej się nauczyć siedzieć głośno, bo nie wiem jak można tego dokonać.
- Co ci znowu? – Jake spojrzał na mnie lekko zdezorientowany.
- Właśnie zdałam sobie sprawę, że... – zrobiłam krótką, emocjonującą chwilę ciszy, która trzymała w napięciu – Że każdy z nas przyszedł na świat żeby nieść jedną wspólną misję... – druga chwila przerwy – Przynosić pokój i dobro dzieciom!
- Jesteś pewna, że nikt ci nic nie wsypał do herbatki?
- Nie jestem pewna... Aha! Już wiem! Ty mi tu coś wsypałeś, jak mnie nie było, żebym potem mnie zgwałcić po kryjomu! A może nawet publicznie na tym stole! – jeśli wcześniej, drogi czytelniku, uważałeś, że jestem normalna, muszę ci oznajmić, że myliłeś się... I to baaaardzo.
- Tak! To właśnie był mój nikczemny i podły plan! Skąd go znasz? – chyba złapał atmosferę moich inteligentnych wywodów.
- Czytałam twój pamiętnik!
- Jak mogłaś?! – chwilę się zastanowił – Przecież ja nie piszę pamiętnika.
- Tak? To co powiesz o tym? – wyjęłam z kieszeni papierek po gumie.
- Skąd to masz? Przecież to skarb!
- A może raczej mapa skarbów?
- Eee... Mapa to to nie jest...
- Kochani, może przerwiecie? Cały Hogwart wybiera się do Hogsmeade po ciuchy, wy też chodźcie – przerwała nam inteligentną rozmowę Lav.
- Jasne! Już idziemy! – chciałam wstać i potknęłam się o własne nogi – Chociaż to może nieco się opóźnić.
Wyszłam ze szkoły razem z Lavkiem, Lenkiem, Jakem, Chadem i Hoti. Okazało się, że już pada śnieg, ale mimo wszystko bryczki szybko dotarły do Hogsmeade, a ja wpadłam w największą zaspę jaka była w okolicy, gdy wysiadałam z jednej z nich.
- Jeeeee! Śnieg! – korzystając z okazji zaczęłam w nim pływać.
- Śnieżki – uśmiechnął się Jake rzucając we mnie.
- Oż! Jak mogłeś to zrobić?! Teraz naślę na ciebie moje chodzące łóżko! – spojrzał na mnie zdziwiony – O ile znajdę jakieś miejsce gdzie można takie kupić.
- Jak będziesz szukać to ja w tym czasie w ciebie porzucam – Jake zajął się produkowaniem kul, Chad w tym czasie we mnie rzucał, a ja się śmiałam jak głupia z nawet mi nieznanych przyczyn.
- Meluś, wypadałoby się bronić – Lenek wciągnęła mnie za najbliższą zaspę. Po chwili dołączyła do nas Lavek.
- Dobra dziewczyny, plan jest taki... – powiedziała moja BSE z natchnioną miną – Zabijemy chłopaków a potem wyssiemy z ich bezwładnych ciał krew i będziemy tańczyć do północy w Miodowym Królestwie.
- Poza tym zabijaniem to plan jest całkiem ciekawy – uśmiechnęłam się. Wysysanie krwi z Jakea brzmi prawie jak romans... Ja nie mogę, jakie ja mam powalone skojarzenia! To na pewno przez demona w mojej głowie!
- Ja uważam, że lepiej po prostu użyć czarów – Lenek machnęła różdżką – Oczywiście w dobrych celach ratowania świata i naszej godności, tudzież zaspy śnieżnej i mojej szafy z Bugim w jej wnętrzu – powoli zaczęły tworzyć się trzy wielkie kule śnieżne.
- Z tego będzie bałwanek czy ciasteczka?
- Nasiona kartofli.
- Ahaaaa... Kartofle mają nasiona?
- Nie, ale ziemniaki mają.
- Czego ty się uczyłaś, że ty wiesz to wszystko?
- Dziewczyny, może byście przerwały tą jakże inteligentną wymianę zdań? Bo Chad i Jake mają już po kilka stosów śnieżek – poinformowała nas Hoti – Ja posiadam ulgi ze znanych powodów – uśmiechnęła się i poprawiła wisiorek z serduszkiem, prawdopodobnie otrzymany w prezencie od Chada. Spojrzałam na nią podejrzliwie.
- Widzisz tu jakieś dziewczyny? Aaaaaa! Napad dziewczyn! – wydarłam się wybiegając zza naszej osłony i narażając się na oberwanie – Ja się boję! Ratunku! Help mi! Sos! – ukryłam się za Jakem – Pomóżcie mi się schować, bo inaczej dziewczyny mnie dopadną!
- Pokłóciłyście się czy co? – przyjrzeli się mi uważnie.
- Jeszcze nie, ale jak tu przyjdą jakieś dziewczyny to ja ich nie znam! – założyłam czapkę Jakea – Teraz mnie nie widać! Jestem genialna i umiem się schować nawet w najgorszej sytuacji!
- Eee.. Taa... Skoro mają osłabione siły... To... NA NIE! – wydarli się obaj, a ja nieco się odsunęłam. W końcu jak już Lenuś spuści na ich głowy te kule to będą z tego przynajmniej dwie wielkie zaspy, a ja w takiej utopić się nie chcę.
- NA NIE! – ponownie wydarł się któryś z chłopaków i popędził za zaspę – Ej, co się dzieje?
- Nad twoją głową – powiedziała Lav wskazując kierunek. Też tam spojrzałam: nad głowami Chada i Jakea wisiały duuuuuże kule śniegu, do tego trzecia była z boku żeby ich dobić.
- Eee... To my może jednak przedyskutujemy tą bitwę na śnieżki? – zaproponował mój Jake. Zaczęłam się śmiać.
Nagle zobaczyłam po drugiej stronie ulicy, na sklepowej wystawie... Jedyny tom Wspomnień Demona, którego nie mam! Musiałam go mieć, po prostu musiałam, chyba zabiłabym się gdybym go nie kupiła...
- REANEF! – wydarłam się i rzuciłam prosto na Jakea, który stanął mi na drodze do mojej mangi. Miałam pecha, bo dokładnie w tej samej chwili kule śniegu spadły prosto na chłopaków, no i oczywiście na mnie – DUSZĘ SIĘ! DUSZĘ SIĘ! Kto pode mną leży? – wstałam z zaspy – Oż, Jake, to ty! Wstawiaj, oddychaj, czy co tam robią ludzie, a ja w tym czasie pójdę do sklepu po komiks, potem wrócę i będę się jarać zdobyczą! – popędziłam w stronę sklepu.
- Lavuś, ona naprawdę się w nim buja? – zapytała Lenek wskazując na ledwo przytomnego Jakea.
- No chyba tak... – BSE spojrzała z powątpiewaniem na chłopaków – Pomagamy im?
- A może ich dobijemy?
- Dawaj!
- Jak myślicie, kiedy Mela dojdzie do tego sklepu? – Chad spojrzał na mnie, a ja właśnie zaliczałam piątą glebę na odcinku siedmiu metrów.
- Zapomniała sakiewki – Lav podniosła z zaspy woreczek z galeonami ozdobiony moją twórczością, czyli serduszkami w kwiatki i napisy „NIENAWIDZĘ RÓŻOWEGO!” – MELA! ZAPOMNIAŁAŚ KASY! – wydarła się podnosząc woreczek do góry i machając nim.
- Oż! – zaklęłam szpetnie i wróciłam się – A Jake żyje?
- Żyje – Lenek uśmiechnęła się beztrosko, Chad spojrzał na niego.
- Eee... Może jednak nie...
- Ej, no nie mów tak, bo mi smutno będzie.
- Bo mnie już nie będzie? – powiedział Jake. On żyje! ON ŻYJE!
- Nie, bo robaczki zjedzą twoje zwłoki, a potem będą miały zatrucie pokarmowe, boś trujący – uśmiechnęłam się słodko – A teraz wstawaj i idziemy kupić Wspomnienia Demona!
- Że co? – wstał, otrzepał się i łypnął na mnie podejrzliwie. Nie łypać na mnie, bo uszy odgryzę! Chyba, że to nie uszami się patrzy?
- Ten komiks, który leżał u mnie pod łóżkiem razem z tobą – wyjaśniłam.
- Pod twoim łóżkiem leży dużo rzeczy...
- Oj no ten taki komiks o demonie, drugim demonie i jeszcze kilku innych demonach, rycerzu, który jest dziewczyną i kapłanie, który chce zostać superbohaterem!
- Ten z takim chłopakiem na okładce, który wygląda jak dziewczyna? – taaak... Właśnie... CO?!
- JAK ŚMIESZ OBRAŻAĆ RENAEFA, WŁADCĘ DEMONÓW?! – wydarłam się na niego. W moim przypadku nawet czytanie niewinnego komiksu jest szkodliwe. A co dopiero chodzenie na lekcje...
- Aha, czyli to ten... No to idziemy – złapał mnie za rękę i zaczął ciągnąć do sklepu. Wróć! Jake złapał mnie za rękę... Hmm... Jake złapał mnie za rękę! Jake złapał mnie za rękę! Mnie!
Szybko dotarliśmy do saloniku prasowego. Było tam przyjemnie ciepło, ale i sucho, a ja po pływaniu w śniegu byłam „trochę” mokra.
- Zostawiasz ślady na podłodze – poinformowała mnie sprzedawczyni.
- Prawda, że ładne? Sama zrobiłam – uśmiechnęłam się uroczo.
- Taaak... Rozumiem, że bitwa na śnieżki? – kobiecie wyraźnie się nudziło... Pewnie został im tylko jeden egzemplarz Wspomnień, ona ma na niego ochotę, a podświadomie wie, że ja chcę go kupić i teraz będzie zwlekać aż do zamknięcia sklepu, żeby sama mogła go wziąć!
- Kobieto, dawaj mi trzeci tom Wspomnień Demona albo czajnikiem poszczuję! – Jake ścisnął moją rękę mocniej, prawdopodobnie miało to na celu zapobieganie mojemu atakowi fanatyka – JUŻ!!!
- Idę, nie denerwuj się – facetka wyszła do jakiegoś jej magazynu, a ja czekałam z niecierpliwością. Pewnie teraz ucieknie z ostatnim komiksem, który należy się tylko MI! – Proszę – wręczyła mi tomik uśmiechając się. Może jednak się myliłam?
Zapłaciłam i wróciłam do miejsca, w którym już była kolejna zaspa. Dziewczyny powiedziały, że czekają na mnie w sklepie z ciuchami, co wyjaśnił mi Chad. Ja ruszyłam do sióstr, a on, razem z Jakem, postanowił iść do Zonka.
Siostry już były w sklepie, a ja musiałam szybko do nich dołączyć, więc szłam w dość szybkim tempie. Gdybym biegła, to prawdopodobnie miesiąc mogłabym tam zmierzać i i tak nic by z tego nie wyszło...
Weszłam do sklepu z ciuchami. Tam były prawie same sukienki! Ja nie wiem co te czarownice na siebie noszą..? Nie dość, że sukienki, to jeszcze różowe...
- Melek! – Lav rzuciła się na mnie – Gdzie byłaś?! Tak się o ciebie martwiłam! Tęskniłam! Co robiłaś i dlaczego nie z nami?!
- W sklepie, ja o ciebie też, ja też, kupowałam komiks, to wy przyszłyście tutaj beze mnie – odpowiedziałam leżąc na podłodze.
- Aha – stwierdziła siostra nad wyraz inteligentnie – To znajdź sobie sukienkę, bo potem trzeba będzie ją pewnie i tak przerobić.
- Mamy krawcową! – zabłysnęła sprzedawczyni.
- Wsadź ją sobie kobieto, ja jestem lepsza w szyciu – wytknęłam jej język i podbiegłam do czarnych sukienek. Jedna mnie zachwyciła... Chociaż nie, po bliższych oględzinach okazała się krawatem, którego raczej założyć nie mogłam.
- Meluś, mam coś dla ciebie! – krzyknęły wszystkie dziewczyny razem i rzuciły mi na głowę trzy sukienki.
- Aaaa! Sukienki atakują! Duszę się! Duszę się! Ratujcie! – zaczęłam się szarpać z kawałkami materiału w trupie czaszki i inne agrafki.
- Spokojnie, to powinno starczyć na przeróbkę – uśmiechnęła się Hoti.
- Ach, teraz mówicie z sensem – podeszłam do sprzedawczyni – Czy te materiały mnie nie pożrą jak się w nie ubiorę? – spojrzała na mnie zdziwiona. Nie moja wina, że jestem sukienkofobem!
- Nic nie powinno ci się stać – odpowiedziała robiąc jakąś beznadziejną parodię miłego uśmiechu. Niech tylko jej szef się dowie jak ona traktuje klientów!
- Ale to sukienka... – spojrzałam z niedowierzaniem, podając galeony kobiecie – Ja naprawdę to założę?
- Musisz siostra, musisz – powiedziała Hoti.
- A jak nie założysz to pewnie ci ktoś pomoże – dodała Lav. Spojrzałam na nią podejrzliwie. Czy ona coś planuje? – Eee... Wcale nie miałam na myśli nikogo szczególnego... – uśmiechnęła się głupkowato.
- Lavek, ty perwersie! – wydarłam się i obie się zaśmiałyśmy. Pod względem skojarzeń mamy to samo.
- No już, musimy zdążyć na szlaban w Wielkiej Sali i zanieść do niej glany... A w między czasie przekupić Filcha, żeby w ogóle móc je gdzieś wnieść – stwierdziła Lenek – Bo trzymam je w szafie razem z Bugim.
- Bugi może je zjeść.
- Bugi jest miły.
- Nie dla glanów...
- Nie sugerujesz chyba, że on jest uprzedzony w stosunku do Lenka w glanach?
- Ja nic nie sugerowałam, poza tym, że może je zacząć nosić razem z twoimi szalikami i różowymi szminkami Pansy, które je pobrudzą.
- Jasny zwieracz! Tak myślisz? No to wracamy, ruchy dziewczyny! – wybiegła przerażona Lenek. Ona mnie obraziła! Ona twierdziła, że ja MYŚLĘ! Tak nie może być! Jak będziemy w szkole to ją poszczuję czajnikiem!
Niedługo potem byliśmy z powrotem w Hogwarcie. Oczywiście, jak na nas przystało, i tak spóźniłyśmy się na szlaban, bo musiałyśmy jeszcze załatwić kilka spraw priorytetowych, takich jak zalanie łazienki Jęczącej Marty i rzucanie do celu na punkty (dziesięć za okulary, pięć za buta).
- Calaen, Poiree! Spóźniłyście się na szlaban! – poinformowała nas McGonagall, kiedy zjawiłyśmy się w Wielkiej Sali. Też coś! Powinna być nam wdzięczna, że w ogóle przyszłyśmy! Przecież ja powinnam teraz przerabiać sukienkę!
- Przepraszamy, pani profesor, to się więcej nie powtórzy, obiecuję – powiedziałam krzyżując palce tak, żeby mogła dokładnie to zobaczyć.
- Jak wy sobie wyobrażacie życie w tej szkole?! Ciągle rozrabiacie! – czy mi się wydaje, czy ona traktuje nas jak przedszkole? – Zachowujecie się gorzej niż dzieciaki z mugolskiej podstawówki! – co to jest podstawówka? – Z takim zachowaniem nawet z najwyższymi ocenami możecie powtarzać rok! – naprawdę? A jak zamierzasz tego dokonać? – Nie zapominajcie, że w tym roku czekają was SUMy! Zamiast robić z siebie niewiadomo co, powinnyście się uczyć! – ale my wszystko umiemy, przecież jesteśmy genialne i inteligentne... Buahahaha – A teraz szybko idźcie pomagać Filchowi w ustrojeniu Wielkiej Sali na bal! – odeszła. Jaka szkoda, że nie zdążyła nic ciekawego powiedzieć...
Wbiłyśmy do WS, w której był sam woźny, bez żadnych nauczycieli. W zasadzie wszystko było już gotowe i nie miałam różowego pojęcia czemu miałybyśmy tam siedzieć, ale wuce dyrektorka zawsze jest jakąś władzą i jej życzenie jest dla nas rozkazem... Zwłaszcza, jeśli jest nam na rękę.
- Dzień dobry panie Filch! – wyskoczyłam ze słodziutkim uśmiechem na twarzy. W zasadzie to już zapomniałam po co nam ten szlaban.
- Tak... Dzień dobry... – chyba nie do końca wiedział czy ma być miły czy nas ochrzanić.
- Bo wie pan, ten szlaban to przypadkiem, bo potter nas zmusił... Zagroził, że nas pobije! – poskarżyła się Lenek. Wyobraziłam sobie pryszcza próbującego nas pobić... Buahahahaha!
- Naprawdę? – Filch chyba nie był pewny co do tej teorii.
- Tak! – poparłam sisę – Razem z jego silnymi przyjaciółmi, czyli rudym, muskularnym wieprzlejem i tą durną szlamą... Eee... Znaczy tą dziewczyną, co to cały dzień siedzi w bibliotece i studiuje teorie wschodnich sztuk walki! – czy ja naprawdę tak ładnie mówiłam o wiewiórze i granger?
- Słucham?
- Potter chce na nas nasłać gryzoniów, bo uważa, że czystej krwi Ślizgoni hańbią tą szkołę samą swoją obecnością w niej! – zaczęłam dramatyzować, co rozśmieszyło woźnego.
- Dobrze, dobrze, wierzę wam, ale co chcecie? – no, teraz mówi do rzeczy! Właśnie, a co chcemy?
- Wnieść glany do Wielkiej Sali i je schować gdzieś tutaj! – stwierdziła pewnie Lenek.
- Niech stracę... Lećcie i wracajcie szybko, McGonagall zaraz przyjdzie sprawdzić czy sobie radzę.
Pobiegłyśmy w stronę lochów i dość szybko, jak na nas, dotarłyśmy do naszego dormitorium. Oczywiście nie obyło się około dwudziestu zaliczonych gleb, tak samo w drodze powrotnej.
Do WS weszłyśmy z dwoma workami na śmieci, w której wylądowało nasze obuwie, to jest glany Lenka i moje trapery. Te drugie były w strasznym stanie, bo rozwalone buty rulez, ale nic, jakoś trzeba żyć z tym, że ma się najlepsze rzeczy w szkole...
- Co tu się dzieje? – zapytała tradycyjnie McGonagall wchodząc do sali zaraz po nas.
- Bo pan Filch kazał nam iść po worki na śmieci i pozbierać śmieci w toaletach przy okazji...
- Aha – stwierdziła marszcząc inteligentnie brwi. Inteligentny goryl pasowałoby najlepiej – Dobrze, więc ja idę – odeszła kręcąc dziwnie tyłkiem. Coś krótka była ta jej wizyta... Nieprawdopodobne.
- Zwolni już nas pan? – zrobiłam maślane ocka i czekałam na wyrok.
- Nie mogę...
- Proszę! Błagam! Ja mam żonę i dzieci! Kto ich wykarmi? Kto zrobi im obiad? Kto da im sukienkę na bal do przeróbki? – Filch przyglądał się mi jak idiotce – Czemu?! Czemu mi pan to robi?!
- Jak pan może być tak nieczuły?! Nie widzi pan jej tragicznego położenia?!
- No to już idźcie – woźny wyraźnie chciał się od nas uwolnić.
- Dziękujemy, jest pan najcudowniejszym z najcudowniejszych ludzi na świecie! – w nagłym przypływie uczuć rzuciłam się na niego i uściskałam. Chyba był tym zdziwiony.
- Może lepiej już idźcie, bo szlabany NAPRAWDĘ wam szkodzą...
- Dziękujeeeeemyyyy! – pomachałam mu wychodząc z WS i wywalając się o pierwszy napotkany stopień.
Biegłam przez szkołę drąc się „Sukienka! Sukienka! Sukienka!”, co miało dotyczyć oczywiście mojej balowej kreacji, która w rezultacie powinna wyglądać jakbym ją wyciągnęła z jakiegoś śmietnika... No dobrze, może trochę przesadzam, ale miała być podarta!
- Sukienka, śmietnik, bal! – wydarłam się wpadając do mojego dormitorium.
- Że co? – zapytała Lav siedząc na swojej szafce nocnej i czytając coś podobnego do podręcznika transmutacji.
- Melek sukienka! – krzyknęłam zabierając jej książkę.
- To trza coś z tym zrobić! – wstała – Tylko co?
- Sukienka! – wyjaśniłam, żeby czym prędzej zmusić ją do działania.
- Ale po co ci sukienka?
- SU-KIEN-KA! – powiedziałam jeszcze dobitniej, co nie zmienia faktu, że jeszcze nie zrozumiała.
- Aha, na bal? – czyżbym się jednak myliła?
- Sukienka – potwierdziłam.
- To pokaż, zobaczymy co da się z nimi zrobić.
- Sukienka! – zawyłam szczęśliwie i wpadłam do kufra, przy okazji się zamykając – Sukieeeenkaaaa! – to słowo idealnie ilustrowało moją rozpacz, bo nie dość, że nie mogłam się otworzyć, to sukienka była pod łóżkiem, a nie w kufrze!
- Już ci pomagam! – siostra wyciągnęła mnie z kufra, a razem ze mną trzy sukienki, które miałam na głowie. To dlatego wydawało mi się tam dziwnie ciemno...
- No i co ja mam ci z tym zrobić? – spojrzała na trzy kawałki materiałów zastanawiając się.
- Sukienka! – wykrzyknęłam w euforii, dumna ze swojego pomysłu.
- Właśnie! – poparła mnie – A masz jakiś pomysł?
- Sukienka – zaprzeczyłam. Coś mi się wydaje, że ostatnio zapomniałam jak brzmią różne ciekawe słowa...
- Więc... Masz rację! To pozszywamy je wszystkie razem, potem podrzemy gdzie nie trzeba i będzie gotowe!
- Jesteś geniuszem! – pochwaliłam Lavka.
- Wiem – odparła jak zawsze skromnie – No ale bierzmy się do roboty, nie mamy całego dnia, bo musimy.. Posłuchać Simple Plan! – prawdopodobnie to była najważniejsza prawda jaką w życiu usłyszałam. I tym się kierujcie, ludzie!
Z pracą uporałyśmy się dość szybko, co było dziwne, bo w końcu praca zawsze jest pracą, a do tego to my najbardziej chętne nie jesteśmy. W fazie końcowej moja sukienka wyglądała, jakbym kiedyś miała jakąś piękną kreację, wyglądającą na długą suknię bez żadnych udziwnień... Poza nałożoną na nią spódnicą z falbanami przy dole, z których już niewiele zostało, oraz rękawiczkami zrobionymi z ramiączek oraz pozostałości trzeciej sukienki. Na szczęście nie wyszłam tak do ludzi, ale, po wcześniejszym podarciu i poodcinaniu niepotrzebnych kawałków materiału w różnych miejscach, wyglądałam w niej, jakby po drodze napadło mnie stado wilków. Dodatkowo pocięłam się nożyczkami przy okazji przeróbki, więc postanowiłam założyć na to wszystko szatę szkolną. Niestety, zamiast moich kochanych traperów, które czekały na mnie w WS, musiałam założyć jakieś ohydne szpilki. Kto to widział, żeby Melek nosił szpilki?! Ty, nie śmiej się, wcale tego nie widziałeś! Że niby widziałeś? Kłamca!
- No, możemy być dumne! – zachwyciła się Lav patrząc na mnie po ostatniej przymiarce.
- Taaak... Jestem śliczna! – zabłysnęłam („a ja ciągle poleruję” jak było napisane w PI XD).
- Oż! Kto to jest?! – „przestraszył się” Matt, kiedy mnie zobaczył. Czyż to nie jest dowód na moją olśniewającą piękność?
- Ja wiem, że ładnie wyglądam, ale niestety z tobą nie idę – mrugnęłam do niego.
- To może ze mną? – Chad wbił do dormitorium.
- Ale ty masz dziewczynę! – wyjaśniłam mu – A gdzie Jake?
- Oglądanie panny młodej w sukni ślubnej przed ślubem jest nielegalne... Znaczy przynosi pecha! Właśnie! – wyjaśnił Matt.
- Jakim ślubem? – zdziwił się Jake przepychając się do dorma – Od kiedy taki strój obowiązuje na ślubach?
- Od... Dzisiaj! – zabłysnęła Lav.
- My mamy jakiś ślub? – zdziwiłam się.
- Tak! Od dziś jesteście małżeństwem teraz aż po wieki wieków. Rzekłam. Amen – objaśniła Lav. Spojrzałam na Jakea starając się nie być bardziej blada niż jestem.
- Łuuuu! – ogół ludności zgromadzonej w dormitorium zaczął klaskać.
- Szpilki – stwierdziłam przyglądając się z zainteresowaniem – Na pewno te szpilki tak na nich działają – ale niestety nie miałam szansy dłużej prowadzić tego inteligentnego wywodu, gdyż mój nowy mąż był właśnie pchany w moją stronę.
- No to jesteśmy małżeństwem – stwierdził radośnie.
- Jesteśmy – potwierdziłam.
- Gorzko! Gorzko! Gorzko! – usłyszałam krzyki Draco, w którego ślady poszła reszta. Niech ja go tylko dostanę w swoje ręce...
Jake chyba nie miał jakichś szczególnych oporów, dodatkowo lubił wzbudzać zamieszania, więc mnie pocałował... Jejku, to było niezwykłe! Prawie się rozpłynęłam. Oczywiście, nie mogłam tego pokazać, bo jednak od Dżewiastej przejęłam pewne cechy (patrz: „demony wcale nie kochają!”), ale jednak...
- A teraz państwo młodzi zostaną sami na noc poślubną – poinformował mnie mój kuzynek.
- No już wystarczy, spadać – wykopała ich wszystkich Lav. Jakby nie mogła wcześniej... Chociaż w zasadzie to chyba nie żałuję?
- Ja padam... – położyłam się na moje kochane wyrko zupełnie zapominając, że bal już za kilka lub też kilkanaście godzin... W sumie nawet nie wiedziałam kiedy on miał być.
- Bal już dziś wieczorem...
- I trzeba będzie wytrzymać całą noc?! Eee... To ja idę spać.
Ale oczywiście, wcale nie zasnęłam... Lub też zasnęłam, ale całą noc śnił mi się KTOŚ... I podejrzewam, że każdy czytelnik wie kim ten ktoś był.

Była to radosna twórczość Melka vel Mel vel Melissy Calaen z serii "Kocham Harryego Pottera"... Tfu! Nie ta seria, to przecież tytuł odcinka PoKeMoNóW... Miało być z serii "Zabić Pottera, czyli ZŁO w Hogwarcie" *gleba*
Za przeczytanie tego debilnego zakończenia musicie winić autorkę tego opowa, a nie jej jaźń czy jego bohaterkę. My nie mamy z tym nic wspólnego.

komentarze [21]



Nazwałam: [Parciszon 14]
Napisałam: [czwartek, 25 sierpnia 2005 23:55:16]

Mam dla Was pytania konkursowe...:
Jak zakończy się całe calaen? (Skeetuś już co prawda wie, bo się domyśliła XD Aha, i nie żeby już się miało kończyć, bo potem będzie cd na Sid ^^)
Jak zostanie rozwiązany problem Lavka? (to już wiem ja i Lavek, więc nas to nie dotyczy, ale jetem ciekawa co wymyślicie XD)

Part ływ dedykejszyn for:
Lenisław, Pryszczysław, Nejo, Armad :*
Vitek, Klopek :*
Nazja, Dżewuś :* ^^
Sreberek XD






14. Problemy z królewskim pochodzeniem...

- Mela... Obudź się... – jęknął jakiś głos. Otworzyłam oczy i natychmiast zmieniłam pozycję na siedzącą, po czym rozejrzałam się po dormitorium. Nikogo nie było.
- Co mi się właściwie dzisiaj śniło? – zaczęłam się zastanawiać padając z powrotem na poduszki – Aha, już wiem! Śnił mi się Tom i ja przeciwko Lav i Chadowi w bitwie na poduszki! Oczywiście wygrała królewska gwardia chomików i... Ej, głosie, czy ty mnie słuchasz?! Głosie, gdzie jesteś?! Nie ma cię?!
- Jestem... – kolejne jęknięcie.
- Gdzie?! Ja słyszę głosy, których nie widzę! Źle ze mną! Utopię się w czajniku! A może to moja głowa? Mogłam nie odstawiać tabletek! Jakich tabletek? Eee.. Ja nie brałam tabletek... Ale zwalimy to na psychiatrów i niewłaściwe leki!
- Pod łóżkiem mnie nie ma, jestem w szufladzie – zajrzałam pod łóżko i zobaczyłam kurz, moją kolekcję skarpetek z Tomem, miniaturę Toma naturalnej wielkości, wieżę, płyty, plakaty z Tomem, zdjęcia chomików, część chomików Lavka, które dostała od Trava no i oczywiście Jakea... Potem otworzyłam szufladę i zaczęłam grzebać w niej w poszukiwaniu chłopaka, którego przed chwilą widziałam, ale zostawiając to, w szufladzie mam laptopa gotowego do włączenia i obejrzenia Toma w teledysku Blinka... Wróć! Widziałam przed chwilą chłopaka?
- Jake! Co ty robisz pod łóżkiem? – zapytałam radośnie.
- Yyy... Śpię. Jestem tajnym agentem FBI i mam zniszczyć tą szkołę, ale nic nikomu nie mów!
- Nie powiem! Tylko gdzie jesteś? I jak się tam zmieściłeś? I czemu jesteś w szufladzie, skoro jesteś pod łóżkiem? – nie ma to jak inteligentne pytania serwowane z rana razem z jajecznicą na bekonie, której KTOŚ zapomniał mi przynieść. Ogłasza się Jakea Atariela winnym w sprawie braku jajecznicy! Co oni mi dosypali do tej herbatki z dyni?...
- Czuję, że nie ma potrzeby odpowiadania na te pytania? – chyba zauważył, że moje ręce i głowa zwisają z łóżka i ściągnął mnie na podłogę w mojej cudownej, czarnej pidżamce z... Z kim? No tak, oczywiście, że z Tomem!
- No nie ma, ale mogę cię zmusić za pomocą mojej tajnej broni! Była gdzieś pod łóżkiem i zaraz powinna zacząć się tobą bawić. To taki system bezpieczeństwa na wszelki wypadek, gdyby ktoś chciałby mi ukraść cokolwiek związanego z Tomem – uśmiechnęłam się głupkowato.
- Mela, co ty plan... AŁA! Co ty zrobiłaś temu czemuś?! Matko, to Tom! Jak ty go zmusiłaś, żeby wszedł pod twoje łóżko?! Ale on ma żonę! I dziecko! I chyba chce mi coś zrobić! Ja się boję – miałam nadzieję, że tylko się wygłupiał, bo pogotowia wzywać nie mam zamiaru. Jak mu się coś stanie to sztuczne oddychanie zrobię sama...
- To miniatura Toma naturalnej wielkości – pochwaliłam się – Ale co robisz pod moim łóżkiem?
- W zasadzie miałem zamiar wyskoczyć spod niego rano i dać ci kwiaty, ale po zobaczeniu trzech ton kurzu stwierdziłem, że zdechną w tych warunkach... – wyszedł spod łóżka i otrzepał się. Mam odkurzone pod łóżkiem! – Melisso Calaen, córko swoich rodziców, których imion nie pamiętam, czy pójdziesz ze mną na bal?
- Poważnie mówisz?
- Jak najbardziej.
- Aha... A więc... Nie, bo jesteś odkurzaczem! – coś tu nie gra. Dlaczego ja mówię, że on jest odkurzaczem, skoro to komplement? – No żartowałam, nie jesteś odkurzaczem, tylko... Tylko... – z niewiadomych dla niektórych osób przyczyn na usta cisnęło mi się: bananem, mleczkiem, śmietanką, parasolem, wodą i peleryną.
- Pójdziesz? – zrobił słodką minkę. I jak ja mam się tu nie zgodzić? W sumie, to jakbym się nie zgodziła, wypominałabym to sobie przynajmniej przez dwa miesiące, a jeśli pod koniec tego drugiego spotkałabym Voldemorta i on postanowiłby rzucić we mnie avadę, to prawdopodobnie przez całe życie...
- Pójdę! – zabłysnęłam i chyba urosłam z pięć centymetrów, albo zaczęłam skakać po łóżku, bo sięgałam głową do plakatu Toma, który jest na suficie.
- Mela, Mela! Nie skacz bo rozbijesz sobie... – walnęłam głową w sufit - ...głowę... Ze zwłokami nie pójdę! – położyłam się na moim wyrku.
- Racja, zwłoki słabo tańczą. Ale mi nic nie jest. Ej, od kiedy ty umiesz się rozbroić? Tfu! Rozkroić? Ej... Roztroić? O. To jest to słowo! Umiesz się roztrajać? To nie fer! Ja też tak chcę!
- Mam pamiętnik Draco – przypomniał sobie wyjmując spod łóżka różowawy notes.
- Nie dotykaj tego! To może być trujące! – zawyłam próbując ułożyć się wygodnie na tych poduszkach.
- To pamiętnik parkinsona, a raczej jego futrzana okładka, tak dla niepoznaki, najwyżej wezmą mnie za geja. Ale w środku... – zdjął różowe futerko i moim oczom ukazał się czarny zeszyt z mrocznym znakiem i napisem głoszącym „WARA!”.
- Aaaa! Jaki słodki! – pisnęłam niechcący – Aha, ja miałam się ubrać... – stwierdziłam z miną pt. „Jak to się robiło?...”. Ale nie TO to tylko ubierało się! I wcale nie w towarzystwie Jakea! Chociaż w sumie to nie jest taki zły pomysł... Calaen, spokój! Leżeć! Znaczy... Uspokój się! O czym ty udajesz, że myślisz?!
- To ja idę po kwiatki i wrócę tu w najbardziej nieoczekiwanym momencie, żeby ci zrobić coś, co zostanie ogólnie uznane za molestowanie, ale ty powiesz, że to wcale nie było molestowanie, bo sama się zgodzisz... – zaczął wymyślać sobie jakieś historie erotyczne. Lepiej go stąd wyrzucić. Co ja zrobię z namiotem o tej porze roku?
- Wrócisz z kwiatkami jak cię sama o to poproszę, a teraz pa – wypchnęłam chłopaka za drzwi i, po przeszukaniu kufra i znalezieniu czarnych ubrań z Tomem, już tradycyjnie zajęłam jedyny w tym dormitorium parawanik.
- Aaa... Już jest dzień? Słońce świeci? – oho, dziewczyny się budzą... A to zdaje się głos Lav? – Aha, świeci... Czyli jest dzień... Obudźcie mnie w nocy... – w nocy to ona będzie spać...
- LAVEK! – ubrałam się i wyskoczyłam zza parawanu prosto na jej łóżko – Wstawać, wstawać, drzwi zamykać! Znaczy nie zamykać, bo nie wyjdziemy z tej szalonej karuzeli zwanej życiem!
- Co? Gdzie? Ja wcale nie odgryzłam głowy misiowi parkinsona! – spojrzała na mnie półprzytomnie – Aaa, Meluś... Czego mnie budzisz w środku nocy?
- No.. Dzień jest.. A ja Jakea wywaliłam z dorma i nie mam co robić! Nudzi mi się! Umieram z braku zajęć! I jak nie będziesz mnie słuchać to cię poszczuję jedzeniem z zeszłego tygodnia spod mojego łóżka!
- No, już wstaję, poczekaj, pójdę się ubrać! Aha, pójdziesz po Travisa? – ja się nie dam, ja nie pójdę, ja tu zostaję już na zawsze... – Dam ci kwiatki stokrotkopodobne! – guzik, mam swoje, nigdzie się nie ruszam – I roczny zapas żelków! – za żelki oddam nawet życie!
- Już lecę! – wyszłam z dormitorium i zaczęłam śpiewać ‘Co oni nam dają’ Dezertera. Prawdopodobnie nie znam zbyt dobrze słów, ale liczą się chęci!
Szłam sobie po niekończących się schodach, na środku których z niewiadomych powodów leżeli sobie pierwszoklasiści, o których natychmiast się wyglebłam... Szybko wstałam, otrzepałam się i pomknęłam dalej.
- Więęęęc chociaż ty.... – zawyłam wpadając na schody do dormitorium chłopaków, po czym wpadłam na kogoś i razem leżeliśmy na schodach – Mnie koooochaaaaj! – wyłam sobie spokojnie dalej nie zwracając uwagi na moją ofiarę.
- Słyszałem! Powiedziałaś, żebym chociaż ja cię kochał! – wydarł się ktoś spode mnie. Chwileczkę... Na kogo ja wpadłam? – Wiedziałem, że się we mnie bujasz!
- Yyy... No... Skąd? Bo ja nie wiem o co ci chodzi... – o, to Jake!
- No bo mi powiedziałaś, żebym chociaż ja cię kochał! – co on bredzi? Może jemu też coś dosypali do tej herbatki z dyni?
- Ja nic takiego nie mówiłam! Ja idę teraz po Travisa, bo Lav przypuszczalnie chce go zgwałcić, ale jakby coś to ty nic nie wiesz – ruszyłam dalej zostawiając Jakea sam na sam ze swoimi wątpliwościami. Co on ode mnie chce? Buzi? Dobra, buzi to może dostać, ale nic więcej...
„Mówisz, jakbyś nie miała ochoty” – szepnął jakiś głos w mojej głowie. Dżewiasta? A może Nazja? Taak, pewnie Nazja...
„Dżewiasta, idiotko! – tym razem głos krzyknął – Jestem Dżewiasta! Dżewuś! Mam męża w postaci Klopka! Nie pamiętasz?!”
Szczerze? Nie, nie pamiętam. W każdym bądź razie w cale nie mam ochoty się pie...truszka z Jakem!
Dobiegłam do dormitorium Travisa i próbowałam wyważyć otwarte drzwi, co zakończyło się oczywiście wywaleniem się na kogoś, kto stał przed nimi.
- Jest tu Travis? Lavkowi na gwałt jest potrzebny Travis! Na inne rzeczy również, ale to pierwsze jest sprawą priorytetową! – wydarłam się wstając.
- Tu jestem! Rozbieram się właśnie... Znaczy przebieram! Jak chcesz to weź mojego brata, który leży gdzieś na podłodze i idźcie sobie gdzieś... Ale nic mu nie rób, bo on jest teraz szczęśliwym chłopakiem swojej dziewczyny! – czy mi się wydaje, czy Travisowi też dzisiaj odbija? Mniejsza... Co on robi w dormitorium Ślizgonów, skoro jest z Ravenclawu?!
- Chadzik, kochanie, wstawaj, bo ja chcę kolczyka w nosie i pięć w lewym uchu! – wydarłam się podnosząc chłopaka z podłogi.
- Ja idę teraz do Hoti – uśmiechnął się znacząco – A potem wszyscy mają się zebrać we wspólnym, przyjeżdża ta nowa – mrugnął do mnie i wyszedł.
Przez tą całą nową zupełnie zapomniałam, że mam iść po Travisa, zbiegłam na dół i rozwaliłam się na kanapie, zrzucając z niej przy okazji wszystkich pierwszaczków. Po jakimś czasie inni Ślizgoni zaczęli dołączać do mnie, siadając na fotelach i na stole, bo oczywiście kanapa była zajęta dla Jakea... Ale nie tylko, oczywiście!
Dżewiasta: Akurat...
- Dla kogo zajmujesz kanapę? – zapytał Travis idąc w moją stronę razem z Lav.
- W zasadzie to dla Lav... Ale dla ciebie miejsce się znajdzie – zmieniłam pozycję na siedzącą i zostawiłam jedno miejsce dla mojego Jakea...
- Dzięki, że mi trzymałaś miejsce – wyżej wymieniony rzucił się na nas, ale oczywiście niedokładnie trafił, więc był zmuszony usiąść nie szkodząc tym nikomu. Zakładam, że jego plany były nieco inne... I wcale nie zakładam, że było w nich coś o mnie!
Wszedł Sev, prowadząc za sobą jakąś osobę ukrytą pod czarnym płaszczem. Z uśmiechem rozejrzał się po wspólnym i ustał na samym jego środku.
- Czy są wszyscy? – zapytał przyglądając się mojemu kuzynkowi, który właśnie całował się z parkinsonem mając wszystko głęboko gdzieś – Ekhem, panie Malfoy, proszę o uwagę – Draco ocknął się i spojrzał półprzytomnie na Seva.
- Już słucham, panie profesorze – wyszczerzył się. On o wszystkim wie, czy tylko stara się sprawić takie wrażenie?
- Jak zapewne wiecie, do naszego domu dołącza „tajna broń” Ślizgonów. Dlaczego jest bronią, kiedyś się dowiecie, ale na razie nie mogę nic wam powiedzieć, tak samo jak i zdradzić jej nazwiska. Przedstawiam wam Sydney – postać zrzuciła swój płaszcz. Moim oczom ukazała się szczupła, wysoka dziewczyna o długich, czarnych włosach i brązowych oczach. Była ubrana w krótką, czarną spódniczkę i bluzkę z długimi, rozszerzanymi przy końcach rękawami, tego samego koloru. Ciekawa osoba, w końcu miała też glany...
- Wow... – szepnął Jake patrząc w nią jak w obrazek. Jak ja jej nienawidzę!
- Dziękuję, panie profesorze. Jak już wiecie, jestem Sydney, ale proszę mówić na mnie Sid. Niedługo przenoszę się tutaj, ale na razie zostaję tylko do przerwy świątecznej. Mam nadzieję, że się polubimy – zrobiła na wszystkich wrażenie słodkiej dziewczyny. Zgnieść, zabić, zadusić, utopić w czajniku, wysterylizować, głowę odciąć i na kominku powiesić...
- Dobrze. Sid trafi pod opiekę – proszę, tylko nie moją, tylko nie moją – Hoti – dziękuję psorze, jest pan cudowny! Teraz pozostaje ją tylko zabić... – Oczywiście rozumiecie, że nie wolno jej nic zrobić – CO?! Niby czemu?! – ponieważ jest bronią Ślizgonów w walce przeciwko potterowi – akurat... A świstak siedzi i zawija je w te sreberka... – Mówię poważnie - Słucham?! Już ja jestem bardziej waleczna od niej! – Dziękuję, możecie się rozejść, życzę miłego dnia – no super, teraz to mam dzień już do końca zwalony – Hoti, dobrze się nią opiekuj – powiedział Sev wychodząc prawdopodobnie do swojego gabinetu. Wszyscy Ślizgoni płci męskiej ślinili się na widok tej potomczyni miłej pani spod latarni... Za co ona w moim domu?! Co ja takiego zrobiłam, czym zasłużyłam sobie na taką karę?!
- A tobie co? – zapytała zdziwiona Lav przyglądając się mi.
- W żałobie jestem – burknęłam – Jakby co, to ja jestem w swoim dormitorium i czytam książkę lub próbuję udusić się za pomocą poduszki.
- Jake już nie cofnie zaproszenia – szepnęła mi do ucha, a ja od razu spojrzałam w stronę chłopaka, który się do mnie uśmiechał. Muszę przyznać, że ulżyło mi i odwzajemniłam uśmiech.
Ale już nadszedł czas, trzeba było się zbierać, w końcu trzeba „pożyczyć” od pottera szatę szkolną i resztę ciuchów, a potem zrobić z nimi coś dziwnego... Może spalić na środku Wielkiej Sali?
Starając się nie zauważać tłumu śliniących się Ślizgonów oblegających Sydney i zazdrosnych spojrzeń Ślizgonek, które jej rzucały, wyszłam spokojnie z dormitorium, zastanawiając się jak kradzież szat pottera można wykorzystać do zabicia Sid. Niech poudaję, że myślę... Udusić ją, a potem powiedzieć, że była tak załamana, że sama się zabiła?
Pobiegłam na stadion Quidditcha, miejsce, które tak uwielbiałam. W tym roku, przez jakiś durny turniej, nie miało być żadnych rozgrywek w mojej ulubionej grze. Przecież byłam nową pałkarką Ślizgonów i zamierzałam rozwalić wszystkich gryzoniów jednym walnięciem w tłuczka... Dobra, może trochę przesadzam, ale tylko troszeczkę.
Spojrzałam na trybuny: jak zwykle zebrała się na nich prawie cała szkoła, oprócz tych spóźnialskich, którymi byli Ślizgoni gadający z tą całą „cudowną” Sydney. Zabić, zgnieść, udusić...
O, już idą! Potter, jakaś blondwłosa dziwka, Diggory i Krum... A może i tej blondynce zabrać ciuchy?...
Schowałam się za namiotem szpitanym i udawałam, że wcale mnie nie widać zza jakiejś dziwnej roślinki, która wcale tam nie rosła, ale ten drobny szczególik można wyciąć.
Zaczęłam zastanawiać się czemu nie słyszę co osoby zgromadzone w namiocie mówią. Może rzucono jakieś zaklęcie? A może mówią cicho, żeby potter nie bał się zadania? Jakby się tak poważnie zastanowić, to trzecia możliwość wydaje się najtrafniejsza... A jest nią to, że niezbyt dobrze przysłuchiwałam się temu, co dzieje się w środku.
Ale mi tam było nudno... Zważywszy na to, że potter miał wychodzić jako ostatni, durny głupek... Ale może przynajmniej zginie przez to coś... To coś... No super, nawet nie wiem na czym ma polegać zadanie!
Poszłam na trybuny, żeby chociaż mieć jakąś nikłą świadomość tego, co się tam dzieje. Uśmiechnęłam się pod nosem, kiedy zobaczyłam Diggoryego walczącego ze smokiem. Taaak, tego nasz cudowny pryszcz zdecydowanie nie przeżyje, ale jednak na wszelki wypadek można „pożyczyć” jego szatę szkolną i spalić w Wielkiej Sali...
Wyszła ta słodka lalunia, okazało się, że na imię jej Fleur. Matko, ale rodzice ją pokrzywdzili, mieć takie imię... Do tego wygląda idealnie. Kto w tych czasach chciałby wyglądać idealnie? Oczywiście poza wszystkimi kobietami świata.
Nie chciałam oglądać jej popisu, więc wróciłam na moje poprzednie stanowisko, za nieistniejącą roślinkę, tym razem starając się słyszeć rozmowy z wnętrza namiotu. Jednak bardziej interesowało mnie nucenie w myślach „Voyeur” mojego Blinka.
Wreszcie usłyszałam cienki głosik, z przerażeniem piszczący coś w rodzaju „Iiiiiii!”. Podejrzewałam, że należy on do pottera.
- Rogogon węgierski... – mówił ktoś ze strachem – Rogogon... On... Ja... Mnie... Nie przeżyję... – cały pryszcz, zawsze świetnie umiał ułożyć zdanie.
- Nie bój się – ktoś pocieszał go spokojnym głosem – Wszystko będzie w porządku – to chyba była pani Pomfrey.
Usłyszałam czyjeś kroki, a potem kolejne... I wślizgnęłam się do namiotu. Nie było w nim nikogo, chociaż nie zauważyłam, żeby ktokolwiek wychodził. Rozejrzałam się badawczo wokół i dostrzegłam szatę z czerwonymi wstążkami na rękawach. Na pewno należała do harry. Wzięłam ją i ubrania, które pod nią leżały, a następnie pobiegłam do WS i położyłam je na środku stołu gryzoniów, bo nie miałam pojęcia gdzie moja droga ofiara może siedzieć.
- Incendio! – szepnęłam celując w nie różdżką. Natychmiast się zapaliły – Śliczny ogień, śliczny... Taa... A teraz jeszcze karteczka... Hmm... – wyjęłam z kieszeni lekko pomiętą karteczkę i pióro. Czego to ja nie mam w tych kieszeniach... – Co by mu tu... Może... Tak, to będzie ciekawe – napisałam:
„To niegdyś była twoja szata szkolna. Tak Cię kocham, że musiałam Ci to w ten sposób udowodnić.
Twoja na zawsze Cho Chang”
.
No to harra się ucieszy, kiedy to zobaczy...
Nie było już sensu wracać na turniej, więc wróciłam do dormitorium, położyłam się na swoim wyrku i włączyłam wieżę, a konkretnie płytę The Calling, piosenkę „Wherever you will go”. Ach, jaka ona jest cudowna... Chociaż sama nie do końca rozumiem co ja w niej słyszę.
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem, ktoś wszedł. Nieczęsto słucham płyt z otwartymi oczyma, więc nie miałam zielonego pojęcia kto to może być.
- Mleczko do Śmietanki, Mleczko do Śmietanki, odbiór – po głosie poznałam, że to Jake. Pewnie mówił do nadgarstka, udając tajnego agenta. Zwaliłam się z łóżka i schowałam za kurzem spod niego.
- Tu Śmietanka, nawijaj Mleczko, odbiór – mówiłam do nadgarstka prawej nogi... Znaczy się ręki. Przy odrobinie szczęścia, drogi czytelniku, może zrozumiesz skąd wzięły się nasze cudowne ksywy.
- Czy akcja „Nagi potter” powiodła się? Odbiór.
- Oczywiście, Mleczko, akcja odniosła pełny sukces – od razu widać jak umiemy bawić się w szpiegów... Potrzebuję więcej Bonda! – Zrealizowałam też plan „Spalić harrę na stosie”, odbiór.
- Śmietanka, gdzie jesteś? – Jake ustał obok mnie, patrzył wprost na moją głowę – Nie mogę cię znaleźć, powiedz gdzie jesteś, to pogadamy, odbiór.
- Żebym to ja wiedziała, gdzie jestem... Tu jest jasno i jest straszny upał!
- Czyżbyś była... W... Lodówce?
- Nie! W zamrażarce!
- Wyciągnę cię stamtąd! – Jake podjął się próby podniesienia mojej skromnej osoby, ważącej nieco ponad pięć ton. Dodam, że udało mu się nawet przenieść mnie na rękach do mojego wyrka – Co zrobiłaś z jego ciuchami?
- Spaliłam na stole w Wielkiej Sali – zaświeciłam.
- Wariatka – spojrzał na mnie z zachwytem. Ludzie, za takie spojrzenie można oddać nawet życie!
- Dałn – odwdzięczyłam się mu równie miłym komplementem.
- Nie ma to jak się ludzie dogadują – uśmiechnął się słodko.
- A my to się dogadujemy świetnie i jesteśmy ogólnie geniuszami... Pić mi się chce – stwierdziłam.
- Mleczka możesz ode mnie dostać.
- Mleczkiem to ty się możesz sam naśmietankować! Nyo! Ja chcę wody!
- Wody też ode mnie możesz dostać... – no ja nie mogę... Co za... Zboczony kalafior! Tfu! Kaloryfer!
- Idź po jakiegoś skrzata... Umieeeeeraaaaaam! – zupełnie się nie przejął moim skrajnym odwodnieniem. Co za nieczuła, zboczona taśma klejąca!
- Meluś... – przejął się... Ma szczęście – Umieraj ciszej, słucham twojego The Calling.
- COOOO?! NAWET SIĘ NIE PRZEJMUJESZ MOJĄ ŚMIERCIĄ?! TY... TY... – rzuciłam się na niego – TY KAPSELKU OD TYMBARKA!
- Ludzie! Ratunku! Ratujcie! Help mi! Ja potrzebować wasz pomoc! – wydarła się Lav wyważając otwarte na oścież drzwi do dormitorium i przy okazji ratując Jakea od śmierci tragicznej w postaci tortur moimi skarpetkami.
- Co się stało i dlaczego pali się właśnie twój i Travki syn?! – wydarłam się wstając i udając strażaka.
- Przyjechał mój zaręczony od urodzenia i on teraz żąda, żebym ja mu pokazywała jak go kocham, ale ja go nie kocham, a on mnie tak i nie daje mi spokoju! – Lavek rzuciła się na moje łóżko, po czym zakryła się poduszką – Mnie tu nie ma i wcale mnie nie widzicie!
- Lavuś, spokojnie... Najpierw mi wytłumacz skąd masz zaręczonego od urodzenia? – zapytałam zachowując swoją zimną krew na obiad.
- No bo ja jestem księżniczką Malty – spojrzałam na nią lekko wkurzona – Ja naprawdę chciałam wam powiedzieć, ale jakoś nie było okazji... W każdym razie Alex tu przyjechał, a ja go tu nie chcę!
- A czemu nie możesz wyjść za Travę? Przecież on jest chyba księżniczką elfów, czy cuś... – zastanawiał się Jake.
- Bo rodzice zaręczyli mnie z Alexem! On jest jedynym synem synowej króla od strony jej dziadka mamy wujka ojca! – siostra zaczyna majaczyć, jest źle...
- Dobrze się czujesz? – pokiwała twierdząco głową – Na pewno? Nie jadłaś dzisiaj grzybków? Nie piłaś jeszcze piwa? Nie robiłaś nic w krzaczkach z Travą?
- Mela!
- No co? Ja tylko próbuję ratować życie mojej siostry!
- Nic jej nie będzie.
- Lavuniu, moja najukochańsza! – przed drzwiami do dormitorium stał jakiś wysoki rudzielec, nawet całkiem przystojny.
- Tu jej nie ma, poszła nad staw marchewki królikami napoić – poinformowałam go.
- No przecież ją widzę! – chciał wejść do środka i walnął głową we framugę drzwi.
- A widzisz, już jej nie widzisz! Mówiłam, że jej tu nie ma! Tylko nad głową latają ci teraz gwiazdki, ptaszki i inne serwetki... Gdzie Draco? Trza by jego goryli z nim wysłać do szpitalnego, bo ja go dźwigać nie zamierzam.
- Mnie tu nie ma, jakby co! – siostra schowała się pod swoje łóżko.
- Jakeuś, zrobisz mi tą przysługę i będziesz tak miły, że aż pójdziesz po Draco do jego dormitorium?
- Oczywiście Meluśku, dla ciebie wszystko – w takim razie nie zwracaj uwagi na tą durną Sydney, to mi wystarczy.
Cóż, zanim Draco przyszedł z bandą swoich goryli, minęło trochę czasu, a zanim udało im się odróżnić Alexa od ściany, jeszcze więcej. Trwało to tak długo, że wydawało mi się, iż nasz problem dotyczący zaręczyn Lav sam się rozwiązał. Niestety tak nie było. A może na szczęście..?
Chłopak jednak przeżył i dalej kochał się w mojej siostrze tak samo jak wcześniej. Wyglądało na to, że jedynym sposobem na niego może być zrobienie z Lavka różowej barbie... Do czego dopuścić nam nie wolno. A ja wciąż nie mam pięciu kolczyków w prawym uchu, bo Chad ciągle szlaja się gdzieś z Hotkiem!

Była to radosna twórczość Melka vel Mel vel Melissy Calaen z serii "Kocham Harryego Pottera"... Tfu! Nie ta seria, to przecież tytuł odcinka PoKeMoNóW... Miało być z serii "Zabić Pottera, czyli ZŁO w Hogwarcie" *gleba*
Za przeczytanie tego debilnego zakończenia musicie winić autorkę tego opowa, a nie jej jaźń czy jego bohaterkę. My nie mamy z tym nic wspólnego.

komentarze [19]



Nazwałam: [Notka XD]
Napisałam: [czwartek, 4 sierpnia 2005 15:13:36]

Macie notkę XD Wiem, że jest beznadziejna XD
Dedykuję ją:
Dżunkowi ^^ Dżunek, aj lof ju! XD
Lavkowi, bo wróciła XD
Skeetowi, bo trzeba zakończyć naszą miszyn XD
Najkowi za czytanie naszych rozmów mamie XD
Draconowi za to, że już wrócił XD
Hotkowi za to, że się zgodziła XD
Vii, za to, że ją poznałam (nie wiem czy to przeczytasz XD)
Oci, bo już nie jest kotem, ale o tym później XD
Autorom Bravo XD
Skarpetce Gieni i Skarpetkowi Gienkowi za to, że są na miesiącu miodowym XD

A więc czytajcie XD





13. Nie mam chłopaka, czy jestem nienormalna? Czyli jak Bravo oddziałowuje na ludzi.

Obudziłam się. Tak sama z siebie. Dziwne, nawet nie byłam zmęczona po wczorajszej akcji... Aczkolwiek nie zamierzałam wstawać za szybko. Z pewnego zaufanego źródła wiem, że potter zaczynał dzisiaj godzinę po nas eliksirami, a Sev na pewno wpuści mnie na jego lekcje, jeśli go ładnie o to poproszę. To oczywiście wymagało opuszczenia własnych zajęć, ale cóż, bycie wariatką i wpadanie na genialne pomysły wymaga poświęceń... Dlatego moją edukację w kierunku numerologii, której i tak za nic nie mogę zrozumieć, mogę odłożyć na później.
- Mela, wstawaj, na lekcje się spóźnisz! – poinformowała mnie Lav przekopująca mój kufer – Gdzie masz tą koszulkę z Legolasem?
- Posiało – odpowiedziałam inteligentnie rzucając w siostrę naszywką „wzorowy uczeń” – Przyklej sobie do czoła, to wystarczy.
- Ale tu nie ma Legolasa! – panika w oczach.
- A na co ci ten Lasoleg?
- Bo on jest do Travisa podobny – wyjęła swoją koszulkę z blondwłosym elfem, który się dziwnie szczerzył. Chwila, co jej koszulka robiła w moim kufrze? – Meluś, skąd ty tu masz skarpetkę w muminki?
- Widział ktoś moją skarpetkę w muminki? – do dormitorium wszedł Travis.
- Twoją skarpetkę? Hmm... A może mi wyjaśnisz, co ona robi u mojej siostry w kufrze? – Lav rzuciła go skarpetką w twarz – A teraz idź sobie, bo muszę coś na osobności powiedzieć mojej siostrze – wypchnęła go za drzwi.
- No Lav, jak ty postępujesz ze swoją miłością... – uśmiechnęłam się.
- Cicho, bo on stoi pod drzwiami i podsłuchuje.
- Skąd wiedziałaś? – wszedł do dormitorium wypuszczając dziewczyny pędzące na lekcje, podszedł do Lav i cmoknął ją w policzek na powitanie.
- Czy ty aby przypadkiem nie masz dziewczyny? – zainteresowałam się.
- No w sumie mam... – uśmiechnął się dziwnie – Ale dzisiaj mam w planach z nią zerwać, w końcu się dowiedziałem, że podobam się mojej ukochanej – przyciągnął do siebie Lav.
- Siostra, czy ty mi chciałaś powiedzieć, że całowaliście się w szpitalnym?
- Skąd wiedziałaś?
- Podglądywałam?
- Zgadłaś! – odkrywcze stwierdzenie mojej siostry występującej też w rolach: męża, bliźniaczki, cioci, wujka, mamy, taty, żony, brata.
Żeby dać parze gołąbków trochę tak zwanej „intymności” (w znaczeniu dosłownym oraz domyślnym, cokolwiek chodzi autorce po głowie), wywaliłam ich z dormitorium i załadowałam do wieży płytę MXPX.
- Ajw bin eniłer erałnt de łorld en fajnli hir tunajt – zawyłam sprawiając, że słońce schowało się za chmury. Nie ma to jak talent.
- Mela? – zapytał Draco trzaskając drzwiami.
- Draco? Co ty tu robisz?
- Szukam... Eee... No, chciałem ci podrzucić rozkład zajęć z czarnej magii – podał mi jakąś karteczkę. Miałam wrażenie, że chciał odpowiedzieć „Sram, a co, nie widać?” – A ty co tu robisz? Przecież masz teraz lekcje.
- Czekam na wasze eliksiry, żeby się pośmiać z głupottera – stwierdziłam ze słodkim uśmiechem i rozłożyłam kartkę.
- A jaką będziesz miała wymówkę, hm?
- No, jakaś się znajdzie.
- Jutro pierwsze zadanie turnieju – zabłysnął. Jakbym nie wiedziała... W sumie to nie wiedziałam... – A niedługo przyjeżdża jakaś laska z rumuńskiej szkoły. Do nich jedzie kilka osób od nas.
- Chcesz zostać moim jedynym źródłem informacji? – wyszczerzyłam się. Kuzynek wyszedł nie odpowiadając. Teraz miałam czas na obejrzenie nowego planu: wynikało z niego, że lekcji udzielać mi będą siódmoklasiści, dwa razy w tygodniu. Tylko nie do końca rozumiałam po co ja mam na nie chodzić, ale to się wytnie.
Spojrzałam na zegar. Już czas się zbierać, co bym się na lekcje pottera nie spóźniła...
Wyszłam z dormitorium i pokierowałam się w stronę wspólnego, po czym, razem z zadaniem domowym z transmutacji należącym do parkinsona (zawsze może się na coś przydać), ruszyłam do pracowni eliksirów.
- Łiii! Łone fak e Jake en Trav in di es! Łi łone fak e Jake en Trav in di es! Łone fak e fak e iiiiich! – nie ma to jak inteligentny tekst piosenki śpiewany w drodze na lekcje.
- Idziesz na lekcje pottera, Meluś? – zapytała Lav. Zaczęłam się zastanawiać co mogło wyniknąć z tej „chwili tak zwanej intymności” w wykonaniu jej i Trawnika.
- No jasne! Trzeba zobaczyć co wynikło z naszego numeru – uśmiechnęłam się na samą myśl o potterze w jego, przepraszam, JEJ nowym wdzianku.
Doszłyśmy pod pracowanię. Przed nią były zgromadzone klasy czwarte Slytherinu oraz gryzońdoru i wszystkie sisy. O dziwo, pryszcza nie było, za to byli Chad, Jake i Travis.
- Chłopaki! – pomachałam do nich, po czym razem z Lav podeszłyśmy do rodzinki i przyjaciół rodzinki.
- To miało być tylko do nas czy do nich też? – zapytała Artek.
- Eee... To może tak: Chad, Jake, Trawnik? Wy też nie na lekcjach? – poprawiłam się.
- Nyom, nam też Sevik napisze zwolnienia z tej okropnej numerologii – wszyscy zrobili minki zatytułowane „XD”.
- Poza tym, jak usłyszałem, że MOJA Mela nie idzie na nasze zajęcia, postanowiłem się do niej przyczepić i już nie puścić – Jake przyciągnął mnie do siebie ramieniem, a w moim brzuchu motylki zaczęły tańczyć czaczę. Głupie motylki! Przecież wszyscy wiedzą, że czacza jest już niemodna! Teraz tańczy się makaronę! O!
- A ja słyszałem, że zamierzasz wybrać się z Melą do kibla... – powiedział Chad z tajemniczym bananem BAMBUCZA! Eee... Znaczy się CZIKITA!
- Wypraszam sobie! Jak on coś ode mnie chce to music zapłacić, o! – gryzonie zaczęli się na nas dziwnie patrzeć.
- Czas wykorzystać moją poduszkę w spreju – Lenek wyjęła sprej i dmuchnęła nim na gryzoniów. Prawie od razu powstały poduszki, które zaczęły ich nawalać.
- Uwaga! Idzie gwiazda naszej szkoły, Henry Portier! Tfu! Harry Potter! – zaanonsował Draco. Wszyscy Ślizgoni byli poinformowani co to tego, czego mają się spodziewać w tej sytuacji, więc od razu odsunęli się na bok, robiąc Harrze przejście.
Potter przeszedł samym środkiem korytarza z olbrzymimi rumieńcami na twarzy, próbując zasłonić swój strój rękoma, na szczęście dla nas, bezskutecznie. Spod różowej bluzeczki na ramiączkach odsłaniającej pępek, zaopatrzonej w napis „Ajm e fakin bicz”, wystawały ramiączka wypchanego stanika, w tym samym kolorze. W nieco jaśniejszym odcieniu tej barwy była jego spódniczka, miniówka, spod której było widać stringi. Z jakiegoś powodu postanowił wczuć się w rolę i tak śmiesznie kręcił tyłkiem. Zaczęły się gwizdy i śmiechy obywateli naszego domu. Gryzoniom szczęki poopadały.
- Uuu, co jest głupotter, zmieniłeś płeć? Nawet silikony sobie wszczepiłeś, taa? – zapytał Draco spoglądając na pryszcza z wyższością.
- Draco, zostaw tą laskę w spokoju, ona jest moja! – krzyknął Travis.
- Ale lala! Mała, masz może wolny wieczór? Bo ja chętnie pójdę z tobą na kolację – zaproponował Jake mrugając do mnie. Dżiz, on mrugnął do mnie! Do MNIE!
- Potter, robisz mi konkurencję! Jak tak możesz? – zrobił się bardziej czerwony niż to jest możliwe.
- Odczepcie się od Harryego! – krzyknęła szlama spoglądając na zacieśniający się wokół świętej trójcy krąg Ślizgonów ze złośliwymi uśmiechami na twarzach. Jedynie Nili nie było do śmiechu. Co jest z tą dziewczyną?
- Bronisz swojej koleżanki, taa? W sumie racja, w końcu sama wypychałaś jej stanik – powiedziała Lenek. Ja chwilowo zaniemówiłam, bo byłam pochłonięta podniecaniem się tym, że Jake do mnie mrugnął.
- Co tu się dzieje? – z ratunkiem przyszedł im dzwonek, a razem z nim Sev.
- My tylko witaliśmy się z Harrym, panie psorze – odparłam grzecznie.
- O, potter, nie wiedziałem, że zmieniłeś płeć – uśmiechnął się złośliwie – Cieszę się, że jednak zgodziliście się pomóc mi w prowadzeniu dzisiejszej lekcji, jestem pewien, że gryfoni będą tym zachwyceni. A teraz proszę wejść do Sali – otworzył drzwi i wskazał je nam ręką. Uczniowie zaczęli wchodzić do pracowni – Dobra robota – dodał, kiedy przechodziła nasza rodzinka. Skąd wiedział?
Weszłam do sali i, jak pozostali ‘uczniowie do pomocy w prowadzeniu lekcji’, ustałam za Sevem.
- Jako starsi uczniowie, będziecie pomagać słabszym w przyrządzeniu wyjątkowo trudnego eliksiru. Ufam, że Harry Potter poradzi sobie z pomocą jedynie panny Granger – potter spojrzał zdziwiony na Seva, chyba nie załapał – A teraz rozmieszczenie: panna Calaen i panna Hope usiądą z panem Malfoyem, który w tej chwili ma kontuzję ręki, więc należy mu się szczególna uwaga – czego to wychowawca nie wymyśli dla dobra uczniów.. – Pan Atariel będzie pracował z panną Parkinson – współczuję mu z całego serca. Głupia szmata! Czemu ja nie jestem na jej miejscu?! – Pan Chadwick McGrath z panem weasleyem, pan Travis McGrath z panem Crabbe, panna Poiree z panem Longbottomem, panna Collins z panną Hrube, panna Armstrong z panną Postritee. Przypominam, że starsi uczniowie mają dawać wam instrukcje, ewentualnie pomóc w przyrządzeniu składników, ale pozostała część zadania należy do was. A teraz do pracy – usiedliśmy na wyznaczone przez psora miejsca. Rozejrzałam się po klasie: wszystko było ołkej, oczywiście pomijając to, że Chad wciskał się w ścianę, żeby nie mieć styczności z wiewiórą, a Lenek próbowała włożyć longbottoma, z tymi jego maślanymi oczkami wpatrzonymi w nią, do kociołka.
- Laveńku, zrobisz coś dla swojego kochanego Meleczka? – zapytałam mrugając z dziwnie szybką prędkością.
- Oczywiście Meluś, dla ciebie szytko – odparła mrugając tak samo jak ja. Draco skrzywił się nieznacznie. Chyba nie lubi, gdy ktoś zachowuję się aż tak słodziutko (różowo?).
- Zrobisz eliksir bez naszej pomocy? To my POMOŻEMY trochę potterkowi.
- Oczywiście, a co im nawrzucasz?
- Yyy... A mamy gdzieś odchody toperza?
- W podręcznym zestawie składników do eliksirów każdego czwartoklasisty – siostra spojrzała na Draco, który zanurkował pod ławkę i po chwili wyjął spod niej jakąś walizkę. Otworzył ją, a moim oczom ukazały się wszystkie możliwe składniki eliksirów, co prawda w niewielkich ilościach, ale zawsze.
- Wyjmij odchody nietoperza i otwórz je, tylko uważaj, bo niewyobrażalnie śmierdzą – kuzyn otworzył słoiczek, a po sali rozszedł się nieprzyjemny zapach.
- Proszę, kochana kuzynko – wyszczerzył się podając mi go.
- Dziękuję, kochany kuzynku – wyjęłam z kieszeni różdżkę – Wingardium Lewiosa! – szepnęłam machając nią i podniosłam słoik w powietrze. Manewrowałam nim uważając, żeby przypadkiem nie uderzyć nikogo w głowę. W końcu dolewitowałam dodatkowy składnik nad kociołek pottera i, kiedy słodka parka siedząca przy nim zajęta była rozmową, wrzuciłam do niego zawartość słoika. Potem szybko, już ponad głowami uczniów, zawróciłam.
- Teraz potrzebujemy czegoś, żeby ich eliksir wybuchł... – stwierdził Draco w zamyśleniu.
- Hmm... Te ślimaki sprawią, że eliksir będzie miał kolor różowy, zamiast smolistoczarnego, a jeśli dodamy jeszcze trochę much siatkoskrzydłych i tych dziwnych, sraczkowatych pijawek, to wszystko powinno wybuchnąć i będą musieli lecieć do szpitalnego – wybrałam odpowiednie słoiczki i jednym machnięciem różdżki wszystkie je otworzyłam – Dracuś, słońce moje, przetransportujesz je?
- Z przyjemnością – mrugnął do mnie i rzucił zaklęcie. Przyjrzałam się potterowi: siedział nieruchomo, przerażony śmiechami, które słyszał z każdej możliwej strony. Jego koleżanki z klasy zaczęły głośną analizę na temat tego, „skąd on wziął taką modną spódniczkę”. Odwróciłam się za siebie. W ławce za nami siedział Jake z Parkinsonem. Mopsowata pracowała nad eliksirem, a chłopak nic, tylko się na mnie gapił i dziwnie uśmiechał.
- Co ty sobie pod tą twoją zboczoną czachą tworzysz, hm? – zapytałam.
- Rozbieram cię wzrokiem – odparł poszerzając swój uśmiech.
- I jak ci to wychodzi?
- No całkiem nieźle, już jesteś w samej bieliźnie.
- Glany też zdjąłeś?
- Nie, bo mogę się udusić.
- Niemożliwe, moje skarpetki tak nie śmierdzą!
- Cicho Meluś, odwróć się, bo ominie cię show! – szturchnęła mnie Lav. Szybko odwróciłam się i spojrzałam na kociołek pottera. Draco pospiesznie ewakuował znad niego słoiki. Teraz pozostawało nam czekać aż trzy razy zamieszają.
Raz. Eliksir zaczął bulgotać, robiły się wielkie bąble w kolorze jasnoróżowym. Potter ani, co dziwne, granger, nie zwrócili na to uwagi.
Dwa. Bulgotało coraz mocniej, kociołek zaczął się trząść, granger próbowała wejść na głowę potterowi, który twierdził, że to normalne, sugerując się longbottomem, który sam robił swój eliksir.
Trzy. Kociołek skakał, szlama zaczęła piszczeć, pryszcz zresztą też. I nagle usłyszeliśmy wielkie BUM!, a nasza para dziewcząt została opryskana różowym, śmierdzącym, klejącym płynem, jak i kilka osób za nimi, np. wiewióra. O dziwo Chad ani Lenek nie oberwali, ale to przecież są Ślizgoni.
- Panno Calaen, panno Hope, widzę, że eliksir pana Malfoya jest już gotowy, więc czy mogłybyście zaprowadzić pana pottera i pannę granger do skrzydła szpitalnego? Ach, jeszcze longbottom, weasley i patil... Panowie McGrath, panie Atariel, idźcie z nimi – Sev uśmiechnął się i wrócił do wykładu, z którego na pewno większość obecnych gryzoniów będzie odpytywana. Oczywiście oni nie słuchali...
Wyszliśmy z pracowni. Pozwoliliśmy iść gryzoniom przodem, w końcu prawie każdy z nich jest jedynie człowiekiem, a niektórzy to małpy, a my to ludoUFKI i MY OPANUJEMY ŚWIAT! Eee... Chwilowa niepoczytalność, przepraszam.
- Granger, ale przyznaj się, zrobiłaś to specjalnie żeby urwać się z lekcji, prawda? 0 zaczęła Lav. Szlama spojrzała na nią zdziwiona.
- Właśnie, sama widziałam jak wrzucałaś do kociołka odchody nietoperza – potwierdziłam łaskawie dzieląc się z łopatozębym króliczkiem wielkanocnym (by BadGirl) swoimi zasługami.
- Hermiona nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego – syknął potter.
- A ty potterówna siedź cicho, to, że razem ze szlamą wypychacie sobie staniki, jeszcze nie znaczy, że możesz się wtrącać – wyjaśnił Jake.
- Co my wam zrobiliśmy? – zapytał wiewióra zaciskając pięści. Granger już szykowała minę zatytułowaną „Wybaczcie nam”.
- Hmm... Jesteście potterem albo jego przyjaciółmi, czy to nie oczywiste? No a poza tym, gryzonie... – stwierdził Trav. On to czasem nawet potrafi być yntelidżentny...
- A ja? Przecież mogłem być Ślizgonem... Gdzie popełniłem błąd? – zapytał potter robiąc jakąś głupią minę.
- Potter... Przy urodzeniu. Miałeś matkę szlamę i ojca debila, którzy przeciwstawili się Czarnemu Panu, a teraz jeszcze robisz z siebie bohatera „ratujac” przed nim szkołę – wytłumaczyłam mu.
- Ale ja ich przecież nie znam – wyparła się patil.
- Ale za bycie ulubieńcem trelawney też się płaci, moja droga... Znaczy się tania.
Doszliśmy do szpitalnego. Pani Pomfrey spojrzała na gryzoniów oblepionych różowym glutem i pokręciła głową z dezaprobatą.
- Kolejny wypadek w tej klasie na eliksirach... Idźcie – wskazała im swój gabinet na końcu sali z łóżkami. Rozejrzałam się. W zasadzie w charakterze pacjenta gościłam tu tylko kilka razy, bo tylko kilka razy tak wywaliłam się na schodach, że miałam głowę rozbitą... No i raz spadłam z miotły jak próbowałam wycelować tłuczkiem w obrońcę gryzoniów na meczu Quidditcha.
- Wasi koledzy – jacy koledzy? – muszą tu chwilkę zostać, a wy wracajcie na lekcje – pielęgniarka uśmiechnęła się. W tej samej chwili zabrzmiał dzwonek. Skąd w Hogwarcie dzwonek?
Po dzisiejszych eliksirach, lub jak kto woli, numerologii, mieliśmy wróżbiarstwo, swoją drogą bardzo interesujący przedmiot, głównie dzięki profesorce-idiotce.
Szybko znalazłam się w wieży, w której miały odbywać się lekcje tego przedmiotu, zostawiając pozostałych z tyłu. Cholera wie co to za wieża...
Klapa w suficie była już otwarta, Trelawney już zapraszała uczniów do środka, więc wyjątkowo postanowiłam się nie spóźnić.
- Dzień dobry droga pani profesor Trelawney! – przywitałam ją sposobem a’la patil i brown – Co będziemy dzisiaj robić?
- Wróżyć z kryształowych kuli – odparła tym swoim natchniony głosem.
- Szkoda, że nie grać w Quidditcha – powiedziałam głośno siadając na swoje miejsce. Po chwili dołączyli do mnie Jake, Chad i Artek. Przed każdym z nas leżała kryształowa kula, która rzekomo miała mieć jakieś właściwości magiczne, chociaż według mnie bardziej nadawała się na kafel, tudzież worek treningowy udający głowę pottera.
Profesorka wciągnęła drabinę, zamykając tym samym przejście usiadła za biurkiem i zaczęła mówić ze swoim tradycyjnym natchnieniem.
- Drodzy uczniowie...
- Drodzy uczniowie... – powtórzyłam.
- Dzisiaj będziemy powtarzać wróżenie z kryształowych kul, które, jak powszechnie wiadomo, jest bardzo trudną sztuką.
- Dzisiaj będziemy powtarzać wróżenie z kryształowych kul, które, jak powszechnie wiadomo, jest do dupy.
- Swoje spostrzeżenia zapiszecie na pergaminie, a pod koniec lekcji mi je oddacie.
- Swoje spostrzeżenia na temat mojego beznadziejnego wyglądu zapiszecie na pergaminie, a pod koniec lekcji mi je oddacie.
- Kto mnie przedrzeźnia?
- Kto mnie przedrzeźnia?
- Wiem, podpowie mi to moja kryształowa kula – z nawiedzoną miną usiadła przed jedną z kul i zaczęła intensywnie w nią patrzeć.
- Powie mi to moja kryształowa kula – spojrzałam na kulę i niezbyt wiedziałam skąd ona miała umieć mówić.
- Tą osobą jest... – chwila pełnej napięcia ciszy – Cho Chang – zaśmiałam się. Wspominałam, że mamy wróżbiarstwo z krukonami?
- Tą osobą jest... Durna Chinka – powiedziałam z zadowoleniem.
- Ravenclaw traci dwa punkty – psorka udawała taką strasznie bezwzględną.
- Ale pani profesor...
- Milcz! Wróćcie do obserwacji kul.
- Fenk ju bejbe – podziękowałam, kiedy przechodziła obok.
- Cicho, ona nas OBSERWUJE! – powiedział z udawanym przerażeniem Jake i z najwyższym skupieniem zaczął wpatrywać się w swoją kulę.
Spojrzałam głęboko we wnętrze swojej kuli. Zobaczyłam białą mgłę. Ciekawe co to znaczy? Spróbowałam przewiercić ją wzrokiem i zobaczyłam twarz Jakea. Nic dziwnego, przecież ja widzę go wszędzie... Aha! To oznacza, że posiadam wysoko rozwinięte trzecie lub czwarte oko, a moja przyszłość będzie się wiązać właśnie z nim!...
- Coś widzę! – zaczęłam naśladując głos Trelawney – To ma wielkie okulary, jest obwieszone łańcuchami! Mutacja kobiety z ważką! Ona coś mówi!
- Meluś, ale to nie kobieta... – Jake spojrzał w moją kulę – To.. To... Ponurak!
- Ponurak! – zapisałam na pergaminie „ważka siedząca przy biurku” – To znaczy, że niedługo zginę! – osunęłam się teatralnie na Chada siedzącego po mojej prawej stronie.
- Ja też coś widzę! To poduszka w puszce! – Artek zapisała swoje spostrzeżenie.
- Paaatrzcie! Chomik! – wskazałam w sam środek kuli, w którym widziałam w zasadzie śnieżnobiałą mgłę. Zapisałam swoje wyimaginowane odkrycie.
- Białe kropki na białym tle! – krzyknął Chad w euforii.
- Potter pod prysznicem! Ja walę, ale ma małego... – stwierdził yntelidżentnie Jake. Czyżby to on zmieniał potterowi gacie? Fuu...
- Gdzie? – zainteresowałam się.
- W gaciach, a gdzie? – nie ma to jak zrozumienie pytania – Znaczy się tu – pokazał mi którąś część mgły. Nie wiem jak on, ale ja tam nic nie widzę... – Ja mam większego, chcesz zobaczyć?
- Bardzo chętnie, ale nie przy ludziach, zboczeńcu.
- Ale my chętnie popatrzymy, nie, Artek?
- Ależ oczywiście, nie krępujcie się.
- Wała! To jest własność prywatna, nie pozwolę go nikomu oglądać! – zasłoniłam Jakeowi krok ściągając mu bluzę (nie, nie zdejmując), że niby on należy do mnie.
- Tak, ale to jest MOJA własność prywatna i ja pozwalam go oglądać – zabłysnął.
- Jake mnie nie lubi! – wybuchłam udawanym płaczem – Zginę znienawidzona przez swoją m... Eee... Przez Jakea! Buu! – zaczęłam płakać w rękaw Chada, przy okazji próbując nie dostać głupawki.
- No Mela, spokojnie, no oczywiście, że cię lubię, no nie płacz kurna – szykował się do przytulenia.
- Teraz to sobie możesz, ja wolę Chada – wpakowałam się chłopakowi na kolana – Chad mnie kocha, prawda kochanie? – wyszczerzyłam się.
- No oczywiście – objął mnie – Patrzcie! Widzę w kuli kulę!
- To nie kula, tylko kaczka kąpielowa – stwierdziła Artek. Zaczęłam się zastanawiać czemu Jake siedzi i dziwnie się na nas gapi.
- Ja widzę... Ja widzę... Nie, nie mogę wam powiedzieć, to zbyt straszne! – zasłoniłam oczy rękami.
- Co tam jest? – Artek próbowała spojrzeć w moją kulę, co zbytnio jej nie wychodziło, bo siedziała naprzeciwko mnie.
- To... To... Tańcząca różowa skarpetka! – zapisałam to, po czym zwaliłam się z ławki po ujawnieniu mojego masakrycznego odkrycia.
- Nie patrz na nią, możesz zginąć! – Chad wlazł za mną pod ławkę i zasłonił mi oczy.
- Ja cię uratuję! – Jake zabrał moją kulę i wsadził ją sobie pod koszulkę.
- Jake, jesteś w ciąży? – zapytała Artek. Zapisałam „Jake w ciąży” – To dziecko to z Melą?
- Nie, to z moja mamą, ale ciii... – odparł rozglądając się, jakby obawiał się, że ktoś podsłuchuje.
- Czuję się zdradzona – zakomunikowałam pisząc „Atrapa mojego kota śpiewająca ‘Laki’ Bryknej Szpirs”.
- A ja słyszałem, że ty wolisz Chada ode mnie, to teraz nim się zajmij – wytknął język.
- A ja myślałam, że Jake zna się na żartach! Buu... On mnie nie lubi! Zabiję się z tego powodu! Albo skoczę na główkę z wieży gryzoniów! – znowu chlipałam w rękaw Chada.
- Widzisz co zrobiłeś?! Dalej Meluś, nie przejmuj się tym nieczułym szowinistą – Artek przyszła mi z pomocą – No dalej, szystko będzie dobrze, Melek. Wdech, wydech, wdech, wydech, wdech...
- Nie, no chłopie, ja wiedziałem, że umiesz być bezwzględny, ale żeby własną... – Chad przez chwilę się zastanowił – ...Melę aż tak dobić?
- Podetnę sobie żyły tym oto – chwyciłam pierwszą książkę, jaką zauważyłam w mojej torbie – Podręcznikiem do eliksirów stopień siódmy! – zbliżyłam go do nadgarstka.
- Meluś, nie rób sobie krzywdy, bo cię własnymi rękami uduszę! Więc jeśli chcesz żyć, to się nie ruszaj! – no i się nie ruszałam, bo w myślach śmiałam się z inteligencji tego tekstu, (!REKLAMA!) którego autorem był niejaki Toru Fujisawa, autor Great Teacher Onizuka (!REKLAMA!).
- Nie rób niczego, czego ja bym nie zrobiła! Chociaż w takiej sytuacji ja też chciałabym się zabić... Nie rób kompletnie niczego! – genialna, jak zawsze, Artek. Mimo wszystko zaczęłam drapać się rogiem okładki w rękę. Moja wina, że mnie coś swędzi w TAKIEJ chwili?
- No już spokojnie Mela – Jake wreszcie się ocknął i przeciągnął mnie na swoje kolana – W porządku, już się lubimy, tylko nie rób sobie krzywdy, bo masz gwarantowaną śmierć w męczarniach – no nie wiem czy on umiałby coś zrobić komukolwiek.
- Mój wybawiciel! – rzuciłam się mu na szyję – Wyjmij tą kulę spod koszulki pliz, bo to gówno od cholery twarde.
- Nie mogę – widać było, że mu coś zrobiłam... A jak go przypadkiem zgwałciłam? Nie, to byłby przecież zadowolony... Chyba.
- Coś cię boli? Pocałować? – uśmiechnęłam się do siebie. Proszę, niech bolą go usta...
- Klejnoty mi zgniotłaś, kurna! Ale pocałunek chętnie przyjmę, najlepiej w sam czubek – zabłysnął.
- Może jeszcze masaż mam ci zrobić, hm? – odsunęłam się od niego i wyjęłam mu kulę spod bluzki, przy okazji yntelidżentnie wkładając mu palec do pępka.
- Bardzo chętnie – mrugnął do mnie, po czym zwrócił się do Chada – A widzisz, mówiłem ci, że ona o mnie fantazjuje...
- No oczywiście, ale Sev i tak był jej pierwszym...
- Skąd wiesz?
- Sam widziałem, już w pierwszej klasie, teraz to oni przynajmniej raz w tygu, ja ci mówię, to nimfomanka jest.
Zabrzmiał dzwonek. Trewalney zebrała nasze pergaminy i pozostawiła kule dla następnej klasy. Naszą następną lekcją był OPCM, na którym siedziałam i udawałam, że robię coś więcej niż pukanie Jakea pod ławką. Potem, na ONMSie z tym głupim olbrzymem, dźgałam zawzięcie swoją sklątkę tylnowybuchową próbując jej wsadzić kijek do odbytu (wiem, że mam diwne pomysły). Jakaś ona była nieruchawa, ale i tak się z nią skumplowałam i jako jedyna, poza Artkiem, wyszłam z dwóch lekcji nie poparzona.
- Meluś, jak nazwałaś swoją sklątkę? – zapytał mnie Chad, kiedy po skończonych lekcjach szliśmy na obiad.
- Zwieracz Oż Wała Skątkowy – odparłam zastanawiając się co tam u Lav na lekcjach.
- Ja moją nazwałem Żona Jednookiego Bałwana Z Kosmosu – zabłysnął w odpowiedzi.
- Moja nazywa się harry potter – stwierdziła Artek.
- Taki komplement dla pottera... – uśmiechnął się Jake – Mój nazywa się Kłin.
- Tażan byłoby ładniej.
- A nie przypadkiem Tarzan?
- Tarzana to ty sobie możesz wsadzić, Jake.
- Sam sobie go wsadź, ja mam ciekawsze zajęcia.
- Ty chyba normalny jesteś.
- Ty, nie obrażaj mnie tak! Chcesz w ryj dostać?
- Ta, dawaj.
W tej oto przyjemnej atmosferze doszliśmy na obiad.
- Chad, zabieraj ten widelec ode mnie, bo ci zaraz nim oko wydłubię!
- Ale muszę cię jakoś odciągnąć od Meli, tudzież macania jej nóg, bo chcę jej coś przekazać – Jake lekko się zarumienił i odsunął się ode mnie – Na osobności – wstałam i podeszłam do Chada.
- Mela... W zasadzie miałem nikomu nie mówić i pewnie Hoti mnie zabije, ale już i tak powiedziała Lav, więc ja mogę tobie. A więc... Chodzę z Hoti! – tak się podjarał, że aż świecił pełnym blaskiem swoich wszystkich pięciu zębów wyszczerzonych w uśmiechu. Na suficie Wielkiej Sali było widać, że słońce zasłania się chmurami, ale ja przecież nic nie sugeruję...
- Naprawdę? Kurde, a już miałam nadzieję, że ze mną... Chlip... - Chad spojrzał na mnie, momentalnie pobladł – No żartuję, gratuluję ci dziewczyny, moja sisa się na to świetnie nadaje – został przeze mnie uduszony.
- Na szczęście, a już mi się wydawało... Nie ważne. Cały czas Jake?
- Tak, a co myślałeś?
- Nic, nie umiem myśleć. Wracamy do stołu?
Pozostała część obiadu minęła normalnie, co oznacza, że z naszego dłubania w jedzeniu wybuchła bitwa na żarcie między domami. Potem wróciliśmy do dormitorium. Wszyscy byli zajęci odrabianiem zadań domowych, poza grupą siódmoklasistów, która grała w rozbieranego pokera. Ponieważ ja oddałam swoje zadania do zrobienia jakiemuś szóstoklasiście pod groźbą oskarżenia go o gwałt na wiewiórce, nie miałam co robić. Z nudów próbowałam usiąść na lampie.
Następnie, kiedy już skończyliśmy, cała rodzinka oraz stowarzyszenie ZoNk!^^-ZoNk!^^ zebrali się we wspólnym. Może nie wiesz, drogi czytelniku, ale jeśli ktoś spoza rodzinki chodzi z kimś z niej, automatycznie dostaje się do stowarzyszenia.
- Ludzie, słyszeliście, że jutro pierwsze zadanie turnieju trójmagicznego? – zapytała Hoti.
- Wiemy, trzeba coś zrobić potterowi, skoro już dożył aż do teraz... – uśmiechnęłam się.
- Zabierzemy mu ciuchy, jak będzie walczył ze smokiem? Bo wiecie, że oni się przebierają, prawda? – wyszczerzyła się Lav, wchodząc na głowę Travisowi.
- To jest niezły pomysł, ale kto to zrobi? – zapytała Artek.
- Ja na pewno nie – powiedziała Nili krzyżując ręce na piersiach.
- Ja za to bardzo chętnie – zaoferowałam się.
- I niech ktoś zabierze Dracusiowi pamiętnik spod łóżka – powiedziała Ell. Wszyscy spojrzeli na mnie.
- Ej, na mnie nie patrzcie. Niech to zrobi Jake.
- Oczywiście.
- Ale to ma być oczywiście jak „zrobię to dzisiejszej nocy”, a nie jak „może w przyszłym roku”. Dobra, a teraz następna sprawa, a mianowicie bal szkolny, który odbędzie się przed feriami. Kto ma już parę? – zapytał Travis łapiąc za rękę Lav – Albo raczej kto nie ma?
- Hoti idzie ze mną – Chad ścisnął moją siostrę.
- Ja już mam pewien plan kogo wybrać – Nili uśmiechnęła się pod nosem.
- Mnie zaprosił Robin – błysnęła Artek.
- Ja chyba pójdę z tym Lorindollem, to ten krukon z szóstego roku – powiedziała Ell.
- Ja idę z Joe – powiedziała Sto. Wszyscy spojrzeli na nią zdziwieni – No wiecie, z tym perkusistą Backstage.
- Ja idę z Dracusiem – zaświeciła Lenek i zaczęła tańczyć.
- Cześć wszystkim! – jakaś wysoka blondynka, ubrana w krwistoczerwoną koszulkę i czarne dżinsy weszła do dormitorium.
- Hu ar ju? – zapytałam zdziwiona.
- No co wy, nie poznajecie mnie? Jestem Shena Charlotte! – okręciła się, ukazując nam swój ogon, którego się nie pozbyła.
- Ale przecież ty byłaś kotem – powiedziała Hoti. Ja stałam ze szczękospadem, wskazując na Shenę palcem.
- No... Ale udało się mnie odczarować. Słyszałam, że mówicie o balu, tak? Więc ja też kogoś mam, ale na razie nie powiem wam kogo – uśmiechnęła się i pobiegła do dormitorium, podśpiewując coś.
- Czyli, jeśli się nie mylę, tylko wy nikogo nie macie? – ja i Jake przytaknęliśmy – Jakoś to się załatwi.
Zaczęliśmy się rozchodzić do dormitoriów. Wszyscy kogoś mają, tylko nie ja... Czy ja jestem nienormalna? Tak, i w zasadzie to mi nawet z tym dobrze..

Była to radosna twórczość Melka vel Mel vel Melissy Calaen z serii "Kocham Harryego Pottera"... Tfu! Nie ta seria, to przecież tytuł odcinka PoKeMoNóW... Miało być z serii "Zabić Pottera, czyli ZŁO w Hogwarcie" *gleba*
Za przeczytanie tego debilnego zakończenia musicie winić autorkę tego opowa, a nie jej jaźń czy jego bohaterkę. My nie mamy z tym nic wspólnego.

komentarze [21]



Nazwałam: [Nowa notka! Tadam! XD]
Napisałam: [czwartek, 30 czerwca 2005 20:37:13]

A więc... Tadam! Jest notka XD
Skoro już wiecie, że jest notka to dedykacje: (i teraz się zacznie.. XD)

Dla Draco za to, że da mi swój numer gg *ynteligentny wyraz twarzy u Melka* oraz za... Za... Udostępnienie chata w komentarzach na swoim blogu? *beton*
Dla Lenka za to, że jest ZŁA! i MROCZNA! i prowadzi ze mną ajkju i jest Lampą de ferst XD
Dla Lavka za niektóre teksty i pomysły, na które mnie nieświadomie naprowadziła XD
Dla June za to, że już mam jej gg, że jest świetna i, że ją kofam XD
Dla Hell i Marnie za akcję "Śmierć" (juz wy wiecie o co chodzi XD)
Dla Skeeta właściwie nie wiem za co ^^
I oczywiście dla mnie za to, że wogóle istnieję i jestem najcudowniejszym stworzeniem na ziemi *wrodzona skromność* XD






12. Skutki butelki i napad na dormitorium gryzoniów..

- Słoneczko świeci, ptaszki bzykają, pszczółki śpiewają, a chomiki tańczą i grają z dresami w bejsbola! Wniosek jest jeden: budzić się wy ślizgonki od siedmiu boleści! – ktoś się wydarł. Miał całkiem przyjemny głos... Nieważne. W każdym razie powinien zostać unicestwiony, choćby za użycie przecinka, którego autorka tego opowiadania musiała użyć.
- Co ptaszki robią? – zapytał ktoś, kiedy ja próbowałam schować się pod poduszką.
- Bzykają... – chwila zastanowienia – się ze sobą i innymi marchewkami. No, a teraz wyłazić z łóżek, nastał nowy dzień, a ja mam coś dla tego zombie spod poduszki.
- Mnie tu nie ma, to co widzisz, to tylko złudzenie – stwierdziłam, gdy coś lub ktoś ustało nade mną.
- Weź wstawaj, szkoda nocy – ściągnięto ze mnie kołderkę i zrzucono z łóżka brutalnie wyrzucając z mojej głowy reszty słodkiego snu, w którym Jake i ja... Co? Jake? Aż tak daleko to zaszło? Won z mojej głowy! Won!
- Skoro tak ci zależy, co chcesz od Melka? – zapytałam przyglądając się uważnie osobnikowi stojącemu przede mną. Cholera, kto to jest?! Przecież nie ma u nas żadnego, ale to ŻADNEGO długowłosego bruneta... A jeśli to gryzoń?!
- Chcę jedynie wręczyć ci chomika, jak każe mi wczorajsze zadanie, drogi Melku, opiekuj się nim i uważaj, bo może przeciekać – podał mi chomika. Najprawdziwszego chomika („spuść się w skarpetkę”, według chorych skojarzeń autorki). A wydawało mi się, że nic mnie nie może zadziwić...
- Jake? – zdziwiłam się – Ty zapuściłeś włosy i nie jesteś już blondynem? I wyglądasz jak debil, bo ci się tak kręcą?
- Mówiłem, że będę wyglądał jak debil, a ty, że nie, wcale... – wcisnął mi w ręce swojego chomika, którego natychmiast schowałam do szuflady, tak na pamiątkę.
- Nie przejmuj się, debile wyglądają fajnie.
- Tak jak ty?
- Nie, ja jestem idiotką, co widać – okręciłam się jakbym była modelką.
- Pod warunkiem, że idiotki wyglądają dużo ładniej od debili to oczywiście.
- Ten warunek nie został spełniony, niestety. Of kurs chodzi mi o to, że nie jestem ładniejsza od debili z naszej szkoły a nie o to, że nie jestem idiotką. Idę połazić po szkole.
- Rozumiem, że nie zdajesz sobie sprawy, że jesteś w pidżamie i jest poniedziałek?
- A, to zmienia postać rzeczy. Żegnam panią, muszę się przebrać – wyjątkowo kulturalnie wywaliłam Jakea z dormitorium i postanowiłam dostać się do szafy z ciuchami. To mogło być trudne, bo wszędzie leżała... Karma dla chomików? Co tu robi karma dla chomików? Autorce chyba skończyły się pomysły... [Ty, uważaj sobie! *w akcie zemsty postanawia wymyślić Jakeowi dziewczynę*] Eee... Znaczy się: karma dla chomików? Tylko co tu robi karma dla chomików? To bardzo... Ekhem... INTERESUJĄCE zjawisko!
Założyłam na siebie mój normalny, czarny zestaw ciuchów i krawat w barwach Slytherinu. Tak drogi czytelniku, ja tez nie wiem po co mi krawat, ale szaty to ja na sobie nie miałam.
Wymaszerowałam z dormitorium do wspólnego. Śniadanie mieliśmy dopiero na dziewiątą, a lekcje na ósmą. Ja nie wiem jak można mieć lekcje przed śniadaniem! Przecież oni traktują uczniów, a w tym także i mnie, nieludzko!
Jak to przystało na porządnych obywateli domu, nikt poza nielicznymi wyjątkami, jeszcze się nie obudził. Po co ja tak wcześnie wstałam? Teraz wszyscy będą musieli znosić mój wyimaginowany zły nastrój!
Tradycyjnie postanowiłam być inna, więc zeszłam do WueS i zażądałam żelków na śniadanie. Po chwili na stole pojawiły się kanapki i herbatka. Czy skrzaty nie wiedzą co to są żelki? Cóż, pewnie nie...
Zjadłam to, co skrzaciki mi dały i po pożywnym śniadanku ruszyłam na lekcje, bo było już piętnaście minut po dzwonku, ale ciii, wy nic nie wiecie...
Nasza pierwsza lekcja dzisiaj to... Transmutacja. Dżizus, jak ja nienawidzę tej lekcji! Nie dość, że mamy ją z wychowawcą gryzoniów, to jeszcze z samymi jego wychowankami!
Wleciałam do klasy i zajęłam miejsce w ostatniej ławce. Rozejrzałam się i zastanowiłam się co też możemy dzisiaj robić. Stwierdziłam, że czymkolwiek to jest, spokojnie mogę to olać, bo z moim geniuszem pewnie i tak to umiem.
- Panno Calaen, minus pięć punktów dla...
- Gryffindoru.
- Slytherinu za spóźnienie.
- Chyba się pani coś pomyliło, powinno być plus pięć punktów dla Slytherinu i minus dziesięć dla Gryffindoru – spojrzałam na nią poważnie.
- Nie, nie pomyliło mi się. Proszę zająć się lekcją.
No i zajęłam się lekcją. Właściwie to udawałam, że robię coś poza namiętnym kopaniem krzesła jakiegoś gryzonia przede mną i rzucaniem papierowych kulek w tablicę, więc w rezultacie nasz dom stracił kolejne punkty. Jeśli tak dalej pójdzie, Draco mnie zabije. I dobrze (?).
Wreszcie zadzwonił dzwonek, mój wybawiciel (chwilowy). Jako jedna z ostatnich wyszłam z klasy, więc musiałam dogonić sisy na korytarzu.
- Ktoś wie co robiliśmy na lekcji? – zapytałam, kiedy wreszcie je dopadłam.
- Zdaje się, że powtarzaliśmy materiał z zeszłego roku, a co? – odparła Nili.
- Nic, tylko ja byłam zajęta traceniem punktów. Ale zaraz eliksiry i wszystko odzyskamy – uśmiechnęłam się.
- Najpierw śniadanie, przecież nic dziś nie jadłyśmy! – stwierdziła Viev.
- Fakt...
Zeszłyśmy do Wielkiej Sali. Ja już jadłam, więc samym śniadaniem nie byłam zbytnio zainteresowana, ale za to stosunkowo niedaleko mnie siedział Potter, ta zawszona kreatura, więc postanowiłam wykorzystać swój czas na cele wyższe.
- Jak myślicie, lepiej rzucać kanapkami, czy od razu talerzami? – zapytałam Lav, Chada, Travisa i Draco siedzących naprzeciwko mnie.
- Talerzami – odpowiedzieli zgodnie. Jeszcze nie skończyli jeść, więc musiałam wstać i zajeb... Eee... Pożyczyć na zawsze talerze od jakichś smarkaczy z pierwszej klasy.
Wróciłam na swoje miejsce z amunicją w rękach. Położyłam ją na stole i zlokalizowałam cel, kiedy nagle mi się coś przypomniało.
- Lavuś, kochanie, mamy śniadanko, a to znaczy, że musisz iść wyznać miłość szlamowatej kochance wiewióra, prawda? – wyszczerzyłam się.
- Też racja. No to ja idę. Ale choć ze mną! – popatrzyła na mnie błagalnie. Zgodziłam się.
Obie wstałyśmy prawie w tym samym momencie i podeszłyśmy do stoliku gryzońdoru. Ustałyśmy przed Pryszczem. Czekałam na wyznanie Lav, ale ona tylko czekała. Coś z nią nie tak?...
- Granger...
- No i wiecie, niedługo jest pierwsze zadanie w turnieju – gadała coś ze swoimi kumplami i nawet się do nas nie odwróciła.
- Granger, mogłabyś łaskawie patrzeć na nas, kiedy z tobą rozmawiamy? – żadnej reakcji.
- Granger, moja siostra chce ci coś powiedzieć! I radzę ci jej wysłuchać, zanim cię skopiemy tak, że nie będziesz mogła się ruszać do końca życia, jasne? – odwróciła się. To zawsze działa.
- Słucham?
- Gran... To jest... Hermionko.. Wiesz, nie mogę dłużej tego ukrywać... To jest zbyt bolesne! Och, ach, ech! – wszystkie twarze były zwrócone na nas, a kilku Ślizgonów podeszło, żeby widzieć akcję z bliska – Hermiono Granger z Gryffindoru, ja cię KOCHAM! – siostra szczególnie zaakcentowała ostatnie słowo. Ślizgoni się zgorszyli – Jesteś jedyną miłością mojego życia!
- Że co?
- To, co słyszałaś, chociaż wątpię, czy przez ten twój miód w uszach coś do ciebie dotarło – wtrącił się Chad.
- Nie obrażaj mojej dziewczyny – syknęła Lav.
- Ja... Nie wiem co powiedzieć... – wzięła to na poważnie... Idiotka. Totalna idiotka. Ale oczywiście nie taka genialna jak ja (ach, ta moja skromność...).
- A ty Weasley... Jak śmiesz się do niej przystawiać?! – wiewióra popatrzył na nią jak na kosmitkę – Nie udawaj, ja wszystko wiem! Widziałam, jak się ślinisz na jej widok! Jesteś głupi, jej serce należy do mnie – Lav robiła z siebie widowisko, a rudy niezbyt łapał o co jej chodzi.
- Przecież ja nic nie robię.
- Robisz: srasz w gacie na widok ukochanej mojej żony! – uświadomiłam go.
- Wcale nie.
- Jeszcze śmiesz zaprzeczać! – Lav zamachnęła się i uderzyła go z liścia w policzek. Został my piękny, czerwony ślad pasujący do jego rudych włosów.
- O ty! – Weasley wstał i wyraźnie miał zamiar oddać Lav, chociaż ona jest od niego o jakieś dwie głowy wyższa.
- Mały, nie rzucaj się tak, bo jeszcze sobie krzywdę zrobisz – zaśmiała się – Ale nie martw się, nie jest AŻ tak źle, jesteś ode mnie niższy tylko o pięćdziesiąt razy, jest jeszcze jakaś NIKŁA nadzieja...
- Odczep się od niego! – krzyknął potter, z deka wkurzony.
- Odczepię się tylko jeśli najdzie mnie taka ochota, więc na razie się nie wtrącaj, garncarzu, z łaski swojej – uśmiechnęła się słodko i wróciła do wkurzania wiewióry. Trzeba przyznać, że jest w tym świetna.
Po udanej akcji pod nazwą „Lav uwielbia szlamy” ruszyliśmy na eliksiry, które minęły normalnie, czyli zarobiliśmy punkty siedząc i nic nie robiąc, przy czym próbowaliśmy przeszkodzić gryzoniom we wszystkim, w czym się dało, co oczywiście nam nieźle wychodziło.
Potem historia magii, czyli można było odespać stracone przez Jakea godziny snu, następnie numerologia (od kiedy ja na to chodzę?) i koniec lekcji. Cisza i spokój...
Nagle zaświtał mi w głowie pewien pomysł... A co jakbyśmy przebrali pottera za dziewczynę? I pozmieniali trochę jego przyzwyczajenia... Na jeden dzień... Przynajmniej na jeden dzień.. Najwyżej na dwa... Może trzy... dzieści... tysięcy...
Szybko pobiegłam poinformować o moim planie dziewczyny, Jakea, Matta, Chada i Travisa. Z jakiegoś powodu Shony z nimi nie było i wszyscy twierdzili, że nigdzie jej nie widzieli.
- Dobra, ale jak masz zamiar to zrobić? – zapytała Hoti, kiedy już skończyli gratulować mi pomysłu.
- Fakt, niedługo pierwsze zadanie, a potter bierze udział w turnieju – stwierdził Matt.
- Pierwsze zadanie? Yyy... Czy ja o czymś nie wiem?
- Najwyraźniej... Przecież niedługo pierwsze zadanie Turnieju Trójmagicznego, czy ty naprawdę nic o tym nie wiedziałaś?
- Eee... Nie.
- No tak, w końcu jesteś z rodziny Malfoya... – ostatnie słowo Matt wymówił z wyraźną pogardą.
- Ej, co ty chcesz od mojej rodziny? Przecież to najszlachetniejszy ród o najczystszej krwi i są w nim sami Ślizgoni, nie tak jak u ciebie.
- Pozwól, że tego nie skomentuję – uśmiechnął się krzywo - Kto może znać hasło do dormitorium gryzoniów? Im szybciej zajmiemy się tą akcją tym lepiej.
- A może Draco dałoby się jakoś zmusić, żeby się dowiedział?
- No, Mela, świetny pomysł! Wreszcie myślisz! – pochwalił mnie Travis od dłuższego czasu robiący za obrońcę Matta.
- JA NIE MYŚLĘ! I proszę mnie nie obrażać! – odwróciłam się od nich – Już was nie lubię (by Wafel).
- Skoro tak, to walisz do Draco i pytasz go o hasło – zadecydowała Lav.
- Ale...
- Już! W końcu to był twój pomysł – zanotować: lepiej nie wpadać na genialne pomysły wymagające pytania się kogoś o cokolwiek przy mojej rodzinie.
Mrucząc coś pod adresem osoby bliżej nieokreślonej poszłam w stronę naszego dormitorium. Uwielbiam chodzić po Hogwarckich lochach, bo jest tam zimno, wilgotno (?) i ciemno. Normalnie raj na ziemi (bez sarkazmu). Żeby jeszcze na wszystkich ścianach widniało godło naszego domu to byłoby idealnie...
Przed przejściem do wspólnego stała ta nowa blondynka. Ta... Jak ona się nazywała? Lenny?
- Ej, co tak tu stoisz?
- Hasła mi nie podano, a musiałam wyjść dzisiaj na lekcje.
- No tak, bo Sev to stary sklerotyk – ciekawe czy to słyszał..? – Zabić szlamę – ściana odsunęła się – Proszę.
- Dzięki. A tak przy okazji, jestem Lenny Poiree – podała mi rękę.
- Wiem, Sevik cię przedstawił. Ja jestem Melissa Calaen, dla znajomych Mel – potrząsnęłam jej dłonią.
- Ta słynna, legendarna Mela?
- Jestem legendarna?
- Nie, ale fajnie by było gdybyś była...
- Też racja. W której jesteś klasie?
- W czwartej, razem z Malfoyem.
- Hyh, to masz pecha...
- E tam, fajnie jest, można się z niego ponabijać.
- I ja mam uwierzyć, że on się daje nowej?
- Uwierz. W Lenku drzemie potężna, niewykorzystana siła!
- Niezły hardkor...
Hmm... Z tą Lenny nawet nieźle się rozmawia, zwłaszcza, że dostała nagłego ataku śmiechu po mojej ostatniej przytoczonej wypowiedzi. Czyżby też chowała laptopa pod łóżkiem?
Pożegnałyśmy się przed drzwiami do mojego dormitorium. Właściwie nie wiedziałam, po co tam poszłam. Pewnie miałam jakiś ukryty motyw...
Zdjęłam krawat i rzuciłam go na swoje łóżko i poszłam do wspólnego. Oczywiście, nikogo w nim nie było. Miałam tylko nadzieję, że Draco jest u siebie w dormitorium, bo jeśli łazi gdzieś po szkole to w życiu go nie znajdę...
Tak jak przypuszczałam, mojego kuzyna nie było w jego dormitorium ani w żadnym z dormitoriów dziewcząt. To oznaczało, że pałęta się gdzieś po szkole, a ja muszę go odnaleźć...
Poszłam do Wielkiej Sali. Jeśli go tam nie ma to nie wiem gdzie może być... Hmm... Chociaż mogłam go poszukać w kiblu...
Jest, znalazłam go. Stał otoczony grupką dziewczyn. Wśród nich znalazły się szkolne sławy, takie jak: Pansy Parkinson, Milicenta Bulstrode, Crabbe i Goyle (chociaż nie jestem pewna czy zaliczać ich do dziewczyn), Padma Patil oraz szlama Granger. Właściwie ta ostatnia bała się podejść do mojego kuzyna, więc stała z marzycielskim spojrzeniem z boku...
- Podoba ci się? – zapytałam szopy stając obok niej.
- Nawet nie wiesz jak... – odparła nie patrząc kto do niej mówi.
- Nie masz u niego szans. On się nie zadaje ze szlamowatymi, łopatozębymi króliczkami wielkanocnymi z gryzońdoru – stwierdziłam. To był najoczywistszy fakt. Granger odwróciła się w moją stronę ze spojrzeniem mówiącym „jesteś martwa”.
- Jesteś martwa – syknęła. A nie mówiłam?
- Nie, to ty jesteś martwa. Z zazdrości o mojego kuzyna. Już widzę, jak ci serce pęka. Buahahaha! Muszę ci powiedzieć, że to całkiem przyjemny widok, wiesz?
- Jasne, dla takiego Śmieciożercy jak ty wszystko co okrutne jest wspaniałe...
- Widzisz, ja przynajmniej jestem Śmierciożercą, a ty jesteś... Gównem. Na razie, musze iść pogadać z Draco – pomachałam jej na pożegnanie i przypadkiem zdzieliłam ją w łeb. Zaraz, ja jestem Śmierciożercą? Eee... Chyba nie. To chyba znaczy, że będę musiała zostać..
Pobiegłam do Draco i wepchnęłam się w mini-tłum dziewczyn podziwiających jego urodę i skapujący z włosów żel. Gdzieś słyszałam, że jego żel jest różowy...
- Draco, wiesz, że jesteś najinteligentniejszym uczniem w Hogwarcie? – zaczęłam inteligentnie.
- Taa, wiem – odparł obserwując jakąś wielkooką szatynkę.
- I nie wiesz czemu to mówię? – jeśli nie, to jest głupi.
- Nie mam pojęcia, szczerze mówiąc – jest głupi ==’
- A zrobiłbyś coś dla mnie? – wdzięcznie zamrugałam powiekami zastanawiając się dlaczego połowa tych dziewczyn miała po dwóch tonach tapety na twarzy.
- Wykluczone. Ostatnim razem jak coś dla ciebie robiłem to ojciec mnie prawie zabił, bo mówił, że znalazł coś w kufrze. To było to, co miałem dla ciebie przechować – powiedzieć mu, że miał przechować dla mnie sakiewkę z pieniędzmi, bo poszłam zabić gryzoniów kąpiących się w jeziorku obok jego domu, a ojciec chciał go zabić za mugolskie pornole na wideło, które mu podrzuciłam? Nie, nie musi wiedzieć...
- Draco, ale ja cię tak ładnie proszę... – ładnie poprosiłam.
- Której części „nie” nie rozumiesz?
- Żadnej, bo ja wiem, że ty chcesz mi pomóc.
- Dobra, powiedz co chcesz to może to przemyślę, bo pewnie i tak mi nie dasz spokoju – o, jaki on jest domyślny... Pewnie się z deczka wkurzył, że przeszkadzam mu w podrywaniu wszystkich lasek w zasięgu wzroku.
- Hasło do dormitorium gryzońdoru.
- No ty chyba głupia jesteś. Nie znam go! Poza tym, po co ci ono?
- Bo chcę się miziać z potterem – strzeliłam. Sądząc po minie Draco, nie była to dobra wymówka.
- Zaczekaj tylko aż poinformuję twoich rodziców! A co dopiero moich!
- Draco, proszę, daj hasło!
- Do miziania z potterem to ci nie dam – jaki on jest bezwzględny, hehe – A tak na poważnie, po co ci?
- Jest mi potrzebne do... No, do czegoś – zabłysnęłam inteligencją.
- A jak ty nie chcesz mi dać tego hasła, to nie wiesz kto chciałby je dać?
- A bo ja wiem... Potter?
- Tak, pójdę do niego i powiem: ej, potter, dasz mi hasło do waszego dormitorium, bo chcemy cię przebrać za dziewczynę i zmienić twoje przyzwyczajenia na jakiś miesiąc...
- Co powiedziałaś?
- To co słyszałeś.
- Ale ja właśnie nie słyszałem.
- To wyczyść sobie uszy.
- Załóżmy, że się nie przesłyszałem i, że znam hasło do gryzoniów... Podam ci je pod jednym warunkiem – a ja myślałam, że to były tylko założenia...
- No, geniuszu, jakim warunkiem? Tylko weź nie wymyślaj żadnych dziwactw, bo my do nich chcemy iść jeszcze dzisiaj – ciekawe czemu prawie wszyscy się na nas gapili?...
- Dobrze, nie będę taki okropny, musicie tylko zabrać mnie ze sobą, bo rozumiem, że nie idziesz sama – uśmiechnął się, przez co połowa jego fanek zemdlała – Hasło brzmi – ściszył głos i szepnął mi na ucho - Kubek gorącej szekolady.
- Szekolady? Jesteś pewien w stu procentach, że nie czekolady?
- Jak nie zadziała to daj „czekolady” albo „szczekolady”.
- Jeśli wciąż nie będzie działać, to cię powiesimy na żyrandolu, jeśli takowy znajdziemy. Idę zebrać ekipę i coś zrobić, co by Filch nas nie złapał.
Pobiegłam do wspólnego Slytherinu. Dżizus, ile to człowiek (lampa?) musi się nalatać, żeby załatwić najprostsze rzeczy...
- Mam hasło, musimy się teraz pozbyć Filcha i z góry mówię, że ja nie mam zamiaru tego zrobić – powiedziałam na powitanie.
- Nie musisz Meluś, nie musisz – Lav uśmiechnęła się do mnie – Jestem najstarsza z towarzystwa i dlatego wciśniemy Filchowi, że idę z wami do dyrektora, bo coś rozwaliliście u nas we wspólnym i, że ja chcę to zrobić sama osobiście – odetchnęłam z ulgą.
- Jak udało ci się zdobyć hasło? – zapytał Matt. Pewnie myślał, że musiałam czekać aż jakiemuś gryzoniowi zachce się wrócić do łóżeczka...
- Mój genialny kuzyn je znał. Widzisz, u nas geniusz jest rodzinny – nie ma to jak skromność.
- Widzę, widzę, ale że jesteś idiotką.
- Na pochlebstwie daleko nie zajedziesz – skąd ja znam takie mądre słowa?
- O której ruszamy? – zapytał Chad po krótkiej chwili ciszy.
- Myślę, że po północy będzie w porządku – stwierdził Travis. Pewnie drugi organizator naszej „wycieczki”.
- Gdzie niby chcecie ruszyć? – zapytała Nili. Jej nie można wtajemniczyć... Przecież ona coś czuje do harrusi...
- Mamy szlaban u McGonagall za rzucanie się z Irytkiem wszystkim co nam w ręce wpadło – wymyśliła Artek na poczekaniu.
- A... To szkoda, że mnie nie było z wami – nawet się nie zdziwiła, że o północy mielibyśmy mieć szlaban... – Idę do dormitorium, jakby co to tam mnie znajdziecie – zniknęła na schodach.
- Tak przy okazji, Draco idzie z nami – uświadomiłam ich. Mieli niezadowolone miny. Wiedziałam, że tak będzie.
- On? Po co?
- Sam chciał. Poza tym, od niego mamy hasło – zabłysnęłam.
Zaczęliśmy wymyślać co zrobimy potterowi, gdy już się dostanie w nasze ręce. Stanęło na tym, że zwyczajnie rozwalimy ich wspólny, Lav pójdzie śpiewać serenady szlamie, przy czym musze dodać, że śpiewać to ona raczej nie umie, więc doświadczenie będzie ciekawe, oraz, jak było zaplanowane na początku, zrobimy z pryszcza dziewczynę, prześliczną lalkę barbie.
W końcu zasnęłam, bo ja to najchętniej przespałabym całe swoje życie, a pozostali dalej siedzieli i rozprawiali o karach dla pottera. Chyba nawet ktoś chciał mnie zabić siadając mi na głowie, ale się nie udało.
Obudziłam się krótko przed północą, kiedy Lav zawzięcie próbowała udusić mnie skarpetką Draco, a on stał i się temu przyglądał z dziwną miną. Powinnam się cieszyć, że nie bierze ze sobą kumpli..
- Ruszamy? – zdziwiłam się nad wyraz inteligentnie.
- Ta. Chyba nie mamy zamiaru tu siedzieć do jutra, nie? A, i pamiętajcie, jakby coś to idziemy z Lav do dyrektora bo rozwaliliśmy wspólny – pomijając fakt, że właśnie jutro mieliśmy ruszyć, to Jake miał rację.
Już zamierzaliśmy opuścić wspólny, kiedy w skutku nagłego przebłysku geniuszu, coś mi się przypomniało...
- Eee, nie możemy jeszcze iść, zapomniałam materiałów – poszłam w stronę dormitorium chłopaków, bo w tak zwanym międzyczasie zdążyłam wpakować różową reklamówkę z kosmetykami mopsa i ciuchami jakiejś dziewczyny z jej dormitorium oraz czarne rękawiczki (w końcu różowy jest DOBRY! I trzeba się strzec dotykania go) na łóżko Crabbea.
Wbiłam do ich dormitorium i wzięłam wyżej wspomniane rzeczy uważając, żeby nie zarazić się „przepięknym” różowym przeznaczonym tylko dla pottera i jemu podobnym. Odwróciłam się i zauważyłam, że na łóżku Draco leży coś dziwnego... Podeszłam i wzięłam to do rąk. To była... Lalka barbie. Taka słodka, blondwłosa syrenka. Co ona tam robiła? Czyżby zostawiła ją jakaś dziewczyna, która tam spała?...
- Już jestem! – zwaliłam się ze schodów – Draco, czy możesz mi powiedzieć, co to jest? – pokazałam mu moje znalezisko.
- To jest... Yyy... To jest lalka, jak sądzę.
- Ale co ona robiła na TWOIM łóżku? – wszyscy spojrzeli na niego zniesmaczeni. Mówiłam, że ta lalka wcale nie wyglądała jak syrenka-zombie?
- Spała – stwierdził genialnie – Pewnie zostawiła ją tam jakaś dziewczyna, która u mnie spała.
- Kiedy spała? I czemu ja o niczym nie wiem? Powiem twojemu ojcu! – wydarłam się na niego.
- To sobie mów, ona była czystej krwi – tak, to rzeczywiście wszystko wyjaśnia. Ciekawe czy ta lalka jest czystej krwi? Bo to wyjaśniałoby jeszcze więcej...
Rzuciłam jego zabawkę na podłogę i wreszcie ruszyliśmy.
Mieliśmy zachowywać się bardzo cicho, więc śpiewałam sobie pod nosem „nie pytaj mnie dlaczego zabiję Pottera, jest dla mnie hańbą i obelgą, zabiję go...”. Na wszystkich korytarzach było cholernie ciemno, a nie mogliśmy zapalać żadnych świateł, dopóki Filch nas nie znajdzie, dlatego też wywaliliśmy się jakieś tysiąc dwieście razy. To aż o trzy więcej niż gdyby droga była doskonale widoczna.
Po godzinie łażenia po Hogwarcie dotarliśmy na miejsce. Aż godzinie, bo żaden porządny Ślizgon nie wie, gdzie znajduje się portret Grubej Damy vel wejście do dormitorium gryzoniów. Bo i po co ma wiedzieć? Chociaż zastanawiający jest fakt, że Draco znał do nich hasło... A może ta, co u niego spała, była gryzoniem?
Kobieta na obrazie spała. Dżizus, jak oni wytrzymują z takim przejściem? Przecież na sam widok porzygać się można! Już się boję tego co jest w środku...
- Ekhem... – Matt odchrząknął głośno w nadziei, że obudzi tą kretynkę.
- Może się pani łaskawie obudzi? – zapytała grzecznie Lav.
- E, nic z tego, tak się nie da. Patrzcie na mistrzynię – nabrałam powietrza w płuca – Ej, ty! Obudź się! – nic. Może jakiś geniusz rzucił na nią klątwę i gryzonie już nigdy się nie wydostaną?
- NO KURWA OBUDŹ SIĘ STARA KROWO!!! – wydarł się Draco. Obudziła się. Ja nie wiem, on normalnie ma tu jakieś wtyki...
- Nie znam was – stwierdziła i zamknęła oczy jakby miała zamiar wpaść w głęboki sen.
- W dupie to mam! Kubek gorącej szokolady! – do akcji wkroczył Chad. Kobieta podskoczyła i przepuściła nas, na swoje szczęście. Jakie gryzonie mają debilne hasła..
Weszliśmy do ich wspólnego. W kominku wesoło trzaskał ogień, fotele były wytarte, wszystko oczywiście w barwach tego domu. Całe pomieszczenie sprawiało wrażenie miłego i przytulnego. Nienawidzę takich miejsc! Nie jestem pewna czy ja tu wytrzymam...
- Eee... Gdzie oni tu mają dormitoria? – zapytał inteligentnie Travis patrząc na drzwi z wielkim napisem „DORMITORIA CHŁOPCÓW”. Pewnie oni są na tyle głupi, że bez tabliczki nigdy by nie znaleźli własnego łóżka... Cóż, jeśli w środku będą drogowskazy, nie będę zdziwiona.
- Yyy, nie mam pojęcia, podejrzewam, że mogą spać w śmietnikach w kuchni, bo tylko to do nich pasuje.
- Taa... Patrzcie, jaka nowoczesna technika! Oni mają tu drzwi!
- No ja, jak fajnie... Kurde, jak ja im zazdroszczę...
- No a jak! I zobaczcie, mają nawet powietrze!
- No co ty, gdzie?
- Tutaj! – Artek wskazała na kominek.
- O! Ja też takie chcę!
- No to idziemy? – Lav trzymała w rękach reklamówkę z naszymi materiałami i moje rękawiczki. Jak ona to zrobiła, że nawet nie zauważyłam, jak mi je zabierała? No, nieważne. Byłaby świetnym złodziejem!
- Idziemy – Travis otworzył drzwi.
- Cicho! Drzwi są zamknięte! Trzeba się włamać! – z yntelidżentnym wyrazem twarzy pobiegłam w stronę otwartych na oścież drzwi i... wyjebałam się na schodach. Tak jak udawałam, że myślę (wyższy poziom wtajemniczenia), na ścianach namalowane były drogowskazy z imionami uczniów i kierunkiem, w którym mają iść. Ci gryzonie to jednak są głupsi niż mi się zdawało...
Wspinaliśmy się w górę, idąc za strzałkami „Harry Potter”, aż doszliśmy do drzwi z wielką rzymską czwórką, obok której była nieco mniejsza czwórka arabska. Gryzonie nie znają liczb rzymskich?
Weszliśmy do tego ich dormitorium. Słodkie łóżeczka, czerwony tapety, potter z kciukiem w ustach i Lenny dusząca go poduszką... Co?
- Eee... Lenku.. Lenisław... Co ty tu robisz?
- Jak to co? Duszę pottera – jak gdyby nigdy nic przycisnęła mocniej poduszkę – Na wszelki wypadek rzuciłam zaklęcia, żeby się nie obudził i żeby go nikt nie słyszał. A co wy tu robicie?
- My mamy lepszy plan od zamordowania go – odciągnęłam ją – Zrobimy z pottera prześliczną dziewczynę, wzorując się oczywiście na lalce barbie należącej do Draco.
- Mogłem posprzątać na łóżku...
- No, mogłeś, teraz jesteś skazany do końca życia – tu, drogi czytelniku, wstaw śmiech mordercy-psychopaty lub też chomika-psychopaty, wszystko zależy od ciebie.
- Draco ma lalkę barbie? To może obudzimy pottera i mu to powiemy?
- Ja wolę jednak najpierw zrobić z niego dziewczynę.
- W sumie racja.
Ściągnęliśmy pottera z łóżka i ułożyliśmy go na podłodze. Oczywiście, nie obyło się bez okrzyków obrzydzenia. Potter wyglądał ohydnie w swojej pidżamce w różowe słoniki...
- No to kto go rozbierze? – zapytał w końcu Draco. Spojrzeliśmy po sobie. Oczywiście, z tym mógł być problem...
- Czy ktoś z nas ma potrzebę poświęcenia się dla domu? – zapytała Lenek.
- Jako taką to ja mam, ale nie w ten sposób... Jeszcze nas o gwałt posądzi albo co.. – powiedziałam.
- Mogliśmy wziąć Nili, ona to by go chętnie rozebrała – stwierdziła inteligentnie Artek. Zaśmiałam się.
- Nili? Poważnie? Jak można się bujać w tym... W tym czymś? – zapytał Draco z obrzydzeniem.
- Nie wiem czy na pewno, ale tak nam się wydaje. A od kiedy „to coś” nie jest śmieciem? – wyszczerzyłam się.
- Dobra, poświęcę się dla całości... – westchnęła Lenek i założyła rękawiczki. I zaczęła rozpinać potterowi koszulę. Po chwili i my się przemogliśmy, w końcu poświęcaliśmy się dla dobra całego Slytherinu. Zaczęliśmy jej pomagać w tej próbie gwałtu na pryszczu... Eee... Znaczy się w „chwilowym” umilaniu mu życia i przerabianiu go na różową dziewczynę, czyli tak zwaną „malowaną”.
W końcu, po godzinie pełnej obrzydzenia, pryszcz został w samych gaciach, a my patrzyliśmy na jego niezwykle „przystojną” osobę.
- No taa... I teraz trzeba go ubrać – Chad wskazał na reklamówkę.
- Dobra, to dziewczyny, jako płeć piękna, zajmą się jego makijażem i zakleptomanieniem mu tych pingli, bo są takie modne... A faceci, jako płeć brzydka, mogą go ubrać – stwierdziłam genialnie i poszłam po sprzęt w reklamówce. Wyjęłam z niej kosmetyczkę i ciuchy, które to natychmiast rzuciłam reszcie. I kiedy oni zaczęli pracować, ja wzięłam sobie okulary pottera i usiadłam na podłodze. Dlaczego im nie pomagałam? No bo nie mogłam... Przecież pracowali tylko dziewczyny i chłopacy, a ja się do żadnych nie zaliczam...
Wszyscy tak ciężko pracowali, że nawet nie zauważyli, że ja tylko siedzę i wyglądam jak przez okno. Jakoś tak dziwnie chętni byli, tak im się chciało tą pracę wykonać, że aż byłam zdziwiona. No bo jak można być chętnym do przebierania i malowania pryszcza? Ale przynajmniej ja nie musiałam tego realizować, chociaż to był MÓJ pomysł... Nobla przyjmę zaraz, kwiaty proszę przesłać do Seva.
- Gotowe – stwierdził Matt, kiedy skończyli.
- Wcale nie – zaprzeczyłam podchodząc do Pottera. Pofarbowałam mu włosy na sraczkowate i różowe paski oraz zmieniłam w szkłach okulary na różowe – No, teraz naprawdę gotowe – z dumą przyjrzeliśmy się efektowi naszej ciężkiej i wyczerpującej pracy, w której ja właściwie udziału nie brałam. Muszę powiedzieć, że było całkiem nieźle...
Włożyliśmy pottera z powrotem do łóżka i pozwoliliśmy mu skończyć swój sen, w którym to całował się z poduszką, która zapewne grała rolę Draco.
Lav rzuciła jakieś zaklęcia, żeby potter nie mógł tego zdjąć przez dwa dni, a Lenny cofnęła swoje. Poszłyśmy do dormitorium dziewczyn, w którym też strzałki „Hermiona Granger” zaprowadziły nas na miejsce, w którym spała. Ściany były pokryte różową tapetą z króliczkami i innym koprem. Gryzońdor wyraźnie schodził na psy. A może na szczury? Lub raczej paszczury? O, to ostatnie zdecydowanie pasuje.
- Psst! Szlama! Tfu, Hermiona! Obudź się! – Lav zaczęła tarmosić szlamę. Będzie musiała teraz szybko wziąć prysznic, zanim syf na nią przejdzie...
- Mamusiu, jeszcze pięć minut... – ta też spała z kciukiem w buzi. To jest jakaś plaga, czy co?
- Granger, obudź się! Mój sis do ciebie rozmawia, spotkał cię niebywały zaszczyt! – Ell walnęła ją w głowę.
- Coo? A, tak, tak... – otworzyła oczy, po czym znowu je zamknęła – Jeszcze pięć minut mamusiu..
- Granger, tu nie ma twojej mamusi, obudź się z łaski swojej – zepchnęłam ją z łóżka.
- No już wstaję przecież! – spojrzała na nas zdziwiona – Co wy tu robicie?
- No bo Hermiono, ty wiesz, że ja się w tobie zakochałam... Yyy... Ale ja widzę, że ty bardziej wolisz weasleya niż mnie... – Lav popatrzyła na szlamę z minką zbitego psa.
- Więęęęęc chociaż tyyyy – zaczęłam śpiewać w tle – Mnie kochaaaaj... – reszta się dołączyła. Pozostała część tej piosenki była nieodpowiednia do sytuacji, więc na okrągło dawaliśmy ten sam wers.
- Ja i Ron to tylko przyjaciele...
- To świetnie – siostra się na nią rzuciła. Ohyda.
- Yyy, to my może już pójdziemy – wyszłam z dormitorium. W końcu trzeba im dać trochę wolnej przestrzeni... No i zdemolować ich wspólny, ale to nie aż takie ważne.
Reszta oczywiście poszła za mną i zaczęliśmy biegać w kółko rzucając się dosłownie wszystkim, co wpadło nam w ręce. Te meble jakieś niewytrzymałe są, od razu się rozwalały, nie to co nasze, nawet gorszą demolkę wytrzymywały...
W końcu, kiedy wspólny gryzoniów był doszczętnie zniszczony, a my zaczęliśmy się bawić w rzucanie czym popadnie w ogień w kominku, zeszła Lav. Była jakaś taka dziwnie blada.
- Lav? Coś się stało?
- Ona chciała mnie pocałować – była blada jak trup. Podejrzewam, że to może być prawda – To jej dałam porządnie w łeb i zasnęła... Albo zemdlała...
- Eee... No to może pójdziemy do Seva, co by daj ci coś na uspokojenie? – zaproponowała Lenek patrząc, jak Lav trzęsą się ręce.
- Ja ją zaniosę – ofiarował się Travis biorąc ją na ręce.
- A my wracamy – stwierdziliśmy razem i wyszliśmy.
- Jeszcze tylko jedno... – mruknęłam, kiedy opuszczaliśmy ich wspólny.
Podeszłam do portretu Grubej Damy i dorysowałam jej wąsy i brodę. Na moje szczęście jeszcze spała, więc nie będzie wiedziała, kto ją tak ozdobił.

Była to radosna twórczość Melka vel Mel vel Melissy Calaen z serii "Kocham Harryego Pottera"... Tfu! Nie ta seria, to przecież tytuł odcinka PoKeMoNóW... Miało być z serii "Zabić Pottera, czyli ZŁO w Hogwarcie" *gleba*
Za przeczytanie tego debilnego zakończenia musicie winić autorkę tego opowa, a nie jej jaźń czy jego bohaterkę. My nie mamy z tym nic wspólnego.

komentarze [24]



Nazwałam: [Parciszon ener jedenaście XD]
Napisałam: [niedziela, 26 czerwca 2005 11:34:44]

Tak oto powstał new part calaen XD Tadam! *oczekuje gratulacji XD*
Dedykuję go Lavkowi za całą pomoc włożoną w jego stworzenie XD
I dedykuję go wszystkim, którzy przyczynili się do nagłego przypływu weny twórczej, zwłaszcza, jeśli nazywają się Hubert i są bratami A (ci, którzy czytali notkę na melku wiedzą o co chodzi XD).
Dziękuję też Badzi za notkę u niej na blogu XD

PeeS Chcę tu widzieć przynajmniej 15 komów XD



Zbawienna butelka...

- Calaen, co ja przed chwilą powiedziałam? – zapytała McGonagall budząc mnie.
- Eee... Calaen, co ja przed chwilą powiedziałam, pani profesor – rozłożyłam się na ławce mało co nie zwalając z niej Jakea. Transmutacja i historia magii, którą mieliśmy wcześniej, były tak nudne, że można było tylko spać, więc nie zwróciłam uwagi na to, z kim dzisiaj siedzę. Teraz mogę mieć z tym problem..
- Calaen, jesteś bezczelna! Minus pięć punktów dla Slytherinu! – zdenerwowała się. I co niby jest we mnie denerwującego? To, że jestem jedyną istotą w tej sali, która nie jest ubrana w szatę szkolną?
- Taa, dziękuję – zupełnie się tym nie przejęłam.
- Calaen, nie denerwuj mnie, bo zaraz twój dom straci następne punkty i będę zmuszona pójść do profesora Snapea! – na moje szczęście zadzwonił dzwonek – Dobrze, tym razem nie dostaniesz szlabanu, ale następnym możesz naprawdę stracić dużo punktów! – zagroziła. A ja jej groźby mam w głębokim poważaniu gdzieś. Ciekawe, czy poinformowała nas o zbliżających się SUMach.
- Dobra, ludzie, pamiętacie, że mieliśmy mieć dzisiaj szlaban z Filchem? – zapytał Matt.
- Taaaaak – mruknęliśmy w odpowiedzi.
- Więc może pójdziemy do Snapea, żeby go odwołał, bo niby coś tam z nim robimy, i zrobimy sobie rodzinną imprę, będziemy skakać z żyrandoli, bawić się w rosyjską ruletkę i inne takie? – zaproponował. Jego pomysł spotkał się z ogólnym poparciem całej naszej grupy.
- No to dawaj, idziemy to Sevika.
Pobiegliśmy do naszego kochanego wychowawcy, który zgadza się na nasze stuknięte pomysły i jego gabinet zawsze stoi dla nas otworem.
- Nie ma mowy – powiedział, kiedy go zapytaliśmy.
- Ale panie psorze, czemu? Filch odejmie nam punkty!
- Dlaczego? Przecież będziecie grzecznie pracować w czasie szlabanu – zdziwił się robiąc jakiś eliksir, prawdopodobnie na lekcje.
- Bo na niego nie pójdziemy – wymyśliłam.
- Właśnie! I będziemy rzucać w Filcha łajnobombami! – dodała Lav.
- I zrobimy sobie dyskotekę w gabinecie McGonagall! – poparł nas Travis.
- A na dodatek zrobimy z wszystkich gryzoniów różowe coś w rodzaju ufo i damy się złapać – powiedział spokojnie Jake.
- Stracimy za to ponad sto punktów i trafimy na OSTATNIE miejsce w rankingu... Och, jaka szkoda... – Artek udawała, że płacze.
- Ostatnie? – Sev się ocknął. Nie ma to jak wychowankowie, którzy mają sposób na swojego wychowawcę – Oczywiście, zaraz napiszę wam zwolnienie ze szlabanu, które zaniesiecie panu woźnemu. Przeprosicie go grzecznie za to, że nie ma was z nim na tym szlabanie, wmówcie, że bardzo żałujecie, ale musicie mi pomóc w przygotowaniu materiałów na lekcje – krzątał się po lochu w poszukiwaniu pióra – Powiedzcie też, że i ja bardzo żałuję, ale materiały mają być na jutro, a to zajmie wam całą noc.
- A możemy zrobić rodzinną imprezę? – wyskoczyła Nili.
- I co jeszcze? – jęknął psor wręczając mi kartkę – Ale niech wam będzie, dobrze, zróbcie sobie imprezę, tylko nie traćcie punktów, bo sam wyznaczę wam szlaban z Potterem!
- Oczywiście panie profesorze Snape! – krzyknęliśmy w euforii i pobiegliśmy do kochanego woźnego.
Filch był zdziwiony, ale nie miał żadnych zastrzeżeń, bo od razu było widać, że kartkę napisał profesor. Chyba nawet się cieszył, że ma czas wolny, bo nie wyglądało na to, żeby dzisiaj ktoś coś rozwalił.
Wbiliśmy się do wspólnego i wystraszyliśmy wszystkich aktualnie tam przebywających, poza Draco, jego wiernymi gorylami i Parkinsonem. Nie dało się ich usunąć, więc przyszedł mi do głowy pewien pomysł... W końcu ktoś musiał przytargać to piwo kremowe i słodycze z Hogsmeade..
- Chcecie iść do Hogsmeade po kremowe i słodycze – oznajmiłam im siadając na kanapie. W tamtej chwili zajmowali fotele.
- Wcale nie – prychnęła Parkinson.
- Powiedziałam, że CHCECIE, a to znaczy, że zaraz PÓJDZIECIE tam i przyniesiecie tu duuużo wszystkiego nadającego się na imprezę, na którą i tak nie macie wejścia – nie ruszyli się – Albo załatwimy wam randki ze świętą trójcą.
- A czy ktoś mówił, że nie chcemy? Oczywiście, że chcemy! Tylko się przebiorę! – Draco pierwszy pognał do swojego dormitorium, potem Parkinson. Goryle zostali, ale w końcu po co oni mają się przebierać? Czegokolwiek by na siebie nie założyli, i tak wyglądają na takich typowych, nowogorylskich idiotów...
- Jak ty to robisz, że zawsze udaje ci się zmusić twojego szajbniętego kuzynka do tego, czego akurat chcesz? – zapytał lekko zaskoczony Chad.
- Wiesz, umawiam się z nim dzień wcześniej, a potem udajemy, żeby to wyglądało, jakby on to robił tak nagle. A do tego przygotowuję sałatkę i kupuję mu najnowsze BMW, takie zajefajne, które mu się śni – stwierdziłam inteligentnie. Ell, na wspomnienie rozmowy z pewnym chłopakiem, którą razem przeprowadziłyśmy i, która kojarzyła się z zajefajnym BMW, zaczęła się śmiać.
- Wiedziałem! Zabujałaś się! – oskarżył mnie.
- Tak, zgadłeś, kocham cię, jesteś miłością mojego życia, wyjdę za ciebie i zrobimy stado małych Melków i Chadów – uwiesiłam się na nim teatralnie.
- Mela... Ja też cię kocham, nie mogę dłużej tego ukrywać...
- Ha! A ja żartowałam! – zaczęłam tańczyć w miejscu coś w rodzaju „Asedehe” (nigdy nie wiedziałam jak to się pisze).
- Ja nie żartowałem! Jak możesz mnie tak odrzucać? – zawył padając na kolana – Zostań ze mną! Kocham cię! – przytulił się do mojej prawej stopy lewej głowy. Znaczy się do prawej strony rozdartej nogawki w okolicach lewego kolana.
- Och Antonio, ja tak naprawdę kocham syna brata ciotki od strony dziadka babci wujka mojej matki! Nie mogę za ciebie wyjść, zostawiam cię, nigdy nie będziemy razem! – ktoś zwalił mnie teatralnie z kanapy.
- Oj Meluś, mogłaś mówić wcześniej, że lecisz na Jakea, to bym ci z nim randkę załatwił jakoś, no... – mrugnął do Lav porozumiewawczo. Ona jeszcze zginie. Powiedziała mu! Ja ją zabiję, uduszę własnymi rękami!
- O nie, Jake to taki... Taki... Eee... Jake jest zbyt przystojny, a w ogóle, nie zauważyłeś, że jestem pedałem, a on nie? – zabłysnęłam. Wszyscy spojrzeli na mnie jak na UFO – No co?
- Nie, nic. W takim razie ja polecam ci pójście na randkę z Potterem – wyszczerzył się Jake, ukazując swoje wszystkie, idealnie białe zęby. Co on zrobił, że nie wytrzymuję widoku jego uśmiechu? Zaraz zemdleję. Do tego uśmiecha się do MNIE! MNIE! Tej, w której nikt się nie bujał! Tararaaaa...
- Od Harryego to ty się odwal, on jest hetero – stwierdziła inteligentnie Nili.
- Jeśli on jest hetero to ja jestem waflem.
- Mela, nie martw się, nie jesteś waflem, w przeciwnym razie już dawno bym cię zjadł – Jake mrugnął do mnie i uśmiechnął się słodko. Teraz tylko go całować... Calaen, opanuj się! O czym ty myślisz, idiotko?!
- Ależ ja się nie martwię, tylko mam potrzebę iść sobie do dormitorium i czekać na oklaski... Eee... Znaczy się posiedzieć i powyglądać jak przez okno.
- Melisławie, zostajesz tutaj z nim – Lav wskazała na Jakea – A ja z resztą idziemy ratować Parkinsona i Draco z dormitoriów, do których najwyraźniej przykleiła ich jakaś niewidzialna siła.
- Lav! – syknęłam podchodząc do niej – Nie zostawiaj mnie tutaj, bo zrobię z siebie idiotkę na maksa!
- No cóż Mela, my już idziemy, baj baj – odeszła z resztą w stronę dormitoriów dziewcząt. Też mi siostra, jak jest potrzebna, to jej akurat nie ma... A jak stracę nad sobą kontrolę i go przypadkiem zgwałcę?
- No cóż... Mela, mogę wiedzieć, co robisz w ten weekend? – zapytał chłopak, kiedy wszyscy wyszli.
- Śpię, robię z siebie idiotkę, oddycham... Jak zawsze, a coś stanęło? Znaczy coś się stało?
- No, czy ty byś może poszła ze mną razem na błonia czy coś?...
- Będziemy trzymać się za rękę, gapić się na malowniczy wschód słońca i patrzeć sobie w oczy? – wystrzeliłam.
- No, jeśli chcesz... Prawdę mówiąc miałem na myśli rodzinny piknik... – spojrzał lekko zdziwiony i wystraszony. No tak, to właśnie jest moje szczęście.
- Wiedziałam. Nikt mnie nie kocha! – usiadłam na podłodze i udawałam, że płaczę. Spojrzał na mnie, jakby wątpił w moje twierdzenie.
- Przecież dużo osób cię kocha, no... – nie wiedział co ma zrobić. I dobrze, trzeba mnie było nie wprowadzać w stan chwilowego płaczu. Co gorsza, to się zawsze kończy napadem śmiechu.
- Wcale nie! Nikt mnie nie kocha! Jestem niechciana na tym świecie!
- Weź mnie nie denerwuj! Przecież masz tutaj Lavka, Artka, Ellka, Hotka... – spojrzałam mu głęboko w oczy. W te jego wielkie, zielone oczy, w których mogłabym się utopić – I mnie... – dodał szeptem, uśmiechając się słodko.
- Kłamiesz! Nikt mnie nie kocha! Bo ja nie jestem człowiekiem, jak wy! Ja jestem bestią pożerającą ludzi przed dwudziestką, wysłanniczką Voldemorta! I nikogo nie kocham! – zaczęłam się śmiać jak głupia. No tak, w sumie, to jestem głupia. Ot tak, po prostu wariatka. I jest mi z tym dobrze, a nawet lepiej niż dobrze.
- Wiesz, może pójdziemy na wycieczkę do skrzydła szpitalnego...
- Ale ja mówię poważnie! Buahahaha! Zaraz zostaniesz moją kolejną ofiarą! – w tempie natychmiastowym wstałam i zaczęłam za nim gonić. Chyba się mnie bał. On NAPRAWDĘ się mnie bał... Jej, to mu się jeszcze nigdy nie zdarzyło.
- Mela, uspokój się! – krzyknął, kiedy przewróciłam go na podłogę.
- O nie, teraz wyssę z ciebie krew! – jak ja nie lubię moich odlotów...
- Nie – jęknął – Melissa Calaen, najfa... Eee... Najdziwniejsza dziewczyna w szkole okazała się wampirem? – znowu spojrzałam w te jego zielone oczy. Kurde, co ja robię? Chyba mam zamiar sobie życie zmarnować...
- Sorry – uśmiechnęłam się do siebie, nie ruszając się. Trzeba przyznać, że wyglądaliśmy dość śmiesznie, leżąc na podłodze. Zwłaszcza ja. Może go pocałuję, tak raz a porządnie? A potem powiem, że mu się zdawało albo, że kosmici opanowali mój umysł...
- Nic nie szkodzi – odetchnął. A jednak bał się, że go ugryzę i zamienię w ghula czy coś...
- Właśnie, że szkodzi. Pozwolę ci się odegrać. Ale nie licz na to, że się potem nie zemszczę! A dobrze wiesz, że kto zadziera z jedną BSEówką, zadziera z obiema!
- Doskonale zdaję sobie z tego sprawę – wyszczerzył się – A teraz, w ramach kary, Melissa Calaen rozbierze się i w samym staniku i majtkach pójdzie do swojego kuzyna i wyzna mu miłość.
- Co to to nie! – ściągnęłam z kanapy poduszkę – Co ty sobie wyobrażasz? Striptizu ci się zachciewa, tak? – walnęłam go nią w twarz.
- Jak nie to nie, ale szkoda, tak bardzo chciałbym cię zobaczyć...
- Nie chciałbyś. Dla dobra twojego wyimaginowanego zdrowia psychicznego od razu ci to mówię.
- Ależ chciałbym, przecież wiesz, że jestem pedałem, tak jak ty – zaczął się brechtać, przez co i ja zrobiłam to samo. Rety, jego śmiech jest zaraźliwy...
- Ale ja jestem w ciąży – stwierdziłam inteligentnie. Jak można być facetem, do tego pedałem, i być w ciąży? Hmm, jak widać na moim przykładzie, jednak można...
- To nic, nie bój się, nic ci nie zrobię – ale ja tobie mogę...
- Oczywiście, już ci wierzę – wstałam – Chociaż i tak się ciebie boje – zapoznałam go z widokiem mojego języka – A wiesz, lepiej wyglądałbyś gdybyś miał włosy do ramion w czarnym kolorze...
- Dla ciebie wszystko – z bananem na twarzy ruszył w stronę dormitorium – Ja się zaraz przebiorę, specjalnie dla ciebie, i zaraz wrócę.
I tak oto zostałam sama we wspólnym. Aż dziwne, że nikogo tam nie było. Jak ja nie lubię być sama... Głównie dlatego, że nie mam do kogo gadać głupot, bo gadanie do siebie jakoś niezbyt mnie przekonuje. Chociaż może to dobrze, że poszedł? To może być dobry moment na wytłumaczenie żołądkowi, że powinien być na swoim miejscu, a nie w moim gardle... Inną sprawą jest, że ja w ogóle nie mam pojęcia gdzie żołądek właściwie ma być.
Już powoli zaczynało mi odbijać, w negatywnym tego słowa znaczeniu, z powodu zbyt dużej dawki samotności, bo w końcu siedziałam na podłodze sama jakieś trzy minuty, kiedy do dormitorium wpadli nagle wszyscy z rodzinki, Chad, Travis, Draco, Parkinson i goryle.
- No i wiesz, on wtedy odbił tego kafla pałką i jak ten drugi prawie z miotły... – Lav opowiadała Travowi o swoich przygodach z Quidditchem. Chyba mu się to podobało.
- Dracusiu, pocałuj mnie, kochanie, nie wstydź się, oj no proszę, no nie bądź taki – inteligentna prośba Pansy.
- Jestem głodny! – genialna myśl dwóch goryli wykrzyczana przez nich. Chyba nie muszę wspominać, że od tego wszystkiego zaczęła mnie boleć głowa?...
- Mela, żyjesz jeszcze? Tak jakoś siedzisz na tej podłodze... Nic ci nie jest? – zmartwił się Jake. Jedyna osoba, która się o mnie troszczy... Przynajmniej w tej chwili.
- Nie, nic – żołądek mam w gardle, w głowie mi się kręci i chyba zaraz zemdleję, ale nie, przecież to normalne... Zwłaszcza, że on stoi obok.
- Jesteś pewna? Nie chcesz iść na błonia tlenu się nawdychać?
- Co?! Przecież teraz powietrze jest zanieczyszczone, chcesz mnie zabić?! Zgłoszę to do towarzystwa Ochrony Praw Pawianów! – wydarłam się na niego.
- Mela, ale nie wpadłaś na to, że jeśli na błoniach powietrze jest zanieczyszczone to tu również? Poza tym, ja w sprawie od pewnego mojego kolegi... On ma do ciebie pytanie – uśmiechnął się. Ciekawe jakiego kolegi? Hmm, no i jakie to może być pytanie?
- Masz rację, całkowitą rację – uśmiechnęłam się do niego inteligentnie – Dobra, idę się nawdychać nieświeżego, zanieczyszczonego powietrza na błoniach razem z tobą – wyszczerzył się i zaraz ruszył za mną.
Wywlekliśmy się na błonia. Oczywiście wydawało mi się, że jest ciemno i ponuro, noc, jakaś porządna burza, a tu nic, tylko słońce bezczelnie świeci i wokół pełno uczniów Hogwartu. Ale dobra, nie miałam zamiaru się już cofać, bo przecież mam zamiar stwierdzić przed rodziną, że się z Jakem bzykaliśmy w najbliższych krzakach. Jeśli jeszcze nie wiesz, drogi czytelniku, to właśnie nazywa się porąbana psycha Melissy Calaen.
Usiedliśmy nad jeziorem. Miałam ochotę zamoczyć w nim nogi, ale straciłam ją na widok leniwie płynącej części ciała wielkiej kałamarnicy. Zamiast tego gapiłam się w niebo zastanawiając się czemu wszystkie chmury, których tak naprawdę nie było, mają twarz Jakea.
- Mela.. Miałaś kiedyś zadedykowaną piosenkę?
- Tak, Chad i Robin codziennie dedykują mi swoje wycie pod prysznicem, a co?
- Nie, nic.
- To jest to pytanie od twojego kolegi, hm?
- Yyy, jakiego kolegi? – wyszczerzył się szukając jakiejś inteligentnej wymówki.
- Żadnego, z tego co widzę.
Jeszcze pół godziny rozmawialiśmy na temat meczy Quidditcha, których w tym roku nie miało być, po czym uznałam, że czas się zbierać, bo inaczej rzucę się na biednego chłopaka. Oczywiście drugiej części zdania nie wyjawiłam przed nim.
We wspólnym siedziała nasza rodzinka: Lav, Nili i Shona przeglądały dekoracje, Artek, Issa, Sto i Hoti siedziały na kanapie, Ell i Muza próbowały wyczarować na ścianie wielki napis „ZoNk!^^-ZoNk!^^ rulez!”, a ja i Jake wracaliśmy z błoni...
- Co wam tak długo zeszło? – zainteresował się Chad. On nie należy do rodzinki, więc nie był wymieniony powyżej.
- Bo go zgwałciłam w krzakach – puściłam do niego oko. Uśmiechnął się.
- Wcale nie! – zaprzeczył Jake, a pozostali odwrócili się w jego stronę.
- Jak nie jak tak?
- Nie, bo to ja ciebie zgwałciłem, no!
- Nie ładnie tak kłamać!
- Ja wiem, bo ja jestem zły, proszę ja ciebie.
- Żartujesz.
- Wcale nie, ja jestem zły, wredny i w ogóle – uśmiechnął się w samozadowoleniu. I tak nikt mu nie wierzy.
- Oczywiście, a ja jestem biedną i naiwną dobrą wróżką, na którą napadłeś udając złego wilka, który złamał oko i trzeba mu założyć gips.
- No właśnie – walnął takiego fajnego banana. Jak on uroczo wygląda z bananem...
- Jake, zapuść sobie włosy i zostaw sobie czarne, mówię ci. Wiesz, jak będziesz wtedy zajebiście wyglądał? – poradziłam mu.
- Ale mi się kręcą i wyglądam wtedy jak debil.
- Co za różnica? Teraz też – wtrąciła się Hoti.
- HOTI! – rzuciłam w jej kierunku czymś, co wyglądało jak świecznik. Skąd wziął się świecznik w pobliżu mnie?
- Mamy wszystko! – do dormitorium z szerokim uśmiechem wszedł Draco, a za nim jego goryle obładowani jedzeniem i piciem. Gdzie się podział Parkinson?
- No nareszcie, jeszcze chwila, a chyba byśmy wysłali po was jakiś patrol – Draco uśmiechnął się. Pewnie myślał, że aż tak się o niego troszczymy?... - W końcu co by było, jakby jedzenie nie dotarło?
- No jak ty coś powiesz, to normalnie tylko płakać się chce – Draco odwrócił się do nas plecami, po czym demonstrował, jaki to on jest obrażony.
- Dobra, skoro Draco mamy już z głowy, to dajemy z tym żarciem do tego pokoju, co to Travis czy tam Chad mówił... Dobra, nieważne, bierzemy wszystko i idziemy!
Rzuciliśmy zaklęcia na „bagaże” i zanieśliśmy je na najwyższe piętro dormitoriów chłopaków, gdzie był już legendarny pokój dla wybitnie uzdolnionych. Oczywiście był na hasło, ale z tym nie powinno być problemu.
Wejścia chronił wielki obraz przedstawiający pulchną szatynkę ubraną w długą, staromodną szatę o kolorze sraczkowatym. Zaopatrzony był podpisem „Serek”.
- Zna ktoś hasło? – zainteresował się Chad po próbie zabicia obrazu wzrokiem.
- Eee... Nie... – zaprzeczyła Ell.
- Kto może znać? – zapytała Lav, jak zawsze chętna żeby tą osobę znaleźć i zabić, jeśli nie będzie chciała zdradzić szczegółów... Eee... Znaczy grzecznie poprosić.
- Draco! – krzyknęła Hoti gotowa wysłać mnie na misję zapytania mojego kuzyna o to hasło.
- Prędzej moje rybki, których nie mam – stwierdził Matt.
- To ten, może skrzaty? – zaproponowała Nili. Jej myśl okazała się genialna.
- DRACO, CHODŹ DO NAS NA CHWILĘ! – wydarł się Jake w celach niewiadomych. Pewnie chwilowo potrzebuje służby, ale ja tam nie wiem...
Już po chwili mój kuzyn stał obok nas.
- Weź otwórz nam ten pokój – Ell pchnęła go w stronę obrazu.
- Ślizgoni rządzą – mruknął Draco i odsunął się. Portret od razu ustąpił nam z drogi.
- Dzięki, a teraz spadaj.
Wpakowaliśmy się do środka razem z wszystkim, co wzięliśmy. W ramach udekorowania tego dość pokaźnego pomieszczenia, biegaliśmy w kółko i rzucaliśmy, w siebie nawzajem, wszystkim, co leżało w pudełku z ozdobami, nawet, jeśli było to ciężkie, kamienne i wyglądało jak miniaturowy Snape. W połowie zabawy z ustrajaniem, wparował do nas Michael z propozycją pomocy. Łaskawie udzieliliśmy mu na to pozwolenia.
Później rozwaliliśmy się na kanapie i fotelach, które były w tym pokoju i spokojnie popijaliśmy kremowe. Drogi czytelniku, mam nadzieję, że nie dasz się zwieść pozorom słowa „spokojnie”...
- Calaen, ty idiotko, nie rzucaj we mnie! – wydarł się Travis, kiedy rzuciłam w niego butelką piwa.
- Ależ ja wcale w ciebie nie rzucam – powiedziałam rzucając w niego jakimiś cukierkami.
- Nie, oczywiście, a kto to niby robi?!
- A bo ja wiem... Moja ciocia od strony brata cioci mamy taty dziadka brata ojca siostry wujka?
- Nie, to Potter – stwierdziła w przypływie nagłego olśnienia Ell.
- Właśnie, co złego to nie my! – potwierdziła Shona.
- Wy jesteście walnięte – spojrzał na Lav z rezygnacją. Niestety, jakkolwiek byłaby w nim zakochana, w konflikt z resztą rodziny nie może wejść, więc ona mu raczej nie pomoże...
- Dziękuję, to był dla nas komplement – zabłysnęła Nili i puściła do nas oko.
- O matko, z kim ja się zadaję... – Travis z bananem na twarzy rozejrzał się po pokoju.
- Jak to z kim? Z nami, największymi idiotami w szkole! – krzyknęłam w odpowiedzi.
- A jak! Idziemy się utopić w jeziorku?
- Mam lepszy pomysł: zagrajmy w butelkę... – Lav uśmiechnęła się tajemniczo i wyjęła zza siebie butelkę po kremowym, po czym położyła ją na stole. Przyjrzałam się jej uważnie.
- Siostra, ale my nie mamy butelki.
- No właśnie, nie mamy – Jake udawał, że wcale nie widzi skrzynki z pustymi butelkami...
- Wiem, więc kręcimy płytą... – westchnęła – Kto pierwszy?
- JA! – wydarliśmy się wszyscy. No tak, to było do przewidzenia.
- Chad, czy będziesz tak miły..?
- Jasne – wyszczerzył się i zakręcił.
Butelka chwilę wirowała. Wszyscy z debilnymi uśmiechami czekali, aż zatrzyma się na pierwszej ofierze dzisiejszego wieczoru. Stop. Ustała, wskazywała prosto na... Travisa.
- Pytanie czy zadanie, braciszku?
- Eee... Kurwa, że też to ty musiałeś się trafić... – tak wszyscy wiemy do czego Chad jest zdolny... I za to go kochamy – Niech będzie pytanie.
- Braciszku – zaczął słodkim tonem – Czy masz dziewczynę? Jeśli tak, to kim ona jest? I czy to ona podoba ci się najbardziej na świecie? Jeśli nie, to kto? – uśmiechnął się złośliwie. Oczywistym było, że znał odpowiedzi.
- Mam dziewczynę... Eee... To jest... – wyglądał, jakby zapomniał kim ona jest – To jest Rachel Lennon z Hufflepuffu... No i ona wcale mi się nie podoba... Ona jest głupia... A najbardziej podoba mi się... Yyy... No... – byłam ciekawa ile to jeszcze miało trwać – Najbardziej mi się podoba... – spojrzał na nas błagalnie, jakby któreś z nas mogło mu pomóc w tamtej chwili. Ale co musiała przeżywać wtedy biedna Lav..? – Podoba mi się ten oto Lavek Hope – odwrócił się jakby miał za chwilę zostać zabity. Już wiem co wtedy czuła Lav: była to nieopisana radość.
- Niezły hardkor – stwierdziłam inteligentnie patrząc na chłopaka – Kręcisz.
Butelka zawirowała. Shona.
- Zadanie – z radości prawie krzyknęła. I z czego ona się cieszy.
- Otwórz okno i krzyknij „jestem Shona i kocham Harryego Pottera najbardziej na świecie” najgłośniej jak potrafisz – stwierdził z głupim uśmiechem. Kobkotka niechętnie wstała i podeszła do okna, po czym otworzyła je i wystawiła za nie głowę.
- Ale jak wypadnę, to mnie łapiesz – nabrała powietrza – JESTEM SHONA I KOCHAM HARRYEGO POTTERA NAJBARDZIEJ NA ŚWIECIE!
- Uuuu! Gorzko! – krzyknął Jake i rzucił w Shonę garścią chipsów. Ona za to rzuciła się na niego.
- Nie zabijaj go! Kręcisz przecież, a zabawa musi trwać!
Butelka kręciła się po raz kolejny. Ja.
- Meluś, kochanie moje! Pytanko czy zadanko?
- Zadanko.
- Hmm... Nie będę chamska, musisz tylko... Eee... Pocałować Chada i Jakea, a potem powiedzieć nam, który lepiej całuje – miało nie być chamskie... Ehh...
- Dobra, postaram się – tak się dziwnie złożyło, że oni siedzieli obok siebie, więc wpakowałam się między nich – Który pierwszy?
- Cóż, ja już byłem, więc teraz kolej mojego kolegi...
Zamknęłam oczy i próbowałam się uspokoić. Serce waliło mi jak nie wiem co, to było takie cholernie dziwne uczucie. „Oddychaj idiotko, nie zapomnij o oddychaniu, bo to się nie skończy dla ciebie dobrze!” – skarciłam się w myślach.
Chad mnie pocałował. Żadnych głębszych wrażeń czy chęci zemdlenia. Ale trzeba przyznać, że całował wręcz cudownie... Tylko brakował tego czegoś między nami..
Potem Jake. O matko, żebyś wiedział, drogi czytelniku, jak on całuje... Prawie roztopiły mi się czubki butów, czułam, że zaraz zemdleje, serce waliło mi jak nie wiem... To było po prostu cudowne.
- No i jak, siostra? Który lepszy? – zapytała Hoti z żywym zainteresowaniem.
- Jake – stwierdziłam i poczułam, że się rumienię. Zanotować: nienawidzę się rumienić!
- Zawsze do usług – wyszczerzył się.
- No nieźle – stwierdził Michael przyglądając się nam. Chyba zaraz zemdleję. Świetnie!
Zakręciłam. Jake. Jeszcze tylko tego brakowało.
- Zadanie – stwierdził z głupawym uśmiechem.
- I może jeszcze sobie wyobrażasz, że będę chciała, żebyś mnie całował? Niedoczekanie!
- Nie, wydaje mi się raczej, że chcesz, żebym cię obmacał – o matko, w kim ja się bujam...
- No dobra, w ramach miłego wieczoru, zrobisz dzisiaj w nocy chomika i dasz mi go jutro. Oczywiście wiesz o co chodzi – spojrzałam na niego znacząco.
- Robiąc go będę myślał o tobie – wyszczerzył się pokazując swoje wszystkie trzy zęby. I tak wyglądał słodko. Jak on to robi?
- Kręcisz złotko. I nie zapędzaj się, bo jeszcze cię uznam za zboczeńca.
- Yhy, jasne, a kto ze mną spędza każdą noc?
- Nie moja wina, że ktoś musi cię trzymać za rączkę, tak jak to robiła mamusia...
- Ooo, Lavek! – dziwne, nawet nie zauważyłam kiedy kręcił – Pójdziesz jutro na śniadaniu i powiesz szlamie Pottera, że ją kochasz, a potem powiesz wiewiórze, że go nienawidzisz, bo szlama go kocha i walniesz go z liścia w tą jego piękną, rudą, piegowatą i ohydną buźkę.
- Oczywiście. Kręcę! – zakręciła – O, Michaelek!
- Zadanie.
- Zerwij ze mną.
- Słucham? – nie mógł chłopak uwierzyć własnym uszom. Swoją drogą, niezły sposób na zrywanie...
- Głuchy jesteś? Masz ze mną zerwać!
- Ale...
- Żadnych ale, Michael, ona każe ci ze sobą zerwać, żeby mogła żyć długo i szczęśliwie z ogrem, którego poślubiła. Yyy, znaczy się ze swoją miłością życia – stwierdziłam inteligentnie, jak na mnie przystało.
- Dobra... – miał przerażenie w oczach – Lav... Zrywam z tobą – spojrzał zasmucony na towarzystwo, które się dziwnie uśmiechało. Za to Lav, jako główna poszkodowana, zaczęła udawać, że płacze w rękaw Nili.
- Kręcę – zakręcił. Wypadło na mnie, znowu – Pytanie czy zadanie?
- To ja chyba wolę nie ryzykować, pytanie poproszę – zrobiłam minę prosto z mugolskiego teleturnieju, pt. „Mam to na końcu języka!”.
- Powiedz szczerze, czy Lav mnie kocha, a jeśli nie, to kogo i czy podoba ci się ten oto Robin – miał minę, jakby chciał się nade mną znęcać. Mamusiu, ja chcę siusiu! Tfu! Ja się go boję!
- A więc, Lavek cię nie kocha, a aktualnie podoba mu się ten oto Trawnik, ale to się może zmienić, bo ja i tak wiem, że ona mnie kocha najbardziej na świecie, bo w końcu jesteśmy mężostwem – nie, ja się wcale nie chwalę... – A na Robina nie lecę, proszę ja ciebie.
- A ja myślałam, że to twoja życiowa miłość, Melku, żonie kochany – Artek popatrzyła na mnie tajemniczo się uśmiechając – Zakręcić za ciebie?
- Yyy... Nom.
Zakręciła. Butelka wskazała... Ją samą..
- Więc ja wybieram pytanie, bo nie chcę iść do Pottera mu się oświadczać.
- Czy gdyby teraz Robin zaproponowałby ci wspólny wypad do jego dormitorium, zgodziłabyś się?
- Eee... – przywołała wspomnienie twarzy Robina – Jego debilne zachowanie jest w prawdzie odpychające, ale... Tak – zrobiła się cała czerwona i szybko zakręciła butelką. Tym razem wypadło na Lav, znowu.
- Zadanie proszę – uśmiechnęła się. Myślała, że nie może ją spotkać nic złego...
- Pozwól Travisowi się pocałować.
- Coooo?!
- Travis ma cię pocałować, a ty masz mu na to pozwolić.
- Nie ma mowy!
- Czemu? Coś ze mną nie tak?
- Nie. Po prostu nie i już! – usiadła zdenerwowana.
- Trudno. Travis, idź ją pocałuj a potem możesz iść w piz... Eee... Z Bogiem.
Chłopak z dziwną miną podszedł do Lav i usiadł obok niej. Wszystkie spojrzenia były zwrócone na nich. Jakoś nie mogli się pocałować, a przecież wszyscy wiemy, że się w sobie zakochali! No dobra, może nie wszyscy...
I kiedy tak sobie rozmyślałam o ich sytuacji, pocałowali się. Widać było między nimi to coś, tą chemię (za dużo MTV?)... I coś nie mogli się od siebie oderwać. Ktoś liczył na głos ile sekund to już trwa i muszę powiedzieć, że przed trzystoma się nie skończyło...
- Ja mam was dość. Idę sobie od was – Michael w końcu wstał i „przypadkiem” popchnął Lav tak, że musiała odkleić się od Trawnika. Michaś chyba się załamał. I bardzo dobrze, przecież on jest zbyt normalny.
- Michael nas nie lubi! Michael nas nie lubi! – zaczęłam tańczyć na stole. To taki odruch bezwarunkowy (?), mają go tylko ludzie, którzy posiadają wrodzone skretynienie czaszki i chorują na brakomózgowość.
- Ciasteczka! – Nili rzuciła się na cukierki i zaczęła się nimi obsypywać. Nie ma to jak zachowanie zgodne z tematem akcji...
- Melaaa? – Shona zrobiła minę zbitego psa.
- Tak mi na nazwisko, a co? – zapytałam w przebłysku geniuszu.
- Kochasz Jakea?
- Pewnie, przecież jest moją babcią! Tfu! Siostrą!
- Ale nie tak, tylko wiesz jak – zrobiła tajemniczą minę i udawała, że nie wie, że wyżej wymieniony się przysłuchuje.
- Oj nie wiem, nie wiem... Przecież z niego pedał jest...
- To nic, z ciebie też.
- Wcale nie!
- Dobra dzieciaki, kończcie już, Draco i Pansy chcą, żebyście zeszli do wspólnego – do naszego pokoiku wpadł Sev, dzięki czemu uniknęłam nieprzyjemnych wyznań.
- Jak coś chcą to niech oni tu przyjdą.
- Nie, bo ta niespodzianka dla was jest we wspólnym.
- Yyy, no dobra, w ostateczności możemy zejść...
Wywlekliśmy się z pokoju i podążaliśmy za Snapem. Oczywiście jakieś czterdzieści razy któreś z nas wywalało się na schodach lub na terenie płaskim, co jest normalne w naszej rodzince.
W pokoju wspólnym zebrało się już trochę ludzi. Wszyscy ustawili się przed trzema wielkimi stołami złączonymi w jeden, czekali na nasze przybycie. A co to ma być? Jakaś rocznica ślubu? A może Draco ma ślub dzisiaj?
- O, już jesteście – uśmiechnął się inteligentnie – A więc teraz czas na moją genialną mowę... Otóż zebraliśmy się tutaj, ponieważ dzisiaj rodzinka ZoNk!^^ obchodzi swoje pierwsze urodziny, wszyscy jej członkowie mają już po roczku. Poza tym, chcę wam przedstawić moją koleżankę, Lenny Poiree – mopsowata wprowadziła średniego wzrostu długowłosą blondynkę ubraną w srebrną koszulkę i zielone dzwony – Tylko uważajcie na nią, bo ona gryzie – pokazał wszystkim swoje ślady zębów na ręce.
- Draco sam się pogryzł! Masochista! – wyskoczyłam.
- Mela, czy ty nigdy nie słyszałaś, że rodzina powinna trzymać się razem?
- No przecież się trzymam z rodziną – złapałam najbliższego ZoNkA!^^ za rękę – Widzisz?
- Ja nie wiedziałem, że możecie się pobierać... – spojrzałam na osobnika, którego trzymałam: oczywiście to był Jake. Kurde, że też on zawsze musi się gdzieś wepchnąć.
- Właśnie, że możemy! I to wcale nie jest kazirodztwo! Cokolwiek to znaczy...
- Kto tańczy makarenę na stole? – zaproponowała Lav próbując wejść Travisowi na głowę.
- JAAAA! – rzuciliśmy się całą rodzinką i już po chwili stoły, na których stał mój kuzyn, trzęsły się z naszej winy. O dziwo, ta nowa skakała razem z nami. Chyba będzie z niej dobry materiał na kolejną szkolną idiotkę... Oczywiście mnie w tym nie pobije, ale trzeba udawać, że daje się szansę nowym, bo my jesteśmy tacy dobrzy, uczynni, mili, psychnięci (?), chomikowaci itp.

Była to radosna twórczość Melka vel Mel vel Melissy Calaen z serii "Kocham Harryego Pottera"... Tfu! Nie ta seria, to przecież tytuł odcinka PoKeMoNóW... Miało być z serii "Zabić Pottera, czyli ZŁO w Hogwarcie" *gleba*
Za przeczytanie tego debilnego zakończenia musicie winić autorkę tego opowa, a nie jej jaźń czy jego bohaterkę. My nie mamy z tym nic wspólnego.

komentarze [25]



Nazwałam: [Next part - namber dziesięć XD]
Napisałam: [niedziela, 5 czerwca 2005 19:09:23]

Tego parta dedykuję:
Lavkowi za tajtyl XD
Oci za stwierdzenie, że jedzie jutro na wycieczkę. Co w tym takiego? Że Melek też jedzie XD
Lenny za bodajże trzy lub cztery komenty poganiające mnie do napisania i umieszczenie mnie w swoim fficku oraz próbę umówienia Nazji z Armandem kochającym most XD
Bad Girl, chociaż wiem, że prawdopodobnie tego nie czyta, ale za jej cudowne notki na blogu (strasznie mi się podobają XD) i za ostatni part MLGWU (tak się składa, że też 10 XD)
Oraz, po raz pierwszy w życiu, dedykuję parta bielaszewskiemu za to, że jest debilem *gleba*




10. Niezwykle odpychające widoki

Możliwe, że teraz przeżyjecie szok. Trzymajcie się krzeseł. Otóż ja, Melissa Calaen, najbardziej leniwa osoba w Hogwarcie, wstałam dzisiaj pierwsza. I nie pierwsza ze Ślizgonów, bo to nie byłoby żadne osiągnięcie, tylko pierwsza w całej szkole. W dormitorium panowała całkowita cisza. Nie chciałam nikogo budzić, bo w końcu sama jestem wściekła, kiedy mi ktoś w środku nocy każe wstawać, więc zeszłam do wspólnego.
Powoli, jak najciszej, schodziłam ze schodów. Usłyszałam spod nóg ciche miauczenie. Uklękłam.
- Cześć kiciu, co ty tu robisz? – uśmiechnęłam się do małego zwierzątka i wzięłam je na ręce – Należysz do kogoś? – przyjrzałam się mu uważnie: mały, chudy, przemoknięty... Nie, nie mógł do nikogo należeć. Przynajmniej na razie.
Wzięłam kotka na ręce i miałam zamiar iść dalej, kiedy, oczywiście, potknęłam się.
- AAAAAAAA! – wydarłam się wypuszczając zwierzaka. Jak on właściwie się nazywa? A to w ogóle jest on? A ja jeszcze żyję?
Z głośnym hukiem upadłam na podłogę. Och, jak mnie boli ramię, stopa, nadgarstek, myszka, klawiatura, monitor... Dobra, zostańmy przy stopie.
Wstałam i otrzepałam się z wyimaginowanego kurzu spowodowanego kaczuszką kąpielową, która chyba siedziała na fotelu. Zaraz, kaczuszka kąpielowa na fotelu? Nie, nie siedziała na fotelu, tylko do mnie pochodziła. Uff, to znaczy, że wszystko z moim wzrokiem w porządku...
- Nic ci się nie stało? – zapytała kaczuszka stojąc nade mną. Miała takie fajne blond włosy na głowie..
- Chyba umarłam – uśmiechnęłam się do siebie – I jestem w niebie, bo chyba widzę...
- Nie przesadzaj, aniołem nie jestem.
- Nie, nie aniołem. Widzę kaczuszkę – zaczęłam się brechtać i, jak na mnie przystało, przypierdzieliłam głową w podłogę.
- Ty się jeszcze naprawdę zabijesz. Ale rozumiem, że jeszcze bardziej ci na mózg padło jak się zwaliłaś z tych schodów – dziwna kaczuszka ze słodkimi blond włosami, niebieskimi oczami, w których mogłam dostrzec swoje odbicie, i twarzą Jakea wyszczerzyła się do mnie inteligentnie.
- O, cześć Jake – przywitałam go zastanawiając się skąd się tu wziął.
- Jake? Gdzie? – rozejrzał się – Jestem przecież kaczuszką.
- Oj no weź, bo się uderzę zaraz – zamachnęłam się. Moja ręka przeleciała przez trzecią po lewej głowę chłopaka – Ej, co jest?
- Masz zeza po prostu – uśmiechał się jakoś dziwnie. Chociaż to może przez to, że miał jakieś siedem głów?...
- Ja pytam o twoją zwielokrotnioną ilość głów, przez którą stajesz się inteligentniejszy ode mnie! – udawałam, że panikuję, chociaż jakoś nieszczególnie mi to wychodziło, bo w głowie mi się kręciło, widziałam co najmniej podwójnie no i wszystko mnie bolało...
- Niedobrze... Ale Pomfrey i Snape pewnie jeszcze śpią. Ciebie też lepiej położyć. No, zwalaj stąd – wstał i poczłapał do kanapy – Na co czekasz?
- Jeśli jeszcze nie zauważyłeś, to chodzić zbytnio nie mogę.
- Wiem – znowu się uśmiechnął – Już do ciebie idę – odwzajemniłam uśmiech i pozwoliłam się zanieść na kanapę. Trzymałam się go jak najmocniej, chociaż wcale nie bałam się, że spadnę. Nie potrafiłam wytłumaczyć natury tego zjawiska.
Położył mnie delikatnie na kanapie i przykrył kocem. Patrzył tak jakoś dziwnie, a ja czułam, że się roztapiam. Coś mi chyba gorzej ostatnio.
- Posiedzę sobie tu przy tobie, a tak gdzieś koło siódmej ruszymy do Pomfrey. Ewentualnie do pączka – nachylił się nad moją twarzą. „Zaraz mnie pocałuje” – pomyślałam i zamiast się wyrywać, czekałam. Westchnął tylko i pogładził mnie po policzku – Śpij Meleczku, śpij.
- Tak mamusiu.
- Jaka mamusiu?
- No taka... Eee... – zakreśliłam w powietrzu kółko - Mamusiowata.
- Chyba jednak musisz iść do Pomfrey.
- Sam musisz iść do Pomfrey.
- Ale zachorowałaś na mózg!
- Niestety, to niemożliwe, ja nie mam mózgu.
- No chyba, że tak... Śpij – przykrył moją głowę poduszką – Albo nie... Duś się.
- No ej! – zwaliłam z siebie poduszkę i próbowałam go trafić, ale oczywiście znowu wycelowałam w złą głowę – No dobra. Idę spać. Dobranoc!
*
- Co oni robią?
- A skąd ja mam wiedzieć? Idź i zapytaj.
- Czemu ja? Sama idź.
- Cześć dziewczyny, co... Oooł maj gat, co to jest?
- Jeszcze nie wiemy, rusz się Chad, i zapytaj swojego najlepszego przyjaciela.
- Ja? To wy jesteście jej najlepszymi przyjaciółkami!
- Chad, czemu wyszedłeś z lekcji? Powiesz mi może?
- Tak, spójrz przed siebie.
- CO?! – cholernie głośne tupanie zbliżające się do mnie. W ogóle nie wiem jak można tak głośno gadać w środku nocy – CO TU SIĘ DZIAŁO?! ATARIEL, DEBILU! SPADAJ OD NIEJ! – otworzyłam oczy i spojrzałam zdziwiona na czerwoną ze wściekłości twarz Robina.
- Hmm? Co się dzieje? – zdziwił się Jake. Nawet nie zastanowiłam się co on robi przytulony do mojego brzucha. Zauważyłam tylko, że kocyk mam ściągnięty do nóg.
- ŚPISZ NA BRZUCHU MELI! – wydarł się czerwieniejąc jeszcze bardziej – NIE UDAWAJ, ŻE NIC SIĘ NIE DZIEJE!
- Nie krzycz tak. Głowa mi pęka – uciszyłam go i wstałam - O, widzę normalnie! – przyjrzałam się obu chłopakom: Jake całkowicie zdezorientowany leżał na podłodze, a nad nim stał czerwony ze złości Robin i darł się niemiłosiernie. Ciekawe o co mu chodziło? – Chociaż Jake z siedmioma głowami wygląda ciekawiej – uśmiechnęłam się do siebie.
- Jakimi siedmioma głowami? – wszyscy, poza chłopakami stojącymi obok kanapy, spojrzeli na mnie jak na kosmitkę.
- Takimi jednymi. Takimi ładnymi i słodziutkimi – Atariel mimo wszystko uśmiechnął się do mnie. Mimo, że był w sytuacji straszliwej, bo gniew Robina (patrz: smoka) potrafi być dość groźny, jeszcze potrafił się uśmiechać! Jest cudowny, bezwzględnie cudowny!
- Melek, chodź no tu do siostry na chwilę – zawołała Lav machając do mnie w celach nieznanych.
- Ale oni się biją! Ja chcę obejrzeć! – niestety nie było mi to dane, ponieważ bliźniaczka zaciągnęła mnie do dormitorium i wywiesiła na drzwiach tabliczkę z napisem „Spadać – BSE myślą i gadają, więc WON!”.
- Słuchaj Mela, coś ty się tak uczepiła tego biednego Jakea, no?
- Życie jest pięęęęęękne... Tralalalalaaaaa! – nie ma to jak wypowiedź na temat.
- Skup się. Weź się do kupy zbierz i udawaj, że pomyślałaś, co chcesz od Jakea – uśmiechnęła się i zrobiła minę pt. „Ja i tak szytko wiem”.
- Ja chcę... Chcę... – niewiadomo czemu na usta cisnęło mi się „buzi” – Chcę... Yyy...
- Chcesz z nim chodzić? – zabłysnęła. To po co pyta jak wie?
- No jasne! Eee... Co? – no jakby się nad tym zastanowić, to chyba oczywiste, że tak... Yyy... No nie, chyba już sama sobie zaprzeczam.
- Mówię, że chcesz z nim chodzić.
- Właśnie, że nie-e! Ja chcę od niego buzi! – spojrzała na mnie z wyrazem twarzy zatytułowanym „A nie mówiłam!” – Ups, wymsknęło mi się...
- No widzisz Melek, wiedziałam, że go lubisz, ale żeby aż tak... Ej, nie śliń się – walnęła mnie poduszką – To powinno pomóc. Czyś ty się czego najarała?
- Yhym, najarałam się zapachu zeszłorocznego śniegu z sań świętego zająca przybywającego codziennie o godzinie święta dziękczynienia – chyba coś mi się powaliło, ale pomijając to, to miałam całkowitą rację.
- Chyba za dużo siedzisz w lochach.
- Bo lochy są pięęęęęęeekne! Ooooł Andzia! Ooooł Andzia! – jeszcze nie rozgryzłam co ma jedno do drugiego i pewnie nie rozgryzę do końca życia, ale Ty, drogi czytelniku, możesz się nad tym pomęczyć.
- Melek, pozwól, że ja tobie coś wyjaśnię: kochasz Jakea – uśmiechnęła się yntelidżentnie.
- Tak, wiem. Co? Nie, wcale nie! – zaprzeczyłam i udawałam, że się obraziłam.
- Nie udawaj! Przecież ja wiem, że tak.
- Ale ja wiem, że nie! Albo nie, nie wiem. Przecież ja nic nie wiem. Nie. Wiem, że nic nie wiem – jeśli chcesz usłyszeć dalszą część moich wywodów na temat tego co wiem, wytłumaczy ci to miła pani spod 0-700... Oczywiście jeśli posiadasz telefon.
- Melek, weź nie myśl, bo ci, tak jak mi, to nie wychodzi. Możesz najwyżej udawać, że myślisz.
- Więc, Lavencjuszu Mullen łamane przez przyszła pani żono Travisa McGratha, pragnę ci wyjawić, że chyba nie mylisz się twierdząc, że zakochałam się w pewnym chłopaku imieniem Jake a nazwiskiem Atariel, ponieważ figuruje on na mojej wyimaginowanej liście najbardziej kochanych osób zaraz po tobie i Artku, jako moich małżonkach.
- Wiedziałam! Wiedziałam! – podjarała się i zaczęła biegać po dormitorium.
- Melisław przypomina tobie, drogi mój Lavku, żebyś staniała. Znaczy się, że chodzisz z tym dupkiem Mullenem, a zabujałaś się w Travie i musisz z nim zerwać – zaczęłam się śmiać jak psychopatka.
- Oł noł! I co ja teraz zrobię?
- Wezwij atomówki! Jestem Bujka we własnej osobie! – stwierdziłam yntelidżentnie i zaczęłam wyć melodię z gównomrówek. Tfu! Z atomówek.
- Pośpiewajmy razem! – Lav weszła na szafę i śpiewała do wyimaginowanego mikrofonu w postaci jej kciuka „Fuck a dog” Blinka.
- Łiiii! Łone fak e Jake en Trav In di es! Łi łone fak e Jake en Trav in di es! – wyłyśmy razem tańcząc na łóżkach. Z przyczyn dziwnego zbiegu okoliczności szyby pękły w tym samym czasie...
- Można wejść?! – zapytał Jake otwierając drzwi na oścież i wchodząc razem z Robinem, Chadem i Travem – Rozumiem, że nie – zabłysnął.
- Nie świeć! – za nimi wpadła Artek – Bo mandat dam!
- MANDAT! – przerażony chłopak zaczął biegać w kółko po dormitorium, a Amelka oczywiście go goniła i obklejała karteczkami z napisem głoszącym „MANDAT!”.
- Szybko! Organizujemy koncert! – Chad niewiadomo skąd miał przy sobie akurat gitary – My gramy, a wy się drzecie!
- Nie trza nam! – wydarłam się skacząc po swoim łóżku i próbując nie przywalić głową w sufit – Roweeeer to jest świat!
- Flaaagaaa na maszt, Irak jest nasz, rower jest wielce okej, roweeeer to jest świat! – zawyliśmy zgodnie, a ja niestety zaczęłam spadać z łóżka.
- Mela! Nie spadaj w przepaść! Nie! Tylko nie ty! – zaraz walnę w podłogę. Mam to jak w banku.
BUM! Walnęłam w coś dziwnie miękkiego. To coś zaczęło się drzeć, że kości mu się połamały.
- Jake, mój ty zbawco! – wydarłam się przyklejając się do niego – Kocham cię! Wyjdź za mnie! Ucieknijmy na miotle na jakąś bezludną wyspę i ją zaludnijmy! – udawałam, że wcale nie widzę spojrzeń wszystkich poza Lav mówiących „co za idiotka”.
- Z wielką chęcią, jednak nie możemy tego zrobić, twoja narzeczona Maria Dolores Antonia się dowie! – odparł robiąc wyjątkowo przerażoną minę. Parsknęłam śmiechem.
- Melek, muszę ci coś wyjawić: nie możecie się ożenić, ponieważ Jake jest bratem siostry jego siostry, która okazała się twoim ojcem! – jakże wyjątkowo inteligentne wtrącenie Lav.
- Och nie! Co ja teraz pocznę? A życie miało wyglądać tak pięknie! – zaczęłam się śmiać jak jakaś wariatka.
- Informuję was, że idziemy do Hogsmeade – do dormitorium wpadła Sto z Nili, Artkiem i Iss – Chociaż może zostawimy Melę i Jakea samych?
- Ja jestem jak najbardziej za! Ale wyjdźcie, bo mamy zamiar stworzyć hodowlę chomików – wyszczerzył się. Oczywiście wszyscy byli poinformowani o tym, że w naszym języku chomik oznacza „spuść się w skarpetkę” (patrz: „Happy Holidays, You Bastard” Blinka).
- Ty, uważaj co mówisz – Robin miał zamiar ruszyć do ataku.
- Mela, weź tego człowieka ode mnie! On narusza moją przestrzeń życiową!
- Robin, spokojnie, on żartował, nie, piesku?
- Szczek szczek.
- Mówiłam, że tak? No właśnie – pogłaskałam Jakea po głowie – A teraz, piesku, zwalaj z dormitorium, bo chcę się przebrać. Pozostali również, pliz.
- Nara! – Lav wywaliła męską (brzydszą) część nas, więc mogłyśmy ruszyć do natarcia na szafy.
Hmm, do Hogsmeade należy iść w szatach szkolnych... Tak jak z resztą w czasie lekcji... Dobra. To znaczy, że pójdę ubrana normalnie.
Wygrzebałam z szafy pierwsze ciuchy jakie się nawinęły i stwierdziłam, że nie mogę iść do Hogsmeade ubrana w dwa stroje kąpielowe i czapkę zimową.
Jeszcze raz sprawdziłam zawartość szafy w celu odnalezienia czegoś względnie normalnego. Oczywiście, moje ulubione, rozwalone spodnie, leżały na samym wierzchu, więc nie mogłam ich znaleźć.
Ubrana w rozwalone czarne spodnie i koszulkę z napisem „Melek kocha Toma!” wyszłam zza parawaniku i przyjrzałam się ogólnej sytuacji w dormitorium, która przedstawiała się następująco:
- nie moje ubrania porozrzucane po całym pokoju,
- Nili i Lav próbujące dostać się do ukrytych zapasów żelków pod moim łóżkiem,
- Sto wywalona na łóżko Nili.
Nawet nie zastanawiałam się kiedy Sto zdążyła do nas zawitać.
- Więc dobrze, kochane girlsy, ruszcie się, bo musimy iść do Hogsmeade i w między czasie zamienić Chada w Pottera, żeby Lu na niego leciała, no nie? – poszperałam w kufrze i wyjęłam z niego buteleczkę różowego eliksiru. Prawdopodobnie nabrał takiego koloru pod wpływem włosa Pottera.
- Meleczku, jeszcze chwila, tylko kasę zapakujemy.
- Łosz kurde, macie rację, ja o tym zapomniałam – w trybie natychmiastowym dostałam się do przestrzeni pod moim łóżkiem i wyjęłam spod niego dość dużą sakiewkę z moją małą fortuną, którą zamierzałam wydać na czekoladę.
- Gotowe? – zapytała Lav zakładając sobie na głowę abażur. Po co jej abażur, tego to ja już nie wiem.
- Tak być pani profesorze! – krzyknęłyśmy i zeszłyśmy do wspólnego, gdzie czekali już na nas nasi znajomi panowie.
- Chad, chce ci się może pić? – zapytałam inteligentnie.
- Yyy... Nie, dzięki, Robin jest dzisiaj bardzo spragniony, chętnie się napije – nie dał się nabrać. Będzie trzeba go jeszcze nakłonić do spotterzenia.
- Ja myślę, że jednak Trav byłby odpowiedniejszy – Robin uśmiechnął się do siebie. Właściwie, to co Travis tu robił?
- Nie, on się nie nadaje do tego – szybko zaprzeczyła Lav. Spojrzałam na nią.
- Siostra, przyda ci się to – podałam jej chusteczkę – I nie śliń się tak już, ok.?
- Jasne. Więc wychodzimy tym razem nie zwartą grupą, tylko w parach. Ja, proszę państwa, idę z Travem, Melek z Jakem, Nili z Robinem, Amelka z... Yyy... O, Matt, fajnie, że jesteś! Amelka idzie z Mattem, a Sto z Chadem. Nie bójcie się, nie ustawiam was w pary na całe życie – tak. Ale obie tego żałujemy... – Kompania, wymarsz!
Wyleźliśmy z dormitorium. Po drodze przewaliłam całą grupę tylko dziesięć razy, więc nowy rekord najmniejszego sprawiania wypadków w ciągu pięciu minut w naszej rodzinie został ustanowiony przeze mnie.
- Dzień dobry nasz kochany panie woźny Filch! – wydarłam się na jego widok. Przez chwilę musieliśmy stać na końcu kolejki, ale wszyscy bali się nas lub bardzo szanowali, ewentualnie byliśmy ich idolami, więc puszczano nas przodem.
- Dzień dobry dzieci, dzień dobry. Wy na pewno macie pozwolenia – odhaczył nas na liście uśmiechając się – Widzę, że macie szczęśliwy dzień, bo nie macie szlabanu. Tylko nie wywińcie jakiegoś numeru, bo będę zmuszony donieść o waszym postępowaniu wychowawcy lub nawet dyrektorowi!
- Oczywiście panie Filch, my jesteśmy zawsze grzeczni, takie miłe i kulturze aniołki, nie? – zapytała Amelka. Przytaknęliśmy – A nie mówiłam? Dobra, my już lecimy, bo powozy już za nami tęsknią i chcemy zmoknąć.
- Bo ciągle paaaaada! – zawyłam szczerząc się do wszystkich zgromadzonych.
- Cicho Melek, nie śpiewaj, bo nas w klatce zamkną. Dla małp takiej – próbował uciszyć mnie Matt.
- No co ty? Z moimi krewniakami? To muszę głośniej śpiewać!
Wyszliśmy przed zamek. Była ulewa jakich mało, a przecież niedługo pierwsze zadanie Turnieju Trójmagicznego... Jakie to smutne, że Potter miał przed nim zrąbany nastrój... Hahaha!
Powozy wlekły się dzisiaj wyjątkowo powoli. Oczywiście próbowaliśmy przyśpieszyć coś, dzięki czemu jedziemy, rzucając na to różne zaklęcia (prawdopodobnie do Hogsmeade nie można brać różdżek), a potem, ponieważ nie udawało nam się pierwsze zajęcie, staraliśmy się rozwalić powóz, ale też nie wyszło.
Wreszcie dojechaliśmy. W Hogsmeade były gigantyczne kałuże, a my, jako wyjątkowo dojrzałe osoby, postanowiliśmy się w nich potaplać, ochlapując przy tym połowę ulicy i ludzi po niej idących. Większość z nich zaczęła się na nas drzeć, ale spotkaliśmy też sprzymierzeńców, którzy darli się na tych pierwszych, np. taki Severus Snape („NIE OBRAŻAJCIE MOICH WYCHOWANKÓW!”), Draco Malfoy („Zadzierasz z kuzynką syna Lucjusza Malfoya?!”), Michaela Mullena („Odwalisz się od nich stara babo?!”), nas („Odwalić się, jak wam przeszkadzamy, to nie przychodźcie do Hogsmeade, w czasie, kiedy wypuszczają wariatów z Hogwartu!”), Issę („Przepraszam, ZWALAJ PAN Z POLA BITWY, BO POTNĘ PANA SIEKIERĄ, proszę) czy Britney Spears... No dobra, ta ostatnio to może raczej nie.
Wreszcie, około 13:55, wbiliśmy się do Trzech Mioteł. Usiedliśmy tak, żeby nie było nas widać, kiedy się wejdzie. Już miałam zamiar wymusić na Chadzie wypicie eliksiru, kiedy zjawiła się najmniej przez nas chciana osoba w tym momencie – sam słynny Harry Potter.
- Szlaken faken... I co my teraz zrobimy?
- Proponuję zrobić artystyczną kupkę na środku opancerzonej szyby wyprodukowanej w hurtowni czołgów z bronią atomową – stwierdziła Lav gapiąc się na Trava.
- Lav, a nie wolisz pomóc Travowi zrobić chomika? – zaproponowałam. Siostra zabiła mnie wzrokiem, a ja razem z Jakem, zaśmialiśmy się cicho.
- Melek, a nie wolisz zrobić z Jakem świnki morskiej? – zapytała jak najgłośniej, żeby wszyscy mogli usłyszeć. Świnka morska, to w naszym języku znaczy prawie to samo, co chomik, ale skarpetkę trzeba zmienić na płci żeńskiej.
- Bardzo chętnie, bardzo chętnie. Dajcie mi tylko okazję – wyszczerzyłam się. Cieszyłam się, że takie teksty to u mnie była norma, bo inaczej można by było sobie pomyśleć, że mówię poważnie... Tak właśnie można uniknąć różnych nieprzyjemnych sytuacji. Szkoda, że tylko niektórych...
- Cicho, Potter usiadł z tymi swoimi śmieciowatymi przyjaciółmi przy tamtym stoliku. Niedaleko nich siedzą trzecioklasiści, wywalamy ich i zajmujemy miejsca – zarządził Robin. Wstaliśmy i podeszliśmy do młodych.
- Do zobaczenia – zwaliliśmy wszystkich z krzeseł. Uciekli – Jakie miłe i kulturalne dzieci...
- Mhm... Teraz tylko czekać na Louise... – uśmiechnęłam się do siebie i zaczęłam gapić się w tą Pryszczowatą twarz Pottera. Widział to, ale chyba mu to nie przeszkadzało. Zaskakujące, czy on nie jest świadomy, że jestem założycielką najsilniejszej rodzinki w Hogwarcie? Tak, właściwie to chyba nawet jedynej...
- Patrz, jest! – Artek wskazała na Louise, wyglądającą dzisiaj na bardziej różową niż zwykle, oczywiście jeśli to możliwe. Podeszła do stolika Pryszcza i grzecznie przeprosiła jego przyjaciół.
- Miło mi cię widzieć, Harry – spojrzała na niego zalotnie. Jak można patrzeć zalotnie na Pottera?
- Tak, mi ciebie też, ale co ty tu robisz? – zapytał zdziwiony jej obecnością i rzucił ukradkowe spojrzenie na nasz stolik. Prawdopodobnie już wiedział, skąd ona się wzięła.
- No jak to co? Przecież umówiłeś się ze mną... – uśmiechnęła się do niego i złapała go za rękę. Ehh, Potter boi się ją zranić... A podejrzewam, że każdy z naszej paczki po prostu kazałby jej się wynosić, bo ktoś ją pewnie nabrał.
- Ach, no tak... – wyglądał na przerażonego perspektywą spędzenia z Lu dłuższego czasu.
- No to... O czym porozmawiamy? – wdzięczyła się do niego.
- Potter, dla twojego dobra podaję ci woreczek, domyśl się po co ci on, zapłacisz później – wcisnęłam mu w ręce worek i wróciłam do stolika.
- Taa, dzięki... – nie patrzył na Lu, tylko na Nili. Czy ten człowiek ma coś z głową? Być na randce i nie patrzeć na dziewczynę? Chociaż na nią to ja też nie chciałabym patrzeć na jego miejscu...
- Idź ktoś zamówić ryż i kremowe piwo dla wszystkich – zwaliłam Robina z krzesła – O, mamy ochotnika?
- Jasne, dzięki, jeszcze za to oberwiesz – z inteligentnym uśmiechem błąkającym się po twarzy odszedł w bliżej nieokreślonym kierunku przeciskając się przez tłum uczniów.
- Harry, wiesz, ja cię zawsze podziwiałam i... No wiesz, zawsze byłeś moim idolem... – wlepiała w niego swoje maślane oczka. Współczuję obojgu... Chociaż nie, w sumie to nawet do siebie pasują.
- Wiem, jak większości dziw... Znaczy dziewczyn i chłopaków w twoim niedojrzałym wieku – zrobił minę pt. „jaki to ja jestem dorosły” i spojrzał na nią z góry.
- Och Harry, ty zawsze byłeś taki dojrzały! – objęła go. Zauważyłeś, że nadużywa słowa „Harry”?
- Tak, jasne... Zejdź ze mnie, bo mi niedobrze... Chyba już wiem po co mi ten woreczek... – udawał, że rzyga. Co jak co, ale talentu aktorskiego to on nie ma. Podejrzewam, że jakiegokolwiek innego też nie...
- Już jestem, proszę państwa – Robin postawił przed każdą osobą z naszego stolika kufel kremowego piwa, a na środku naszego stolika woreczek z ryżem. Ja nie wiem jak on to do nas przyniósł.
- Dla ciebie specjalnie najładniejszy kufel, Melisławie – postawił przede mną kufel z wielkim napisem „Potter to dupek”, który prawdopodobnie wyczarował, co było surowo zabronione.
- Dziękuję, jesteś czarujący – uśmiechnęłam się do niego. Chyba się tego przestraszył, bo przesunął się do Artka.
- Harry, ja cię kocham... – Louise wlazła Pryszczowi na kolana i chyba zamierzała go pocałować. Chwyciłam garść ryżu.
- GORZKO! GORZKO! – darłam się rzucając w tą cudowną parę ryżem. Lu pocałowała Pottera w usta – GORZKO! GORZKO! FUJ, CO ZA OHYDA! GORZKO!
- Zostawcie go! – Wiewióra i Szlama postanowili wkroczyć do akcji i wywalić nas z Trzech Mioteł, razem z barbie.
- Cooo, ja nic przecież nie robię.. – udawałam, że wcale nie rzucam cały czas w Pottera i Lu ryżem.
- Ty też go zostaw! – Szlama zwaliła Lu z nóg Pottera i przez chwilę wyglądała, jakby sama chciała tam usiąść, ale skapnęła się, że ludzi patrzą, a zarażać się niewiadomo czym na oczach tłumu nie wypada.
- Weź przestań, bo ci krzywdę zrobię – zagroził Weasley zaciskając pięść.
- Mamusiu, ratuj, on mi zrobi krzywdę, pomocy – powiedziałam bez większych emocji nie przestając rzucać.
- Zostaw go – wyrwał mi worek.
- Aaa... Teraz mam czuć się przerażona? Boję się. Pomóżcie – wysypałam mu ryż na głowę i próbowałam udusić workiem – Ratujcie. Umieram.
- Nie żyjesz!
- A czy ja kiedykolwiek twierdziłam, że tak nie jest?
- Tak! Wczoraj mówiłaś, że jesteś zombie! – wypowiedział się inteligentnie Jake.
- Chłopcze, a czy zombie żyją? – zapytałam tonem McGonagall.
- Eee... Nie pani profesor.
- No właśnie, nie wcinaj mi się do dyskusji. Weasley, ty mała wiewióro, czy ty wiesz kim jestem?
- Jesteś biednym dzieckiem wojny, Calaen.
- Pomyliłaś się. Może i jestem dzieckiem wojny, ale to ty jesteś biedna, a nie ja, dziewczynko. Na razie!
Wyszliśmy z Trzech Mioteł zostawiając Louise leżącą na podłodze. I w tym momencie nastąpiła sytuacja niespodziewana: święta trójca wyskoczyła z budynku i rzuciła się na naszą grupę, myśląc, że mogą nam coś zrobić.
- Nie bije się kobiety w ciąży! – wydarłam się na Weasleya atakującego Lav – Zostaw ją zboczeńcu niewyżyty, ona w ciąży jest!
- Spadaj Calaen! – wiewióra zaczął walić jeszcze mocniej, na co Lav zareagowała zwyczajnie go podnosząc i rzucając przed siebie.
- A nie mówiłam, że nie zadziera się z kobietami w ciąży? – zapytałam, kiedy przyjaciele Weasleya wylądowali obok niego. Mnie ominął zaszczyt zabicia któregoś z nich, przynajmniej dzisiaj, ale podejrzewam, że jeszcze mi się to kiedyś uda. Na razie najważniejsze jest to, że Pryszcz będzie miał uraz po pocałowaniu Lu prawdopodobnie do końca życia.

Była to radosna twórczość Melka vel Mel vel Melissy Calaen z serii "Kocham Harryego Pottera"... Tfu! Nie ta seria, to przecież tytuł odcinka PoKeMoNóW... Miało być z serii "Zabić Pottera, czyli ZŁO w Hogwarcie" *gleba*
Za przeczytanie tego debilnego zakończenia musicie winić autorkę tego opowa, a nie jej jaźń czy jego bohaterkę. My nie mamy z tym nic wspólnego.

komentarze [13]



Nazwałam: [Part ener 9 XD]
Napisałam: [środa, 25 maja 2005 15:23:05]

Notka dedykowana Lavkowi, od tak, za pomoc XD Wiem, że jest słaba. Nie podoba mi się po prostu, więc nie powinna być dedykowana Lavkowi. Ale lepszej Melek niet ma XD
Niedługo zacznę pisać jeszcze jednego ficka XD Będzie chyba o jakieś Ashley, ale jeszcze nie jestem pewna XD




9. Szlaban

Szliśmy na transmutację, dzisiaj razem z Shoną, która miała nas dokształcać, bo podobno jest z tego świetna. Niestety, przedtem była jeszcze historia magii... Chociaż może to i dobrze, bo zdążę się wyspać.
W połowie drogi zachciało nam się biegać w kółko i wymachiwać rękami, co oczywiście zrobiliśmy i zniszczyliśmy wszystko wokół. Ciekawe doświadczenie. Starszą część nas zostawiliśmy na OPCMie.
Weszliśmy do klasy historii magii i usiedliśmy na ostatnich wolnych miejscach (z okazji Shony wszystkie piąte klasy miały lekcje razem). Na nasze szczęście były to miejsca z tyłu klasy, więc praktycznie mogliśmy robić co nam się tylko wymarzy, bo Binss nigdy nie przyszedł mu do głowy cudowny pomysł sprawdzenia co robią uczniowie albo nawet czy wszyscy są.
- A więc dzisiaj zajmiemy się walkami goblinów z... – jaki on ma fajny, usypiający głos... Normalnie od razu chce się spać, a ja spać nie chciałam, więc nie słuchałam go, co w ostatniej ławce było dość łatwe, bo jeszcze Jake zawzięcie pukał mnie palcem w głowę.
- Jake, kochanie, przestań, proszę ja ciebie – poprosiłam grzecznie.
- Nie, bo będę się nudzić – stwierdził inteligentnie patrząc na całą salę, która spała opierając głowy o książki.
- Powiem inaczej: zostaw mnie spokojnie, bo rozerwę ci spodnie!
- Chyba żartujesz – popatrzył na mnie z powątpiewaniem. Moja wina, że ja jestem wariatką? No, w sumie to moja, ale mi to nie przeszkadza... Jestem walnięta i jestem z tego dumna!
- Nie – uśmiechnęłam się i pokazałam mu moje nogawki spodni, które właśnie miałam zamiar dalej rozwalać, bo na razie były rozerwane tylko w dwóch miejscach do wysokości kolan.
- To ja może się przesiądę..?
- Nie, no co ty, kto będzie mnie denerwował? A kogo ja będę denerwować? No nie bądź taki okrutny... – udawałam, że zaczynam płakać.
- A co z moją nagrodą? – teraz mu się przypomniało. Jakby wcześniej nie mógł zapytać...
- Ty chcesz się CAŁOWAĆ NA LEKJI? Człowieku... – osiągnęłam zamierzony efekt: ponad połowa osób, którym udało się nie zasnąć, gapiła się w naszą stronę, a Binss nieprzerwanie ciągnął ten swój monolog.
- To chyba oczywiste, że tak! – o, takiej reakcji to się nie spodziewałam.
- To dawaj – wyszczerzyłam się – A potem będę miała wymówkę żeby iść do toalety, bo zachce mi się rzygać.
- Jaka ty miła jesteś, ja nie mogę...
- Dziękuję, ty też jesteś uroczy.
- Proszę bardzo. Chcę odebrać moją nagrodę, Mel.
- Dla ciebie pani Calaen, Atariel – dobrałam śliczny, chłodny ton. Wyglądał na zdziwionego.
- Pani Calaen, ja chce odebrać moją nagrodę TERAZ, plis – nie widziałam żadnej szansy ratunku. Ludzie, ratujcie, zróbcie coś głupiego, proszę...
- To ją odbierz, Atariel.
- To już nie Jake?
- Nie ma to jak refleks...
- Tak czy inaczej, odbieram – uśmiechnęłam się z niedowierzaniem. Odbierze nagrodę? Nie wierzę.
Rozejrzałam się po sali: wszyscy, którzy nie spali, gapili się na nas. Lav nawet obudziła wszystkich Ślizgonów, a Chad próbował zakryć usta Robinowi. Będą musieli przeżyć straszny zawód, bo wiadomo, że...
Jake zbliżał się do mnie w niebezpiecznie szybkim tempie. Popatrzyłam na niego z przerażeniem. Nie tu, nie teraz, nie... Nie nigdy!
Zamknęłam oczy. Skoro już musi to niech przynajmniej tego nie widzę...
I rzeczywiście pocałował mnie... Ale za to jak! Poczułam jak roztapiają mi się buty, miałam wrażenie, że cała się rozpływam, momentalnie się zarumieniłam... „Calaen, co się z tobą dzieje do cholery?! Szybko przywołaj się do porządku! Przestań!” – darłam się na siebie w myślach. Nie podziałało. Nic nie działało. A Binss nawet nie zauważył... Może to tylko sen? Może to się nie dzieje naprawdę? Obudzę się w swoim łóżku i zobaczę klatkę chomików obok swojego nosa, bo poza zapachem odchodów chomika, to nic nie działa na mnie pobudzająco?
Przestał. Dziwnie się poczułam. Z jednej strony chciało mi się krzyczeć ze szczęścia, a z drugiej płakać, bo chciało mi się krzyczeć ze szczęścia. Ale ja mam głupie reakcje...
- Mela, żyjesz? – nie otwierałam oczu. Podejrzewam, że złapałam buraka, który mógłby pobić światowy rekord świata. I znowu gadam głupoty... – Zabiłem ją! Zabiłem! – wrzeszczał po cichu, żeby nie zwrócić na siebie uwagi profesora. Jakiś ruch w klasie, pewnie go wszyscy zasłonili. Ktoś podszedł.
- Nie zabiłeś, ona chyba jest sparaliżowana. No, otwórz oczy – ktoś podniósł mi powiekę. Ten ktoś miał różowe paznokcie... Czy to..?
- AAAAAAA! – wydarłam się i odepchnęłam Louise od siebie – Ona jest różowa! RÓŻOWA! Dotknęło mnie coś różowego! Umieram! Umieram! Aaaa! Jestem za młoda, żeby umierać! Ginę! Odchodzę z tego świata! Idę do piachu! Zakopią mnie na wielkim, magicznym cmentarzu, wyrosną na mnie kwiatki, a potem zasadzą drzewko i nasika na nie piesek! – co ja na to poradzę, że nawet przy tragedii nie umiem się zachowywać normalnie? – A potem wszyscy o mnie zapomną! I będę wszystkich straszyła! Żegnajcie! Zawsze was kochałam! Znaczy Ślizgonów, ciebie nie, Louise! – zwaliłam się z krzesła, zamiast teatralnie się na nim uwiesić – Do zobaczenia! Spotkamy się w piekle! – wszyscy skapowali o co mi chodziło i zaczęli się śmiać.
- I co zrobiłaś?! Zamordowałaś ją! Czeka cię za to Azkaban! – wydarła się na tą idiotkę Lav.
- Jessssssssssssstem ducheeeem! – syknęłam – A tak w ogóle, wiesz, że Travis McGarth cię kocha? – uśmiechnęłam się. Lav zabiła mnie spojrzeniem, co jej zbytnio nie wyszło, bo ja już nie żyję.
- Nie wiem... Czekaj, Travis to ten krukon? Ten blondyn? – podnieciła się.
- Tak, chciałby się z tobą piep... Znaczy się całować – uśmiechnęłam się słodziutko.
- Całować? Całować! Najprzystojniejszy chłopak w szkole! Zaraz, a skąd to wiesz?
- Od jego brata, nie, Chad? – kopnęłam go w kostkę.
- Jasne! Bardzo chce. Najlepiej podejdź do niego teraz na przerwie i mu powiedz, że też go kochasz i zanim coś odpowie, to go pocałuj – mrugnął do mnie. Louise była tak podniecona, że nawet nie zwróciła na to uwagi.
- Travis! Matko boska, Travis! Ja nie wytrzymam!
- Proszę, usiądźcie, bo inaczej będę zmuszony odebrać wam punkty – powiedział wciąż tym samym, monotonnym głosem profesor Binss, kiedy wszyscy zaczęli biegać z niewiadomych powodów.
- Mela! Co ci odbiło?! – Lav była na mnie „lekko” wściekła – Travisa jej oddawać?!
- Nic mu się nie stanie, najwyżej jej. A tak w ogóle, to co się nim przejmujesz? Przecież chodzisz z Michaelem – wyszczerzyłam się do niej. Ten już prawie upadły związek zawsze może służyć za broń ostateczną...
- Melek! Nie świeć tymi zębami! Bo ci je zabiorę! – Artek z ławki za nami kopnęła mnie w krzesło.
- Ała! Moje krzesło! To boli! – zaczęliśmy się śmiać. Z jakiegoś powodu ogół zgromadzonej ludności zaczął znikać z Sali.
- Ej, był już dzwonek?
- No?
- To wychodzimy! – wybiegliśmy z klasy z typowym dla siebie okrzykiem, który brzmiał mniej więcej jak „BUUUUUUUUUUUUU!” i wystraszyliśmy wszystkie dzieciaki do wieku lat dwunastu w pobliżu.
- Transmutacja... – westchnęła Shona siedząca na głowie Chada – Po co nam ten przedmiot?
- Masz tremę? – jakoś dziwnie świetny nastrój miałam – Sho ma tremę! Sho ma tremę! Sho ma tremę! – zaczęłam śpiewać.
- Mela, zamknij się z łaski swojej, myśleć mi nie dajesz – dla kontrastu Lav, która właśnie do nas dołączyła, czuła się nieco gorzej niż ja.
- Śpiewaj Meluś, śpiewaj – Matt wyszczerzył się do mnie – Niech wszystkim uczy odpadną. Ja nic nie mówię, ja ci tylko sugeruję, że jesteś nowym Tomem.
- Ja? Ależ ja nie zasługuję... Chociaż skoro tak mówisz... Dobrze, mogę być nowym Tomem – chyba aż świeciłam ze szczęścia. Skąd ono się bierze? – Patrzcie! Tam są! – wskazałam na Louise podchodzącą do Travy i w podskokach pognałam do niech, zostawiając za sobą całą resztę. Już po chwili stałam za jakimś pomnikiem i obserwowałam rozwój akcji.
- Travis, kochanie, witaj! Jak ja cię dawno nie widziałam! – wydarła się dziewczyna machając do niego z drugiej strony korytarza. Udawał, że jej nie usłyszał – Misiaczku, przecież wiem, że mnie słyszysz! – biegła w jego stronę. Wyczarowałam za jego głową wielkie, jaskrawe napisy, które głosiły „GORZKO! GORZKO!” i sypały ryżem we wszytsko i wszystkich.
- Witaj... Ty – spróbował się do niej uśmiechnąć, ale mu nie wyszło.
- Jakie fajne napisy! – podekscytowana doskoczyła do niego – Takie napisowate! – rozejrzał się wokoło.
- Napisy? Nie, nie rób..! – nie zdążył dokończyć, bo dziewczyna przyssała się do jego ust i chyba nie miała najmniejszego zamiaru się odczepić.
- Fuj! – krzyknął odskakując od niej - Ty głupia czy nienormalna?! Odbiło ci?! Od kiedy ja z tobą chodzę?! Od kiedy ja się z tobą całuję?! Kim ty właściwie jesteś?!
- Jestem Louise Atariel, a pocałowałam cię, bo twój brat i Melissa Calaen...
- Calaen, mogłem się domyślić... W każdym razie jak możesz być taka łatwowierna?! Czy jeśli Chad i Mela kazaliby ci skoczyć z wieżowca, skoczyłabyś?! Jesteś głupią dziwką! Nie dziwię się, ze masz taką opinię! Szmata! Debilka! Idiotka! Kretynka.. – Travis wygłaszał swój jakże interesujący monolog, a Louise stała i uśmiechała się do niego zalotnie – A do tego jesteś puszczalska!
- Skończyłeś? – czemu ona się nie wścieka? Przecież zawsze natychmiastowo była wkurzona...
- Tak myślę.
- To kiedy się umówimy?
- NIGDY!!! – i odszedł zostawiając biedną dziewczynę sam na sam z grupą ludzi nabijających się z niej.
- I jak tam randka? – podeszłam do niej z bananem na twarzy.
- Świetnie! Wielkie dzięki! Teraz na pewno nie mam u niego szans! – wiedziałam, że jest wściekła.
- Ależ kochanie, ty nigdy nie miałaś u niego szans, nie miej złudzeń. Jak lalka barbie może mieć szansy u elfa? Chociaż w zasadzie za marzenia nie płacisz... Co tam, myślenie jest przyszłością, a ja dla ciebie, kochanie, przyszłości niestety widzę.
- Co? – wyraźnie nie zajarzyła.
- Nie przejmuj się, myślicielko, kiedyś jeszcze poderwiesz jakiegoś Pottera... No, ewentualnie jaszczura, chociaż różnicy nie ma.
- Idź do swoich kumpli wampirów!
- Jeszcze nie znam żadnego wampa, a ty? Jeśli kogoś poznasz, to daj mi znać! – popatrzyła na mnie jak na wariatkę, którą jestem - ja muszę iść na transmutację, bo potem mam szlaban, nie jestem głupią, grzeczną dziewczynką w przeciwieństwie do NIEKTÓRYCH. Pa! – razem z pozostałymi ruszyłam prosto przed siebie, tam gdzie niebo styka się z lądem... Nie, nie do horyzontu, tylko do klasy transmutacji.
Lekcja minęła we względnie miłym nastroju, bo Shona robiła te swoje sztuczki, a McGonagall cały czas ją chwaliła, ale za nami siedzieli ci głupi gryzonie i cały czas robili głupie komentarze w stylu „Uuuu...” albo „Oooo...” albo „Super...”. Nie, no ludzie, z nimi się żyć nie da. I kropka.
Po skończonych zajęciach ruszyliśmy na obiad, na który tym razem było coś normalnego.
- KURCZAK! – pobiegłam do stołu na którym znajdowało się chyba wszystko poza kurczakiem i Potterem w sosie własnym. I bardzo dobrze: kto chciałby Pottera jeść? Jeszcze byśmy się potruli...
- ŻELKI! – Nili i Artek rzuciły się razem ze mną.
- KWIATKI STOKROTKOPODOBNE! – Lav dołączyła i zaczęłyśmy szturmować biedny stół Ślizgonów.
- JEDZENIE! – rzucili się Matt, Chad, Travis i Robin, przy okazji spychając Draco i jego bandę (znaną jako DMF – Draco Malfoy Fans) ze swoich miejsc.
- Mmm... Jaki pyszny ten kurczak... – zachwyciłam się jedząc coś o smaku groszku z groszkiem w polewie... Nie, nie groszkowej tylko marchewkowej.
- Kwiatki... – Lav wyżerała kwiatki stokrotkopodobne z wazonu naprzeciwko nas.
- A czy to przypadkiem nie są muchomory? – zainteresowała się Artek.
- Nie! Muchomory są różowe! – zaprzeczyła Nili wkładając sobie na talerz coś co wyglądało mniej więcej jak paczka żelków bez zawartości.
- Ale różowe to są paznokcie Louise – stwierdziłam inteligentnie i próbowałam wyciągnąć od Lav jakieś kwiatki.
- Uwaga! Potter je naszego... Co to było? – spojrzeliśmy na Pottera, który wkładał sobie na talerz naszego trufla w czekoladzie w kształcie schaba, który był sobie kupą...
- CISZA! WSZYSCY CISZA! CICHO! CICHO! – oczywiście wszyscy Ślizgoni zamilkli na pierwszy okrzyk Artka, ale... – ZAMKNĄĆ SIĘ! NO CICHO DO CIEMNEJ CHOLERY! NO JUŻ! CICHO! W TEJ CHWILI!
- No wiesz, przecież dostałem to od Melissy Calaen... – pochwalił się kumplom Pryszcz.
- A potem cię przezywała, Harry, mówię ci, nie jedz tego. Kto wie, może to zatrute? – och szlamo, jesteś taka inteligentna, a nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz... Podziwiam cię...
- Hermiono, uspokój się. Ona wiesz, tylko tak przy reszcie, myślę, że ona się we mnie buja – cudownie absurdalne stwierdzenie Pryszcza. Chyba zacznę je zapisywać.
- Harry, lepiej nie – powiedział wiewióra przypatrując się dziwnie jego talerzowi. Tak proszę państwa, to była zazdrość! Pewnie zazdrości Pryszczolowi pieniędzy...
- E tam... – ukroił kawałek kupki i zjadł. Zaczęliśmy teatralnie wykrzywiać usta na znak obrzydzenia – Wiecie, smaczne nawet – powąchał widelec – Tylko dziwnie pachnie... Zupełnie jak... – zbladł. Niestety nie mógł już nic wypluć, bo wszystko zjadł... Biedny Potter... Buahahaha!
- Harry? Co ci jest? – szlama zamachała Potterowi ręką przed oczami. Chyba mu się system zawiesił. Super, czekałam na to całe życie!
- No i jak Harry, smakuje obiadzik? – podeszłam i uśmiechnęłam się do niego – Sama zabrałam jakiejś debilce, która cię nie lubi.
- No nie... – Potter wyglądał jakby miał właśnie zamiar się wyrzygać – Najpierw Turniej Trójmagiczny i Quidditcha nie ma, a teraz jeszcze to...
- Nie ma za co! Jeśli chcesz podziękować to wyślij smsa na pomoc dzieciom w Hogwarcie, może kasę zarobioną na tym oddadzą na twojego psychiatrę – i odeszłam w stronę dormitorium wyjąc pod nosem: „Do sprawdzianu trzeba dwojga – jedno pisze drugie ściąga...”.
*
- Musimy iść na szlaban. Ludzie, weźcie się wykażcie jakąś inicjatywą w tym kierunku i... I zróbcie coś kreatywnego – zmuszałam wszystkich leżących we wspólnym do ruszenia swoich szanownych czterech liter i pójścia na nasz wymarzony szlaban z cudownym Filchem. Ja już nawet wiem co ja będę tam robić: uświadomię Lav... O pszczółkach i kwiatkach... Tę pszczółkę którą tu widzicie zowią Mają wszyscy Maję znają i kochają Maja daje tu i tam...
- Sama idź, nam się nie chce... – brak weny twórczej na ruchanie się. Tfu! Na ruszanie się. Wiedziałam, ze tak będzie.
- Jak nie pójdziemy to grozi nam szlaban u McGonagall z Potterem, więc wstawać, bo mi się samej nie chce iść – samej? Samej?! Ja miałabym tam być sama?! Chociaż w tym wypadku „sama” oznacza „bez Jakea”... Ehh... Chyba jestem chora. Jak można ciągle myśleć o jakimś beznadziejnie blodynowatym blondynie? Dobra, już nie filozofuję. Chociaż może jednak można... Bo on tak słodko wygląda... Tak śmiesznie... Yyy...
- Ludzie! – Ell wstała i postanowiła mi pomóc – Ruch to zdrowie! – wszyscy popatrzyli na nią lekko zdziwieni, ale Jake i Chad wstali, a Trav zaczął zwalać Lav z fotela – Więc się ruchajmy!
- Tak! – Travis ze wzrokiem napaleńca skoczył w stronę Lav.
- AAAA! – wydarła się spadając z fotela – ON MNIE ZGWAŁCI! – tak jakby miała coś przeciwko...
- Travis, oby tak dalej, a dostaniesz ode mnie Nobla! – krzyknęłam do nich wyjątkowo zadowolona z tej sytuacji. Czemu? A kto to wie..?
- Melek... – Robin i Jake z niewiadomych powodów zaczęli mnie gonić.
- Biją! Gwałcą! Gonią! Ślinią się! Eee! I tym podobne! I tak dalej! – uciekałam przed nimi po całym wspólnym – Help mi!
- Zostawcie mojego żona! – do akcji wkroczyła Artek razem z ulepszoną wersją miotacza ognia (patrz: miotłą) – Bo inaczej was usmażę!
- Nigdy! – dalej mnie gonili. Jakie to są niedorozwinięte dzieci, no... To nie fer: ja powinnam zadawać się z normalnymi facetami a nie z nimi do... Do świętego KitKata!
- Ja wam dam! – Amelka dołączyła do nas i biegła zaraz za Robinem, który ma super szybkie tępo i był jakieś pięć metrów za Jakem. Przy okazji podeptaliśmy wszystko co się dało (z resztą to, czego się nie dało też), dzięki czemu pozostali musieli wstać.
- Skoro już zwlekliście się z miejsc, które wcześniej zajmowaliście, to idziemy na szlaban! Pomijając fakt, że się spóźniliśmy, ale nic, jakoś będzie – zabłysnęła Ell i ruszyliśmy do wielkiego Filcha odbyć zasłużoną karę. Tylko kieszenie Matta i Chada jakoś tak dziwnie wyglądały... Co oni tam mogli mieć? Kupkę? Trufla czekoladowego w kształcie żywo-nieżywego schaba? Hmm...
W dość dobrym tempie dotarliśmy do gabinetu Filcha, ponieważ Trav niósł Lav, bo jej się nie chciało iść.
Zapukałam dwanaście razy, bardzo głośno, żebym miała pewność, że nas kochany woźny słyszał. Rzeczywiście tak było, bo po chwili drzwi otworzyły się.
- Czemu się spóźniliście? – zapytał chłodno przyglądając się nam.
- Bo nie mogliśmy znaleźć szczoteczek do zębów – jakich szczoteczek? – ja mam wszystkie – Matt wyjął z kieszeni szczoteczki, wśród których naszych raczej się nie znajdzie. Dobrze, że przynajmniej on myśli o ratowaniu dupy całej rodzinie.
- Wasze szczoteczki? To jeszcze lepiej – niezbyt wiedział jak ma się teraz zachować... Może jednak nasze dziwne, wcześniejsze gesty mu się spodobały? Dziwny charłak z niego... Nabrał się? Niemożliwe...
- Specjalnie na ten szlaban je wymyliśmy – wyszczerzył się Jake i wcisnął mu je.
- Dobrze... Najpierw pójdziemy złapać dzieciaki, które rzucają na siódmym piętrze łajnobombami.
- A możemy my? Pan dojdzie, a my ich złapiemy – poprosiłam uśmiechając się od ucha do ucha.
- Zgoda...
- Super! – pobiegliśmy na górę. Prawdopodobnie kurzyło się za nami...
Całe piętro zawalone łajnobombami, a przy jednym z portretów stało trzech małych dzieciaków. Dobrze, że to nie Ślizgoni.
- Stać, nie ruszać się! Jesteśmy Milicją Hogwartu! – Lav wyjęła jakąś kartkę i chyba udawała, że to legitymacja. Dzieciaki się wystraszyły.
- Hej! Nie uciekajcie młodzi, to próżna fatyga! – skąd ja znam takie mądre słowa? Czyżby ktoś dał mi słownik jako lekturę uzupełniającą?
- Ej, no! Nie zrobimy wam krzywdy, kurde! Przecież też jesteśmy zwykłymi uczniami, no! – krzyknął do młodych Trav. O dziwo poskutkowało: wróciły się i podeszły do nas bez żadnego strachu – Musimy się zmywać, bo zaraz Filch na nas wyskoczy. Dajem w długą, nie, ludzie? – ruszył w stronę schodów, na których woźny powinien czekać, wplątując nieświadome dzieciaki w pułapkę. Są zbyt ufne... Akurat. Po prostu nie ufa się takim dałnom jak my, a one się do tego nie zastosowały.
- Ciii! – uciszyła nas Shona – McGonagall! – młodzi z jakiegoś powodu odetchnęli – Idziemy się przemknąć niezauważeni! – poszła przodem, a my przepuściliśmy młodych.
- F... Filch? Co pan tu robi? – udawali uprzejmie zdziwionych.
- Odprowadzam was do profesor Sprout, ona wymierzy wam karę. Nazwiska proszę – dzieciaki podały swoje imiona, nazwiska, klasę i dom. Kochany woźny zanotował i kazał im odleźć szybko do Sproutowej, a nam pójść z nim do Wielkiej Sali.
- Wszyscy są? – zapytał Chad, kiedy dotarliśmy na miejsce. Oczywiście, że byliśmy. Jak byśmy mogli ominąć szlaban z charłakiem?
- Tak jest! – odkrzyknęliśmy.
- Wasz szlaban nie zawiera darcia się na korytarzach.
- Tak jest!
- Ehh... – pchnął drzwi – Jak widzicie, straszny tu bałagan, a wszystko ma być wyszorowane na BŁYSK. Jeśli nie będzie, to pożegnajcie się z Hogsmeade – spojrzeliśmy po sobie: musimy tam być. Po prostu MUSIMY. Eliksir gotowy, Chad musi go tylko wypić i poderwać tą idiotkę Lu, żeby leciała na Pryszcza...
- Tak jest! – krzyknęliśmy już po raz ostatni. Zaciągnęłam Lav na drugi koniec Wielkiej Sali
- Czyszczenie Sali jest zajebiste – stwierdziła Lav szorując przez jakiś czas to samo miejsce, które cały czas było czyste. Uśmiechnęłam się do siebie – ja przecież robiłam to samo.
- A ja coś wiem.. – szepnęłam do niej sprawdzając czy na pewno nikt nie słyszy.
- CO WIESZ?! GADAJ NATYCHMIAST!!! – no tak, tego to akurat na pewno nikt nie usłyszał.
- Jak się będziesz drzeć to nic ci nie powiem – wyszczerzyłam się.
- Aaa... – ściszyła głos – Co wiesz?
- Wiem, że...
- Że?
- Że moja siostra Lavile Hope zwana też Lav lub Lavek...
- Noo?
- ...buja się w...
- Michaelu – stwierdziła myśląc, że to prawda.
- ...w Travisie McGrathcie – zakończyłam zadowolona z siebie.
- Wcale że nie!
- Nie sprzeczaj się. Komu zadedykowałaś piosenkę? No, komu? Miałaś całą salę, a ty akurat wybrałaś Travę. A czemu kupiłaś sobie chomiki? I dlaczego teraz się na niego gapisz? – spojrzała na mnie zaskoczona. Chyba przeżyła szok, ale jednak coś do niej dotarło...
- Yyy... Ja... Eee... No...
- Ty nic już nie mów, ja wszystko wiem. Pomogę ci z Michaelem zerwać albo... Jak nie będzie chciał zerwać, to go rzucę kałamarnicy na pożarcie – piękny widok, nie ma co – albo damy na trafienie zaklęciem Voldemortowi. Chociaż nie, tutaj widok niezbyt ciekawy będzie...
- Melek, nie fantazjuj tu – pokręciła głową próbując udać niedowierzanie - Chodź, Filch zaczyna coś podejrzewać – uśmiechnęła się inteligentnie i zaciągnęła mnie w stronę Travisa i Jakea, którzy zawzięcie szorowali siedzenia gryzoniów
- Sanepid! – pokazałam im świstek, który przypadkiem miałam w kieszeni – Przeprowadzamy kontrolę! Proszę pokazać nam te siedzenia – idealnie czyste, bo zanim przypełzłyśmy, to oni wykonali całą pracę – Wiedziałam! Są brudne! Teraz musisz to wszystko wylizać, panie Atariel!
- Co wylizać? – popatrzył na mnie wzrokiem napaleńca. Za dużo przebywa z Travą, normalnie.
- Wypraszam sobie, nie będziesz mi tu siostry gwałcił – Lav świeciła oczami w stronę Travy.
- Za to ciebie to ktoś może zgwałcić – spojrzałam na niego znacząco – Nie żebym coś sugerowała... – zdziwił się.
- Melek, to może my zostawmy ich samych..? Żebyśmy im nie przeszkadzali, bo jeśli chcą COŚ robić, powinni zostać sami...
- Tak.. Eee... To pa! My idziemy coś robić razem w innym końcu sali.
- A co to tak konkretnie będzie? – Trav popatrzył na Jakea podejrzliwie.
- Będziemy wkładać Melkowi... Eee... Siano do nosa. Narka! – zaczęliśmy odpełzać. Chwileczkę, jakie znowu siano?
- Nie, czemu? Nie idźcie – przyciągnęła nas do siebie – Przecież wiecie, że ja i Trav to tylko PRZYJACIELE, prawda?
- Prawda! – potwierdził McGarth.
- Uwierzę jak przestaniesz się ślinić na jej widok – wsparł mnie Jake.
- No nie. Obraziłam się – zakomunikowała. W takim razie odeszliśmy.
Dwie godziny szorowaliśmy szczoteczkami podłogę. Postęp był dość duży, bo w końcu wszyscy zgromadzili się przy jedynym, wciąż brudnym, miejscu – stole Hufflepuffu. Tam to był chlew całkowity. Kto te dzieci wychowywał? Chociaż możliwe, że chlew był tam, ponieważ wszędzie indziej było czyste... Nie, to raczej mało prawdopodobne. W tym czasie ja i Jake zdążyliśmy już odbudować przyjaźń z Lav i spróbować zadusić Travisa skarpetkami Chada, których nie udało nam się zdobyć, ale pomysł był dobry.
A właściwie czemu ja się tak czepiam tego Travisa? Tak, to prawda, jest trochę powalony, ale w sumie kto nie jest? Ja na pewno do tych wyjątków nie należę. W sumie to ten chłopak jest całkiem przystojny... Takie fajne blond kłaki ma na głowie... Chociaż Jake ma fajniejsze, takie słodziutkie... Mmm... Chociaż ja wolę brunetów. Zdecydowanie. W żadnym Jakeu się nie zabujam, o nie, on nie jest w moim typie. W żadnym wypadku.
- Jake, co ci się stało z włosami? – zapytała Lav wskazując na jego głowę.
- Poszły na emeryturę – odparł zbytnio się niczym nie przejmując, bo w końcu miał je przy sobie. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że były całkiem CZARNE. Tak jak jego brwi. Kurcze, czemu ja wcześniej nie zauważyłam, że jego brwi są czarne? On jest brunetem! No, to teraz nic nie stoi Melkowi na przeszkodzie, żeby się w Jakeu zabujać... Ha! Żartowałam (czy na pewno?)! Oczywiście, że stoi! On wciąż nie jest w moim typie! W końcu co za dekiel marnuje swoje piękne, kruczoczarne włosy i przefarbowuje je na blond? Pewnie dużo by się takich znalazło...
- Jej chodzi o to, dlaczego one są CZARNE – wyjaśniła Artek.
- Czarne? – jęknął – Akurat dzisiaj? Akurat teraz? Miały być z powrotem czarne za dwa tygodnie...
- Trzeba było nie kupować u ruskich na rynku farby do włosów - to mówiąc mój żon podał Jakeowi moją różdżkę – Masz, zmień sobie.
- Dzieciaki, ja muszę na chwilę wyjść. Nie zniszczcie nic – Filch wyniósł swoją szanowną osobę z Sali. Mimo tego, że dość często bywaliśmy u niego na szlabanach, całą rodziną lub samotnie, chyba nas lubił. Weasleyowie byli „notowani” mniej więcej tak często jak my, a jednak woźny nie zostawiłby nigdy ich samych. No i to właśnie nazywa się właściwą decyzją, a co do nas to już inna historia...
- Kto już sprzątnął? – zainteresowała się Shona siedząca na stole. Wszyscy odłożyli swoje szczoteczki – Eee... A ktoś ma pomysł na to jak wykorzystać nasz czas wolny?
- Możemy zrobić artystyczną kupkę.
- Albo artystycznie pogryzdać ściany w gabinecie McGonagall.
- Albo artystycznie porzucać się papierem toaletowym - Jake zaczął grzebać w kieszeni i wyjął z niej jakieś czterdzieści rolek papieru. Wszyscy, poza nim i Mattem, dostali szczękospadu.
- Ale ty masz taką małą kieszeń...
- Ta, ale Matt rzucił na nią zaklęcie, ten inteligent. Jemu zawdzięczamy też szczoteczki, które posłużyły nam za wymówkę – wyszczerzył się i kopnął do mnie swój towar.
- Ja ci dam mnie kopać papierem! – tak, jeszcze mnie nawet nie uderzył.. Ale pretekst zawsze jest.
- Ale ja nic nie zrobiłem...
- Przecież wiem! – rzuciłam się na niego i zaczęłam robić z niego mumię. Po chwili w obronie Jakea stanął Chad, który zaczął obwiązywać mnie, a na ratunek mi przyszły Lav z Artkiem.
Doskoczyłyśmy do Chada i obwiązałyśmy go ciasno papierem toaletowym, a ten zaliczył glebę. Zaraz dopadły też Jakea. Ucierpieli również Matt i Travis. Nie ma to jak taśmociąg i solidarność damska. Zapewne Filch też byłby mumią, gdyby nie fakt, że wybył sobie z sali w piz.. z Bogiem.
- Wycofać się! – krzyknął Matt, który jakimś cudem się uwolnił – Za stół Ravenclawu! – wszyscy chłopcy uciekli do stołu krukonów z częścią papieru.
- Wycelować! – wrzasnął próbując przekrzyczeć naszą piosenkę na cześć zwycięstwa pt. „Pszczółka Maja”. Wiem, że głupszej nie mogłyśmy znaleźć.
- Rzucać! – wszyscy zgromadzenia panowie rzucili rolki papieru, które wcześniej mieli w rękach.
- ODWRÓT! – wyleciałyśmy do stołu naszego domu. Chłopacy bezmyślnie rzucali papier do nas, dzięki czemu miałyśmy amunicję. Wkrótce walka rozpoczęła się na dobre: wszędzie latał papier, były wrzaski, mumie, świetna zabawa...
- STOP!!! – krzyknął ktoś stojący między nami, od dawna zawinięty w mumię, przerywając nam dobrą zabawę.
- Ale co się dzieje? – zdziwił się Jake przypatrując się postaci, która próbowała się rozplątać.
- NIC SIĘ NIE DZIEJE! I MA TAK ZOSTAĆ! TO BĘDZIE WAS KOSZTOWAŁO DRUGI SZLABAN! – no nie, to był Filch. Najgorsza osoba, na jaką mogliśmy wtedy trafić.
Matt jednym zaklęciem usunął cały papier z sali, odsłaniając przy tym woźnego.
- Co wy sobie wyobrażacie?!!! – mimo wszystko był już trochę mniej wkurzony – Że możecie tak wszystko niszczyć?! – patrzył na nasze skruszone minki i serce mu miękło – No dobrze, tym razem wam odpuszczę. Szlaban to czyszczenie toalety Jęczącej Marty za pomocą szczoteczek do zębów. Ale dopiero za dwa tygodnie – odetchnęliśmy z ulgą – Chyba, że z czymś wyskoczycie,.
- Nie proszę pana, nie wyskoczymy – wyszczerzył się Travis. Pozostali mieli miny, które wskazywały na zaawansowane udawanie, że się myśli, czyli prawdopodobnie już mieli jakiś plan, który datę naszego szlabanu nieco przybliży...


Była to radosna twórczość Melka vel Mel vel Melissy Calaen z serii "Kocham Harryego Pottera"... Tfu! Nie ta seria, to przecież tytuł odcinka PoKeMoNóW... Miało być z serii "Zabić Pottera, czyli ZŁO w Hogwarcie" *gleba*
Za przeczytanie tego debilnego zakończenia musicie winić autorkę tego opowa, a nie jej jaźń czy jego bohaterkę. My nie mamy z tym nic wspólnego.

komentarze [11]



Nazwałam: [Parciszon ener osiem XD]
Napisałam: [sobota, 7 maja 2005 18:57:13]

Skończyłam next parta baaaardzo szybko XD Myślę, że się nie obrazicie za tempo? XD Cieszcie się, że nie dodaję jak Badzia XD Part ogólnie mi się podoba XD O wypisanie perełek proszę XD

Dziękuję Olci za szlaban XD I za skakanie XD
Dziękuję Lav za... Michaela? XD I koncert XD







8. Koncert i pudełka żelu...

- Mela, no powiedz – Chad dźgał mnie palcem.
- Spadaj – odpowiedziałam inteligentnie.
- Oj powiedz.
- Bo cię kocham
- Ja ciebie też, ale nie każę ci być sobowtórem Granger.
- Dopóki nie będziesz sobowtórem Pottera to ci nie uwierzę – zapoznałam go z widokiem mojego języka i rozciągnęłam się na łóżku. Usiadł mi na nogach.
- Niech Jake zrobi to za mnie – uśmiechnął się chytrze – Bo inaczej z ciebie nie zejdę..!
- Co ja? Co ja? – zdziwił się wyżej wspomniany chłopak.
- Masz ją zgwałcić – stwierdziła Lav z uśmiechem przyglądając się chomikom, które dzień wcześniej kupiła.
- Bardzo chętnie – z miną mordercy podchodził do mnie.
- Weź ją zostaw - Chad zaczął skakać.
- Ratunku! Help! On mi dziewictwo traci po raz enty! – zaczęłam się śmiać na wspomnienie braci McGarth tamtego wieczoru.
- Buahahahaha! – Jake zaczął się śmiać jak ja... Normalnie psychopata jakiś. Z kim ja się zadaję..?
- Spadaj ode mnie! – Chad bronił się przed przejęciem mojego łóżka. Oboje zaczęli się z niego spychać.
- Tu Lavile Hope, relacjonuję na żywo walkę Chadwick Chad McGrath kontra Jake Atariel! Proszę państwa, ci dwaj jakże umięśnieni – wybuch śmiechu wszystkich zgromadzonych, łącznie z Lav, która wszystko komentowała i jej ofiarami – mężczyźni spychają się z łóżka o moją piękną bliźniaczkę przy dźwiękach jakże romantycznego wycia Parkinsona spod prysznica, które mam na płycie defałde! – siostra włączyła nagranie. Z wieży wydobyły się niewiarogodnie ohydne dźwięki, co wywołało jeszcze większy atak śmiechu, ale po chwili chłopcy wrócili do walki – Cudem udało mi się dostać do Meli, na której nogach i łóżku rozgrywa się ta mordercza walka na śmierć i nieżycie! Meluś, powiedz publiczności co o tym wszystkim myślisz?
- Wydaje mi się, że jeśli za chwilę któryś nie wygra do odpadną mi nogi. Poza tym jest zajebiście! JEJEJE! Więcej takich walk!
- Któremu panu kibicujesz?! – starała się przekrzyczeć wycie wyimaginowanej publiczności, za którą darł się Jake oraz sędziego, za którego darł się Chad.
- Cóż, wybór był trudny..! Z jednej strony Jake, który moim zdaniem ma świetny tyłek, ponieważ z dobrze poinformowanego źródła wiem, że widziałam go nago.. A z drugiej strony Chad, który jest świetnym podrywaczem i jest w ogóle świetny..! W ostateczności z ich dwóch wybrałam moją skarpetkę Mandarynę i drugą skarpetkę – Ozonów, które są przy okazji moimi rodzicami! Serdecznie ich pozdrawiam!
- Jak sami państwo widzicie to tego nie widzicie! Zaraz, zaraz... Proszę państwa, Jake stosuje niedozwolone chwyty! Włożył Chadowi palec do nosa!
- A fuj! Co ty w tym nosie składujesz?! Odpady radioaktywne?!
- AAA! Mój nos! Zaraz dostaniesz!
- Walka staje się coraz bardziej brutalna! Proszę państwa, Chad szykuje się do zdjęcia Jakeowi koszulki!
- Chad, czubku, przestań!
- Mela STANOWCZO mu tego zabrania! Proszę państwa, co za walka! Proszę państwa, pożyczcie mi sto galeonów! Proszę państwa, mam biedne dzieci...
- Lav, ty komentuj, a nie kłam!
- Proszę państwa, oni kłamią! Ja nie kłamię! Przysięgam!
- LAV!!! – wydarliśmy się w trójkę, a siostra spojrzała lekko zdezorientowana.
- A, tak, mata rację, ale ja i tak nie kłamię! Jake jest już blisko zwycięstwa... Pcha Chada, pcha... Chwileczkę! Mela pomaga Chadowi poprawiając swoją skarpetkę! Nie kręć tak głową, my i tak wiemy co się święci! Chad wychodzi na prowadzenie i prawie położył się na Jakea! Proszę państwa, wyobraźcie sobie jak to zawaliście wygląda! – wpadliśmy w brecht – Proszę państwa, wiecie, ze to się nagrywa? Puścimy to przez nieistniejące radio węzeł w Hogwarcie! Chwileczkę! Jake jednak zbliża się do zwycięstwa, ponieważ, kiedy Mela nie patrzyła, zdjął McGrathowi spodnie! Chad spada, spada, spada... Mela nic nie robi, dostała napadu głupawki i śmieje się jak opętana, chyba zaraz się posika ze śmiechu! Mela, nie sikaj tam, na czym będziesz spała?! Chad spadł i uderzył się o szafkę! On się śmieje! Proszę państwa, specjalnie dla was na żywo darła się Lavile Lav Hope, narzeczona Michaela Mullena, tak, ja z nim chodzę! Do widzenia, do zobaczenia, do usłyszenia, dobranoc, goodnight, do miłego usłyszenia! Mamy nadzieję, że obrzydziliśmy wam wieczór! – wyłączyła magiczny dezodorant i wyjęła z niego małe coś – Mamy nagranie! MY mamy nagranie! – podniecała się.
- Chwila, czy ty powiedziałaś zaręczona z tym debilem Mullerem?! – Chad był ‘lekko zdziwiony’. Nie dziwię mu się, od tego związku mogło zależeć życie jego brata i mojej siostry.
- Już! Już nieeeeedłuuuugo! Już nieeedłuuuugo! Już nieeedługo! – zawyłam na melodię Fak e doga.
- Czy ty coś planujesz?
- Zależy z jakiego powodu pytasz – zrobiłam minę pt. „Nie, oczywiście, że nie” inaczej zwaną uśmiechem aniołka nr 4.
- Bo mógłbym ci z Jakem pomóc, nie? – McGarth wyszczerzył się inteligentnie do mnie. Ciekawe co ja mogę zrobić? Hmm... Zamienić Chada zamiast w Pottera to w Michaela? Różnica debilizmu niewielka... Ale wtedy musiałby co najmniej bzyknąć Louise a to nie wchodzi w grę. Może po prostu uświadomić Lav?
- Mnie w to nie mieszaj – stwierdził Jake niszcząc początki moich planów
- Zamieszam cię jak zupę mieszała twoja babcia! – Chad uśmiechnął się złowieszczo i już miał zamiar mieszać, kiedy...
- Przepraszam, a co z nagrodą dla wygranego? – ...siostra postanowiła im obu uratować dupy.
- Dobra, Jake, wybierz sobie coś, postaramy się w miarę możliwości spełnić twoją prośbę – zero pomysłów. Co zrobić ze straszą siostrą bliźniaczką, żeby zostawiła swojego chłopaka-debila i zainteresowała się Travą? Pomijając fakt, że na Trava to już ona leci, ale chyba o tym nie wie.
- Chcę żebyś mnie pocałowała.
- Jasne, kupimy ci jutro w Hogsmeade, tylko... Przepraszam, co ty chcesz?! – pozostali zgromadzeni zaczęli się śmiać. Ja nie wiem co w tym śmiesznego...
- Żebyś mnie pocałowała – zrobił jakąś głupią minę i chyba czekał na oklaski. Chad mruknął do niego porozumiewawczo.
- No dalej Meluś, przecież wiemy, że tego chcesz – cooo?! Nawet moja BSE przeciwko mnie?!
- Tumtururum! – do dormitorium wbił się Matt – Mizia się możecie przy innej okazji, idziemy na koncert – podał mi i Lav gitary.
- Matt? Ty nas jeszcze pamiętasz? Ostatnio dużo szlajałeś się z tą.. Jak jej tam... Alice...
- Tak, przecież z nią chodzę, zapomniałaś? Dobra, nieważne. Idziemy na koncert. Widział ktoś Viev?
- A po co Viev?
- Załatwiłem wam występ a ty się jeszcze pytasz?
- Matt, jesteś cudowny! – obie rzuciłyśmy się na chłopaka – Dzięki, dzięki, dzięki, dzięki!
- Matt? Nasz perkusista? A nie idziesz ze swoją laską? – Chad uśmiechnął się do siebie.
- Ty? Perkusistą Backstage? – zaskoczyli mnie. Widziałam, że mają tajemnice, ale coś takiego to powinni mi powiedzieć...
- Ja, Shona uczyła mnie grać. Dobra ludzie, idziemy, reszta pewnie tam czeka – a przed chwilą szukał Viev...
Wyruszyliśmy z dormitorium po drodze zgarniając różne sisy i Alice, które były w tamtej chwili zajęte najróżniejszymi czynnościami wśród których znalazły się:
- poszukiwanie zagubionego misia Claire (skecze Vit)
- czekanie na TO jutro (MLGWU)
- udawanie wampirów (patrz: wysysanie krwi z gumowej kaczuszki kąpielowej)
- bieganie w kółko i wymachiwanie rękami
- próby użycia żelu Draco w celu zrobienia zapiekanki z tłuszczu Parkinsona.
W końcu dotarliśmy na koncert, pod samą scenę, ponieważ udało nam się wywalić wszystkich innych do tyłu, a starsze klasy same nam ustępowały (patrz: starci Ślizgoni sami wywalili starszych z innych domów).
GC weszli na scenę. Tradycyjnie wszyscy mniej wytrzymali nerwowo zaczęli piszczeć, ale my, na szczęście, dobrze się trzymaliśmy.
- AAAAAAAA! JA ICH WIDZĘ! WIDZĘ! WIDZĘ! ŚLEPA JESTEM! AAAAAA! – piszczeliśmy wszyscy. Byliśmy bardzo oryginalni, ponieważ reszta ograniczała się do pospolitego „IIIIIIIIII!!!!!” lub „GOOOD CHARLOTTE!”.
- Ja nie mogę! Oni naprawdę wyglądają! A ja całe życie myślałam, że nie wyglądają! – zaczynałam, jak zawsze, gadać głupoty – A do tego się zachowują! JEEEEE! Wcześniej się nie zachowywali!
- Ten koncert chcemy zadedykować rodzince ZoNk!^^, która została zarażona naszą twórczością – powiedział Billy i zaczęli grać pierwsze takty „Riot girl”.
- She's got tattoos and piercings she like Minor Threat, she likes Social Distortion my girl's a hot girl a hoodrat who needs and attitude adjustment Christina, wouldn't wanna meet her she hates you Britney, so you better run for cover my girl's a hot girl a riot girl and she's angry at the world – darłam się z chłopakami nie całkiem rozumiejąc czemu ponad połowa sali nie zna tekstu.
- A ten kawałek specjalnie dla tej, co się tam tak drze – Benji wskazał na mnie I na Viev. Ciekawe czemu mówił w liczbie pojedynczej... Aha, bo to pewnie było głównie o mnie! – Dziewczyny, sprawdzimy, czy to znacie – zagrali „I want a candy”. No jak ja mogę tego nie znać?
I nagle zobaczyłam Shonę skradającą się z tyłu, jakby polującą na ofiarę. Zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, już szykowała się do skoku na głowę Chrisa, perkusisty. I dobrze, nie lubię go.
Kobkotka siedziała facetowi na głowie, a on tego nieświadomy, walił dalej w perkusję. Zaczęła wkłuwać pazury, a Chris próbował ją zwalić. Biedny człowiek, będzie musiał przeżyć tortury... Jak bardzo mi go żal... Ta, tak samo jak byłoby Pottera wyrzucanego na śmietnik...
Zaczęłam na migi dawać Shonie znaki, żeby go nie zabiła, bo kto będzie grał na perkusji na koncercie? Niestety mnie zignorowała. A mogłaby to zrobić po koncercie.
- NIEEEEEE! – wydarłam się rodem z filmu ze zwolnionym tempem patrząc jak kobkotka spada z głowy Chrisa prosto na perkusję. Chłopaki przestali grać.
- Co się stało? – zdziwił się Benji. Widocznie to był pierwszy ich koncert, na którym przebywał ktoś o nazwisku Charlotte.
- Oddawać moje nazwisko! – wydarła się Shona niszcząc resztki czegoś, co przed chwilą było perkusją Chrisa – Kto wam dał prawa autorskie na używanie go?!
- Masz na nazwisko Good Charlotte?
- Nie, Charlotte. Człowieku, nie denerwuj mnie! – rozwaliła ją całkiem i szykowała się do ataku na Paula.
- Ale to od takiej książki...
- A, to przepraszam – uśmiechnęła się przepraszająco.
- Co my teraz zrobimy? Przecież koncert musi trwać...
- Jak to co? Dziewczyny! Dziewczyny!
- Kogo wołasz?
- No jak to kogo? BSEówy! – wbiłyśmy się na scenę z całym sprzętem – Jeśli nie zauważyliście, jesteśmy waszymi fankami i umiemy zagrać każdą waszą piosenką pod warunkiem, że usunie się ze sceny Paula i Chrisa – wyszczerzyłam się do sióstr. Sto miała małe problemy z wniesieniem się na scenę, więc dwaj wymienieni pobiegli jej pomóc.
- Jesteście pewne? Dobra, damy wam szansę. Jeśli się wam uda, to zagracie swoje piosenki – a my mamy jakieś swoje piosenki? – w połowie koncertu. Lifestyles of the rich and the famous! – chwyciliśmy za gitary i zaczęłyśmy w nie z pasją napierdalać, oczywiście wyjątkowo nierówno, jak to miałyśmy w zwyczaju, ale wyszło nieźle.
- Jestem z was dumny – Billy poklepał mnie po ramieniu. Szykowało się na porządny napad głupawki.
- Możemy zagrać naszą piosenkę?
- My mamy jakąś piosenkę?
- Sklerozo Meli, ustąp, proszę ja ciebie, oczywiście, że mamy! Poza lamą Shony nawet dwie! – wyjaśniły mi Lav i Viev. A skąd ja miałam to wiedzieć? Ja piosenek pisać nie umiem, chociaż napisałam dziesięć (tysięcy?), z czego tylko jedną pokazałam...
- Ja nie znam słów! Ja nie znam słów! – zaczęłam biegać po scenie i nie zauważając zainteresowania z jakim wszyscy na mnie spoglądali próbowałam wejść Hoti, oddalonej o jakieś piętnaście metrów, na głowę.
- Ja mam słowa – na scenę ze stoickim spokojem wszedł Matt podając mi kartkę pt. „Don’t tell me”.
- To jest nasza piosenka? – wgniotłam kartkę w podłogę.
- No, nasza. A teraz proszę państwa, pozwalamy ją zadedykować naszej siostrze Lav! – krzyknęła Viev wstając i wypychając siostrę do przodu. Przy okazji zwaliła Matta, ale to się wytnie.
- A więc... Tą piosenkę dedykuję... – gapiła się na publiczność, która gapiła się na nią i nie wiedziała kogo wybrać.
- Mi! Mi!
- Cicho Melek! Ja już wiem komu: tą piosenkę dedykuję Travisowi McGrathowi! – uśmiechnęła się yntelidżentnie – Na czterysta! Viev, odliczaj!
- Raz... Dwa... – mówiła powoli i wyraźnie, jakby sprawdzała, czy do wszystkich dociera – Trzy... Cztery... Pięć... – zaczęli ziewać - Sześć, siedem, czterysta! – znowu napierdalałyśmy z Lav w gitary, a Sto waliła w perkusję.
*
- Koncert super, dziewczyny. Trav i Chad się na mnie wściekli, że to nie my weszliśmy na scenę, ale co tam, fajnie było – uśmiechnął się Matt.
- A co z waszym menadżerem? Hmm? – zainteresowała się Shona.
- Nie mamy – Artek popatrzył w przestrzeń przed nami – Ja tylko reżyseruję ich wyimaginowane teledyski.
- To ja nim będę.
- Dobra.
- Melek, a ty nie miałaś jakiegoś planu w związku z Potterem? – zainteresowała się Hoti.
- Nic mu nie zrobicie, jasne? – Nili zaraz zaczęła bronić swojego ukochanego. Zza rogu wypadł Paul.
- Rodzinka ZoNk!^^? – zapytał zdyszany i ukląkł przed nami.
- Taa?
- Jeśli nie zagracie z nami nigdy więcej to dam wam płyty dvd z wszystkich koncertów jakie graliśmy!
- Wszystkim? – popatrzył na nas lekko zbity z tropu. No cóż, w końcu trochę nas jest..
- Wszystkim! Tylko błagam, niech już was nie widzę....
- Spoko. Wyjedziesz i już nas nie zobaczysz – zaczęłam się śmiać, sama nie wiem z czego.
- A co do tego planu mojego... Shona, załatwisz nam włos Pottera? Tylko wiesz, wybierz jakiś taki bez wszy i łupieżu.
- Ok, bez wszy się chyba da, ale łupież... Hmm...
*
- Ciociu, dostanę słodycze?
- Zróbmy coś kreatywnego... – powiedział Jake po raz chyba już setny... Może było więcej tych razy, w końcu do trzeciej w nocy można trochę się nagadać..
- Musimy czekać aż Shona wróci, żebyś mógł mi pomóc przygotować eliksir, żeby zamienić Chada w Pottera w najbliższy weekend, żeby zakochała się w nim twoja głupia siostra, żeby zniszczyła mu życie – wyjaśniłam inteligentnie.
- Wujku, daj mi lalkę Barbie!
- No to zróbmy coś mądrego – dla odmiany teraz Ell zaczęła.
- Mądre rzeczy są nudne – stwierdził Chad.
– Może lepiej coś głupiego?
- Loda! Loda! Ja chcę loda!
- Tak, coś takiego, co na pewno nie wypali... – zamyśliła się Hoti. Wszyscy zaczęliśmy wytężać swoje dziury w czaszce powstałe w czasie, gdy zniknęły nasze mózgi i nigdy ich nie odnaleziono...
- Mam! - zabłysnęła Viev.
- Co?
- Skarpetki!
- Skarpetkami świata nie zbawisz...
- Ciociu, podasz mi barbie?
- Ale jak obkleimy całą wielką salę różowymi skarpetkami i zażelujemy cały stół Gryffindoru, to chyba nic nam się nie stanie?
- Pod warunkiem, że dostaniemy szlaban od Filcha.
- Jasne!
Wyruszyliśmy ze wspólnego, po drodze spławiając gromadkę dzieciaków, którą Sev przydzielił nam do niańczenia i tłumacząc się mu, że musimy iść do toalety (Sev: jak to? Wszyscy razem? My: Taa, mamy poważne plany, musimy ze sobą popracować...). Rzeczywiście odwiedziliśmy toalety, w celu zabrania ze sobą papieru toaletowego, oraz łazienki, w celu zabrania dziwnego, sraczkowatego czegoś, co Draco nazywał żelem do włosów. Ta cudowna maź śmierdziała jak stado skunksów połączone z odchodami konia.
Staraliśmy się unikać Filcha i Pani Noriss, chociaż w ogóle ich nie widzieliśmy. Nie przyszli nawet kiedy rzucaliśmy się kapselkami od tymbarków, które miałam pod swoim łóżkiem. W końcu doszliśmy do Wielkiej Sali.
- Kto wie gdzie siada Potter? Gdzie siada Potter? – stanęliśmy przed gigantycznym problemem i nie wiedzieliśmy gdzie dać więcej żelu z dużą domieszką kleju do tapet, który Jake „przypadkiem” miał ze sobą w kieszeni.
- Potter..? Potter... Pryszcz... – skupiała się Hoti, a ja próbowałam przetransportować Nili do wieszania skarpetek.
- A może by tak stoły spalić, a potem powiedzieć, że to był Sev..? – Chad wykazał się głupim pomysłem, który został przez nas całkowicie zignorowany.
- Trzeba coś zrobić ze śniadaniem na jutro...
- Wciśniemy skrzatom, że lubimy jeść tylko spleśniały ser orazi schaby sprzed wieków i przyszliśmy od Dumla powiedzieć im, że mają zmienić menu?
- To ciekawe...
Obkleiliśmy wszystko skarpetkami tak mocno, żeby nie dało się odczepić... A jeśli miałoby się dać, to tylko w ciągu dwóch dni ciągłej pracy. Stwierdziliśmy zgodnie, że najlepiej cały stół wgryzoniów posmarować grubą warstwą klejo-żelu, bo i tak nikt nie patrzy gdzie siada i najwyżej wszyscy debile się przykleją... Był co prawda mały problem z Nili, który udało się rozwiązać tłumacząc jej, że to dla dobra ludzkości i, że specjalnie dla „Harrusia” zostawiliśmy miejsce czyste. Skrzaty łatwo dały się nabrać na naszą gadkę i przy okazji dały każdemu po tonie cukierków, a Filcha jak nie było tak nie ma..
- A może on jest chory?
- A może go zwolnili? – rozmawialiśmy idąc z powrotem do dormitorium.
- Możecie się uciszyć? Jest wpół do piątej, ja chcę się zdrzemnąć, śniadanie już o dziewiątej, chyba go nie ominiemy, co? – poprosiła grzecznie Hoti. Oczywiście wszyscy się zgodzili i niedługo spaliśmy wygodnie w swoich łóżkach, nie przebrani, ale kto zwraca uwagę na takie szczegóły?
*
- Pobudka! Budźcie się! Trzeba się zawczasu schować przed McGonagall! – wydarła się Shona skacząc nam po głowach – Wróciłam jak was nie było. Włos Pottera leży sobie spokojnie w pudełku po żelu Draco, które umyłam i włożyłam do szafki nocnej Matta. A teraz ruszać się! – wywlekliśmy się z łóżek. Z jakiegoś powodu Jake spał na łóżku Ell, a Ell z Chadem na łóżku obok. Co Ell i Chad robili razem w łóżku?
Wyszłam z wyrka i przetransportowałam rzeczy z kufra do szafy. Niewiele myśląc wzięłam poduszkę i przewróciłam się do walizki, po czym Shona ją zamknęła i wsunęła pod łóżko. Dobrze, że przy okazji przedziurawiła, bo inaczej udusiłabym się.
Ktoś wkroczył do dormitorium.
- Dzień dobry pani profesor – powiedziała wyjątkowo głośno Shona, chyba chciała dać nam znak, żebyśmy nie zaczęli się śmiać.
- Dziwnie tu czysto – powiedziała lekko zdziwiona – Ostatnio kiedy tu byłam, wszystko było rozwalone – ostatnio, kiedy tu była, toczyła się bitwa na poduszki i było to cztery lata temu, kiedy próbowaliśmy utopić kotkę Filcha w sedesie.
- No, nikogo tu nie było dziś w nocy, poza mną. Szukałam reszty – kłamie profesorce w żywe (zechłe?) oczy, a ona się nie skapnęła... Kobkotki to mają talent...
- Hmm... I nie znalazłaś ich? – podniosła trochę głos.
- Nie, nigdzie ich nie ma...
- Na pewno?
- Na pewno.
- Jak ich znajdziesz to powiedz im, że mają się zgłosić do Filcha.
- Oczywiście – trzask zamykanych drzwi. Odczekałam chwilą i próbowałam się otworzyć.
- Kufer! Kufer! – otworzyła kufer – Uff, dzięki. Szlaban u Filcha, szlaban, jeeee!
- Cicho. Jeszcze nie postawiła nam zarzutów, najpierw do niej – wywlekła nas wszystkich z miejsc, w których się schowaliśmy (typu: szafa, miejsce pod łóżkiem, poszewka kołdry) i ruszyliśmy razem do gabinetu McGonagall.
Nie wiem czemu profesorka postanowiła z tego robić aferę, ale widocznie miała jakiś powód... Kiedy doszliśmy do Wielkiej Sali, dowiedzieliśmy się jaki: wszystko, bez wyjątku, było zawalone skarpetkami, które jednak spadły ze ścian i z sufitu, chociaż im zabranialiśmy, nauczyciele mieli na śniadanie spleśniałe schabowe (Ślizgoni nawet nie odważyli się na nie przyjść), a cały Gryffindor i Hufflepuff był przyklejony do ław, przy czym ręka Pottera tkwiła na tyłku szlamy.
- Uuu, Potter, mogłeś nam powiedzieć, że z nią romansujesz – przywitałam go – to wcześniej załatwilibyśmy ci okazję do macania...
- Zamknij się Calaen! – syknął. Z jakiegoś powodu był naprawdę wściekły.
- No Potter, skąd te nerwy? Przecież ja nic nie robię...
- Oddychasz, to wystarczy.
- Nie, no co ty? Ja oddycham? Chyba żartujesz!
- Calaen, nie denerwuj mnie!
- Już cię zdenerwowałam, jeśli nie zauważyłeś. Nie dziękuj – uśmiechnęłam się słodko.
- Proszę państwa, Potter obmacuje Granger! – wydarł się Matt sprowadzając cały Slytherin. Wszyscy spojrzeli z obrzydzeniem w stronę Pryszcza, która ręką niestety nie mógł ruszyć – Ale to jeszcze nic! Popatrzcie tylko na jego drugą rękę! Ściska nią wiewiórę! – rzeczywiście i druga ręka była przyklejona... Nili, widząc to, zaczęła płakać.
- Nili? – spojrzał pytająco na szlamę. Ta pokiwała twierdząco głową - Nili! – spróbował wstać – Zaczekaj!
- Popatrz, popatrz... Rozwaliłeś sobie nieistniejący związek z moją siostrą, nieładnie Pryszczu, nieładnie...
- Odwal się Calaen! Normalnie cię zabiję! ZARAZ!
- Po co te nerwy? Może spokojnie porozmawiajmy, jak ludzie inteligentni... Ach, zapomniałam, przecież ty nie jesteś inteligentny i... Hmm... Nie jesteś człowiekiem.
- Odczep się od niego! – szlama zaczęła się wściekać.
- Z tobą nie rozmawiam szlamowaty króliczku wielkanocny z szopą na głowie – spojrzałam na nich krytycznie – I co Pryszczu, dziewczyna cię broni, co? Widać..
- Odwal się!
- ...romansowanie się opłaca. I jeszcze Wiewióra... No proszę, same znakomitości.. – zaśmiałam się.
- Dopadnę cię!
- Po szlabanie, jeśli możesz – zauważyłam gdzieś dalej Michaela.
- Cześć! Ty też przyklejony? I to do widelca? – zdziwiłam się. Co on robi przy stole gryzoniów? Zawsze jadł z nami... Może jak nie było Lav to postanowił poderwać jakiegoś kretyna z Durmstrangu?
- Melissa! Jak miło cię widzieć! – uśmiechnął się – To wy? Świetny pomysł!
- Tak, też tak myślę.
- Ale czemu mnie?
- Bo przeklejaliśmy WSZYSTKICH gryzoniów bez wyjątku, jeśli siedzisz z nimi, to tracisz - zapoznałam chłopaka z widokiem mojego języka i poszłam za resztą.
Shona trzy razy zapukała w wielkie drzwi do gabinetu McGonagall. Nie wiem jak ona sprawiła, że prawie od tego ogłuchłam... Ktoś wstał i powoli podszedł do wrót, a następnie je otworzył. Stał tam nie kto inny jak Filch.
- A? – zapytałam zdezorientowana.
- Profesor McGonagall domyślała się, że najpierw przyjdziecie do niej, więc ja jestem też tutaj – uśmiechnął się wszystkimi trzema zębami jakie posiadał – Wchodźcie, wchodźcie... – grzecznie weszliśmy i ustaliśmy na środku gabinetu.
- Co wy sobie wyobrażacie?! Że uczniów można bezkarnie przyklejać?! Że nauczycielom na śniadanie można wciskać spleśniałe rzeczy?! Jak tak można?! Zasługujecie na coś więcej niż szlaban! Macie szczęście, że profesor Snape wstawił się za wami! Ty też, panienko! Za kłamstwa w oczy nauczyciela! – nawijała, nawijała, nawijała... Podejrzewam, że było to całkiem ciekawe, ponieważ nawet kazała nam usiąść. Wciągające zapewne też to było, bo już po dziesięciu minutach nawet woźny zajął się czymś innym.
- No dobrze. Od jutra będziecie pomagać panu Filchowi w sprzątaniu Wielkiej Sali szczoteczkami do zębów – jak ona uwielbia się nad nami pastwić, ja nie wiem...
- To znaczy my mamy myć sami? – zainteresowałam się jakby zbudzona ze snu. Jego treść wyglądała mniej więcej tak:
- Tak, przez cztery dni – na szczęście nie dłużej, to zdążymy spotkać się z Louise w Trzech Miotłach - Argusie, mam nadzieję, że ich przypilnujesz?
- Ależ oczywiście Minerwo, będą pod moją ŚCISŁĄ opieką... – znowu wyszczerzył te swoje trzy zęby.
- Proszę pana, pan jest taki opiekuńczy! – wyskoczyłam i przytuliłam się do niego. Mam nadzieję, że nic mi się po tym akcie nie stanie.. – Dziękuję, że pan zajmie się nami tak troskliwie!
- Tak! – dołączyła się Lav krzycząc z entuzjazmem – Jest pan najlepszym... Najlepszym... Yyy... Najlepszym... Jest pan najlepszy na świecie!
- Najwspanialszy i najcudowniejszy! – dołączyli się pozostali. Woźny wyraźnie się wzruszył, chociaż możliwe, że tak wyglądał, bo nie mógł oddychać z powodu naszego zbyt silnego uścisku. Shona wskoczyła mu na kolana i zaczęła mruczeć.
- Możecie już odejść – profesorka patrzyła na nas jakbyśmy właśnie zostali wypuszczeni z domu wariatów.
- Już! Odprowadzimy pana! – wstaliśmy razem z nim – Matt, Chad, wy na początek! Będziecie torować drogę dla naszego pana... Eee... Pana Konserwatora? Ja, Mela, Hoti i Viev idziemy po jego obu bokach, Shona siedzi na głowie Jakea, który razem z Ell i Artkiem zamyka pochód i mówi do wszystkich za nami teksty w stylu „nic się nie dzieje, rozejść się”. Dobra, ruszamy! – uformowaliśmy coś dziwnego w rodzaju szyku bojowego i ruszyliśmy na podbój korytarza.
- Uwaga! Proszę o miejsce! Prowadzimy najważniejszą osobę w naszej szkole! – krzyczał Matt do wszystkich stojących przed nami – Rozejść się! – dokładnie każdy uczeń, który w tamtej chwili szedł korytarzem, którym szliśmy my, był zdziwiony i absolutnie go (lub ją) paraliżowało.
- No co się tak patrzysz? Czyżbyś nie lubił najcudowniejszego człowieka świata? – pytałam co piątego ucznia, którego oczy wypadły jako powikłania po wytrzeszczu.
- No ludzie, coś się dzieje, ale to już nie wasza sprawa, spadać do dormitoriów, nara! – darli się Jake i Artek, a Ell starała się odgonić naszą grupkę dzieciaków.
- Ciociu, ale czemu nas wczoraj zostawiliście?
- Bo musieliśmy! Do widzenia! – zeszliśmy do lochów, a dzieciaki miały obiad (spleśniałe śledzie w oleju, do skrzatów chyba jeszcze nikogo nie wysłali) i prawdopodobnie nie wiedziały co na niego jest, więc popędziły do Wielkiej Sali, żeby się posilić.
- Dziękuję dzieci, możecie już iść – on się do nas uśmiechnął! I to wcale nie był taki wredny uśmiech... Fajnie, bo jeszcze nie raz się na nas zawiedzie...
Zamknął drzwi. Staliśmy na środku lochu z głupimi minami. Z ciemności za rogiem wyłoniła się jakaś postać... Kto inny jak nie Sev?
- Moi ulubieni uczniowie! – ucieszył się na nasz widok. Jak on może się cieszyć? Przecież punkty nam pewnie zabrali i szlaban mamy...
- Cieszysz się? – Jakea zmyło – Przecież szlaban mamy!
- To nic, to nic. Jesteśmy Ślizgonami i zrobiliśmy coś przeciwko gryfonom! Oby tak dalej! – pochwalił nas – Pewnie znacie huncwotów? – uśmiechnął się złośliwie – Macie szanse ich prześcignąć, tylko nie przynieście mi wstydu! A teraz do dormitorium, jutro czeka was czyszczenie wielkiej Sali i pewnie nie jesteście wyspani – poszliśmy za psorem. I co? Trafił się nam najlepszy wychowawca na świecie. Już nie mogę się doczekać szlabanu...
Resztę dnia spędziliśmy na rzucaniu się wszystkim co nam wpadło w rękę, wliczając w to Parkinson, którą z dużym wysiłkiem udało nam się podnieść. Draco chciał nas zabić za kradzież żelu, ale przeciwko najbardziej wpływowym (wypływowym?) ludziom szkoły nie ma przecież szans. Dzień można uznać za oficjalnie udany. Teraz tylko trzeba się wyspać.

Była to radosna twórczość Melka vel Mel vel Melissy Calaen z serii "Kocham Harryego Pottera"... Tfu! Nie ta seria, to przecież tytuł odcinka PoKeMoNóW... Miało być z serii "Zabić Pottera, czyli ZŁO w Hogwarcie" *gleba*
Za przeczytanie tego debilnego zakończenia musicie winić autorkę tego opowa, a nie jej jaźń czy jego bohaterkę. My nie mamy z tym nic wspólnego.

komentarze [6]



Nazwałam: [Next Parciszon XD]
Napisałam: [wtorek, 3 maja 2005 09:54:40]

1. Muszę zmienić szablon XD Ktokolwiek widział coś Melusiowopodobne, proszę się zgłosić XD
2. Jestem dumna z tego parta, więc proszę się nie czepiać *dałn XD* Chociaż jak chcecie to można XD
3. Lav, Mel sie nie zakocha w bracie Twojego XD
4. DEDYKACJA:
Dla Kuby, Artka i Stephen'a, bez których nie powstałaby postać Jake'a
Dla Toma, bez którego nie powstałaby postać Chad'a
Dla Damiana, bez którego nie powstałaby postać Robin'a

5. PODZIĘKOWANIA:
Dziękuję Lavkowi za:
- nazwisko;
- wenę;
- tłumaczenia chomczatkowe.
Dziękuję Ellkowi za:
- taniec sióstr.
Dziękuję wszystkim siostrą ZoNk!^^ za:
- za to, że jesteście XD





7. Good Charlotte w szkole..

- Mela, weź mi z łaski swojej pomóż! – Lav próbowała zabić chomika za pomocą poduszki. Uśmiechnęłam się do niej głupkowato i z jakiegoś powodu akurat wtedy kiedy stała obok Jakea... Wróciłam do pisania listu.
„Kochana Louise!” – to wszystko co napisałam. Postanowiłam jej wysłać coś miłosne od Pottera, ale w tych sprawach jestem zielona jak szczypiorek (by Travis from RFR).
- Cieszę się, że chcesz pomóc mi napisać list miłosny od Pottera do Louise – powiedziałam do Jakea.
- Z wielką chęcią... – uśmiechnął się do siebie. Jak pewnie zauważyłeś, drogi czytelniku, tutaj wszyscy do wszystkich się uśmiechają.
- Jaki jest haczyk? – zainteresowała się Lav biegając po stole we wspólnym.
- No cóż, nie ma nic za darmo...
- Co chcesz ode mnie?
- Buzi.
- Wal się – wzięłam pióro i zaczęłam gapić się w pergamin. Taa, to mi na pewno w czymś pomoże – Chad! – darłam się w przypływie olśnienia.
- Tak mi na imię! – odkrzyknął, a Lav, w ramach siostrzanej solidarności, zszyła mnie po rozdarciu.
- Dziękuję, że chcesz pomóc mi napisać list miłosny od Pottera dla Louise!
- Oczywiście – wskoczył na kanapę i usiadł obok mnie – Pokaż stara co tam masz... – zajrzał do listu – Ty to masz talent pisarski, kurde, jestem z ciebie dumny. Daj to – wyrwał mi pióro i zaczął coś bazgrać po pergaminie – A potem ci to ładnie przepiszę. Ale nie wyślesz moją sową, bo moja sowa się brzydzi wszystkich, którzy nie są Ślizgonami.
- Moja sowa się brzydzi wszystkich i wszystkiego, a do tego nie istnieje – stwierdziłam zgodnie z prawdą.
- Biedna sowa... Zgwałciłaś ją i uciekła czy jak?
- Nie, przyszedł potwór wabiący się Chad, przeleciał ją i chciał się z nią omężyć, ale ona od niego odeszła i nie chce już tu wracać – Taa, dyskutowanie ze mną zwykle kończy się takimi yntelidżentnymi stwierdzeniami... A tutaj się tak zaczynało.
- Jest może Lav? – zapytał ktoś tyłu mojej głowy.
- AAAA! WŁAMYWACZ! – zaczęłam walić osobnika poduszką, a potem się odwróciłam. Chad spojrzał na moją ofiarę.
- A, to tylko mój brat.
- A jest dziewicą?
- No nie wiem... – przyjrzał się Travisowi – Jesteś dziewicą? – Trav miał na twarzy efekt buraka.
- Ja wiem... Ty idziesz do Lav dziewictwo stracić! – tak, wiem, że jestem psychiczna. No i jeszcze większy burak, jak to ładnie wygląda...
- No nie wiem, ona by mu się nie dała... – wciąż z zadowoloną miną bazgrał coś po tym pergaminie.
- Tylko wiesz, ona ma się w Potterze zakochać po otrzymaniu tego listu – uświadomiłam mu. Machnął ręką. Jego brat wciąż dyszał nad moją głową.
- Jesteś dziewicą? – zainteresowałam się. Popatrzył na mnie zdziwiony.
- Yyy...
- A ja jestem Mela, miło mi – podałam mu rękę i przywitałam się – Więc panie Yyy, szuka pan chyba mojej siostry Lav, prawda? Ona wyjechała teraz do swojego dormitorium i dusi chomiki wszystkie jakie zobaczy – zaczął się śmiać – To nie jest śmieszne, my mamy tu plagę chomika – śmiał się jeszcze bardziej – Ja ci dam się śmiać – ustałam na kanapie – PROSZĘ ŚLIZGONÓW! TAK, WY WSZYSCY ZGROMADZENI WE WSPÓLNYM! TEN OTO CHŁOPAK PRZYSZEDŁ TUTAJ DZIŚ SPECJALNIE PO TO, ŻEBY NAM OGŁOSIĆ, ŻE STRACIŁ DZIEWICTWO Z GRYFONKĄ! – wszyscy popatrzyli na niego z obrzydzeniem – TAK, Z GRYFONKĄ! I DO TEGO MA ZAMIAR TERAZ IŚĆ STRACIĆ JE PO RAZ DRUGI DO LAV! – wszelkie przedmioty zaczęły latać w stronę Travisa.
- Weź im powiedz, żeby przestali! – rozkazał.
- To powiesz mi z czego się śmiałeś.
- Nigdy!
- Jesteś pewien?
- Eee... – dostał w twarz różową skarpetką Draco – Powiem.
- UWAGA! CHCĘ OGŁOSIĆ, ŻE ŻARTOWAŁAM! – wszyscy Ślizgoni jak na komendę zaczęli się śmiać. To się nazywa domowa solidarność – No więc?
- Pamiętasz tego chomika, który wlazł Lav pod koszulkę? – zrobił się taki straszliwe czerwony jak chyba nigdy w życiu. Pokiwałam twierdząco głową... Od tamtej pory zawsze jakiś głupi chomik łaził koło nas – A więc... Eee.. To byłem... Ja... – oczy mi się zaświeciły, co było niezawodnym znakiem „lekkiego wkurzenia”.
- Ty? – zapytałam uprzejmie nie mogąc uwierzyć.
- Taa, ja. A ten chomik co był ze mną u ciebie w walizce to był Chad – Chad spojrzał na niego nienawistnie.
- Zrobisz coś dla mnie Jake? – pokiwał potwierdzająco głową. Czemu oni myśleli, że ja wybuchnę? Zaraz, zaraz, czemu oni myśleli? Jak oni mogli mi to zrobić?! – Idź do Lav i powiedz jej o chomiczkach proszę ja ciebie. Wiem, że wiesz o czym mówię – mruknął coś w stylu „się robi” i wybiegł do dormitorium dziewcząt przy okazji wywalając się o wszystko (?) po drodze – O czym to ja...
- Właśnie chciałaś nas zabić?
- Niekoniecznie... A mogę wiedzieć po co wam to całe chomikowanie? – zainteresowałam się uprzejmie. Całe zdenerwowanie ze mnie opadło. Jak to fajnie być Melkiem... Jak to czemu? A skąd ja mam wiedzieć czemu? Czy ty myślisz, że ja jestem człowiek oświecony?
- Yyy... No bo ten... Tego... On... No i my wtedy... A oni... A potem one... I wszyscy byli hepi? – wytłumaczył Chad.
- Wydaje mi się, słodziutki, że zataiłeś pewne fakty, więc WYJAŚNIJ TO DOKŁADNIEJ, proszę bardzo ładnie – uśmiechnęłam się słodziutko i czekałam na wyjaśnienia (których się pewnie nie doczekam, bo autorka tekstu ma zwieche weny i nie chce jej się udawać, że myśli).
- Zgubiłam priorytety! Zgubiłam priorytety! – do wspólnego wbiegła Hoti i wrzeszczała w panice.
- Dziewczyno, uspokój się! – Amel zeszła w idealnym momencie, aby ja uspokoić i zastanowiła się przez chwilę – Że niby co zgubiłaś?
- Priorytety! – wciąż przerażona siostra zaczęła biegać po pokoju.
- A co to do skarpetki jest? – zainteresował się Jake wchodząc z Lav.
- Nie wiem! Ale to zgubiłam! – zaczęła szukać tego czegoś.
W tak zwanym międzyczasie dwójka winnych postanowiła spróbować zwiać, ale, niestety, mój jakże kochany i dobry, i miły, i słodki, przynajmniej w tej chwili, kuzynek postawił goryli przed wyjściem, więc wyjść nie mogli.
- My.. Eee... Musimy iść, bo mamy chorą kuzynkę w Hufflepuffie.. Tak, właśnie – stwierdził inteligentnie Chad.
- A poza tym musimy uciec zanim Mela i Lav się... – Chad nadepnął Travisowi na stopę – zemszczą?
- Ależ my nie mamy zamiaru się mścić! – razem z bliźniaczką zaciągnęłyśmy ich na kanapę – Możecie mi wyjaśnić po co zamieniliście się w te chomczatki i wleźliście mi do kufra i siostrze pod bluzkę?
- Bo... Bo...
- Chowaliśmy się przed wiernymi fankami, które nie dają nam żyć i chcąc stracić nasze dziewictwa po razy ente – no, to dopiero jest przekonujące...
- Ehh... Niech wam będzie, wierzę – stwierdziła Lav, a oni odetchnęli z ulgą.
- Fajnie – powiedziałam nader inteligentnie. Jake z jakiegoś powodu patrzył od jakiegoś czasu na Chada. Dokładniej to od momentu, w którym Travis powiedział o zemście.
*
- Miałeś pomóc! – krzyczał Jake.
- Lecisz na nią! – krzyczał Robin.
- Panowie, spokojnie, mój brat nie wie o stanie moich uczuć! – tłumaczył się Chad, chociaż w głębi serca sam nie wiedział co czuje... A jeśli mają rację?
*
- JUŻ TU SĄ! JUŻ TU SĄ! – Viev wbiła się do dormitorium Ślizgonów i biegała w kółko wymachując rękami.
- Kto? Kto? – zaciekawiła się Ell.
- Nie wiesz?! – ustałam na łóżku i zawyłam razem z Viev – Girls don’t like boys girls like cars and money!
- Boys will laugh at girls when they’re not funny – podłapała i zaczęłyśmy w trójkę śpiewać skacząc po moim łóżku.
- Co w tym takiego interesującego? – Hoti spojrzała na nas. Wydawać się może, że ma to gdzieś... Ale oczywiście nie jest tak, bo jak będziemy pięć dni (miesięcy?) srać za Benjim i latać za całym zespołem to ona będzie pewnie z nami, jak i reszta naszej szurniętej (delikatnie powiedziane) rodzinki.
- Dobra wiadomość, odwołane lekcje mamy! Zaraz lecimy pod główne! – do dormitorium weszła Lav i rozdała nam po wafelku. Nie wiem po co nam wafelki...
- Juuuuż! – zawyłam i spadłam z łóżka próbując zjeść wafelka i wyciągając pamiętnik. Dziewczyny postanowiły zrobić to samo i wyszłyśmy z dormitorium wyjąc piosenkę. Oczywiście każda z nas wyła inną, ale to już inna historia.
- Są! Już są! – reporterka jedynego kanału magicznego w telewizji nadawała na żywo – Good Charlotte, jeden z wielu punkowych zespołów, ale naprawdę najlepszy! Good Charlotte zawitali do Hogwartu! – zaczynała przekrzykiwać tłum piszczących idiotek w różowych bluzeczkach z gotyckimi napisami „Punk”, „Anarchy” itepe.
- To oni! To oni! – zaczęłam się drzeć. Z jakiegoś powodu postawiono barierki na drodze do jednego z moich najukochańszych zespołów. Ale to nic, ktokolwiek kto przeszkodzi mi w dotarciu do chłopaków będzie MARTWY i naślę na niego rosyjskiego szpiega.
- Przedzieramy się? – zaproponował Chad nie mogąc się doczekać spotkania trzeciego stopnia z tymi debilkami przed nami. Jak mnie pozerstwo wkurza...
- Jasne! – zaczęliśmy taranować wszystkich przed sobą i po chwili byliśmy przy barierce. Zespół wchodził... Ludzie nadzwyczaj utalentowani, grający, według mnie, świetną muzykę... Wreszcie widziałam ich na żywo! Benji, Joel, Billy, Paul... Wyglądali jak na teledyskach... To chyba znaczy, że nie są komercyjni!
Zbliżali się do nas powoli, ale my nie mieliśmy zamiaru stać spokojnie.
- Na trzy! – krzyknęła Viev – Dwieście dziewięćdziesiąt cztery tysiące milionów pięćset czterdzieści TRZY! – przewróciliśmy się razem z barierką na miejsce, w którym właśnie szli.
- Kto wy? – Joel od razu zainteresował się interesującymi cechami naszych interesujących osób.
- Rodzinka ZoNk!^^ - przedstawiła nas Ell – Jesteśmy ze Slytherinu i jesteśmy nienormalni.
- Cicho, bo nam opinię popsujesz – wstałam z Lav i zaczęłam nas przedstawiać.
– To BSE
- Dla wszystkich dzieciaków, które wychodzą ostatnie z Wielkiej Sali
- To BSE
- Dla wszystkich dzieciaków, które nie opuściły nigdy dnia w szkole!
- Dla wszystkich, którzy są nazywani ZoNkAmI!^^ !!
- DAJEMY!!! – wszyscy z rodzinki wyczarowali na sobie stroje sióstr zakonnych i mikrofony, które z przyczyn niezależnych ode mnie wyglądały jak wafelek, który zjadłam.
- Educated with money he's well dressed not funny and not much to say in most conversations but he'll foot the bill in most situations – zawyłyśmy Boys and Girls, co oczywiście nie pasowało do wstępu z The Little Things. Przy songaniu piosenki tańczyłyśmy po całej sali.
- Rodzina naszych fanów? – zdziwił się Paul, gdy skończyliśmy.
- Tak, a co, jak się jest stukniętą czarownicą, to nie można was słuchać? – wytknęłam mu język.
- Ty, mała, bo jak cię dostanę... – z niewiadomych przyczyn Chad udawał, że mi grozi.
- Ach, ja też cię kocham! – mylisz się, nie jestem pis ent low, ale Chad jest wporzo. A może nawet trochę bardziej... Chociaż i tak nie przebije Jakea... Taa, Jake jest chyba najfajniejszy.
- Nie dostaniesz. Dziewczyny, świetne jesteście! Widzę, że macie pamiętniki? – Joel zabrał od Viev jej pamiętnik i wpisał jej jakiś wierszyk. Prawie zemdlała z wrażenia. Zaraz potem cały zespół brał nasze pamiętniki po kolei i wszystkim się wpisywał.
- Eee... To jest płyta Backstage... – Chad podał jakiś krążek Billyemu – Czyli zespołu, w którym ja i mój brat gramy... Przesłuchalibyście? – cholera, jaki zespół?!
- Jasne, nie ma sprawy. Na razie chcemy odprząc, kilkugodzinna podróż na miotle jest dość męcząca – stwierdził Paul i zaciągnął chłopaków gdzieś za Dumlem. Ciekawe, że nas nie powstrzymywali...
- Widziałam GC! Widziałam GC! – udawałam, że zapomniałam, że chłopaki wciąż są obok – Widziałam GC! – biegałam w kółko i wymachiwałam rękami – AAAAAAAA! NIE MAM RĄK! – darłam się wciąż wymachując rękoma.
- Mela, nie drzyj się tak! Bo będzie trzeba cię zszywać! – „ostrzegł” mnie Travis.
- Sam się nie drzyj, bo będzie cię trzeba zdrapywać z sufitu! – wskazałam najpierw na niego a potem na podłogę.
- Darcie się to zostawcie wełnie – stwierdziła inteligentnie Issa, a ja weszłam Lav na głowę i zaczęłam na niej tańczyć.
- A ja coś wiem! A ja coś wiem! A ja coś wiem! – chwaliłam się na melodię God must hate me.
- Melek! Co wiesz!? – zainteresowała się Hoti.
- Wiem, że nic nie wiem! – z powodu braku klap od sedesu tańczyłam sobie na głowie Jakea.
- Melisławie, spieprzaj łaskawie z mojej głowy zanim sam cię z niej spierdzielę.
- Nie ma mowyyyy!
- Sama się prosiłaś – zaczął trząść głową aż z niej spadłam. Nikt mnie jeszcze tak inteligentnie nie spadł ze swojej głowy... Tak, bo właściwie jeszcze nikt nie próbował tego zrobić.
- AAAAAAA! – rzuciłam się na Robina z kieszonkową poduszką podróżną. Czemu na Robina? Bo jak tylko spojrzałam na Jakea z taką fajną, słodką minką, to się roztapiałam.
- No co ty robisz idiotko? – waliłam go po głowie poduszką.
- Pozwól, że ci pomogę – wziął kieszonkową przenośną słonicę o wadze i rozmiarach naturalnych (i zmniejszonych za pomocą zaklęć...), a potem zaczął walić Robina - Panowie, widzicie, jak to się robi?
- Że co niby się robi? – zapytał Travis z głupią miną. Chyba coś wiedział... Czemu on wie coś czego ja nie wiem?!
- Ty, uważaj sobie, bo zaraz powiem sam-wiesz-komu że ty sam-wiesz-co do sam-wiesz-kogo – zagroził yntelidżentnie i usiadł na środku podłogi zadowolony z siebie.
- KURCZAK! – wydarłam się na widok jakiejś dziewczyny z czymś na tacy i podbiegłam do niej – To jest napad! Dawaj kurczaka albo giń!
- Ale to nie kurczak!
- Dupa Jaś i tak wszystko smakuje jak kurczak! – wydarłam się i wyrwałam tacę z tym czymś przy czym uważnie to obejrzałam a następnie obwąchałam. Taa, zawalało bardzo ładnie... – AAAAAAA! TO NIEŻYWY SCHAB!
- A widziałaś kiedyś żywego schaba? – Lav zajrzała mi przez ramię – AAAA! TO ŻYWY SCHAB!
- Ale to tylko kupa... – dziewczyna patrzyła na nas jak na wariatki.
- Wcale, że nie! To nieżywy schab z kupy! – zaprzeczyłam. Spojrzała na mnie jak na jeszcze większą wariatkę.
- Cześć Emilly – przywitał ją Pryszcz po chwili ciszy, po której nadszedł.
- Spadaj Potter – odeszła obrzydzona Porterowym wyglądem chłopaka.
- Cześć Harry! – krzyknęłam uszczęśliwiona, bo po dokładnym obwąchaniu schab rzeczywiście okazał się wykonany z kupki – Czy zechcesz spróbować trufla w czekoladzie w kształcie schaba?
- Jasne! – zgodził się lekko zdziwiony moim zachowaniem – A teraz lecę na eliksiry, wam też radzę tak zrobić.
- My mamy lekcje?
- No...
Wylecieliśmy z Wielkiej Sali udając, że GC wyszło z niej już dawno... W rzeczywistości stali między dzieciakami i rozdawali im autografy. Wbiegliśmy do lochów i wszyscy wpadliśmy na jakiegoś chłopaka.
- UWAŻAJ JAK CHODZISZ DEBILU ZASRANY! – wydarłam się i już miałam zamiar biec dalej kiedy owy gość zaczął się na mnie dziwnie gapić – No czego ode mnie?
- Nie, nic – przestraszony uciekł. Mógł tak od razu...
Do pracowni eliksirów weszliśmy robiąc wielki hałas przy czym nie zapomnieliśmy przywitać się z Sevem głośnym „DOBRY PSORZE!”, a następnie usiedliśmy na swoje miejsca. Z jakiegoś powodu SS postanowił zrobić lekcję z klasami szóstymi i czwartymi, więc mieszanka była dość duża. Rzecz w tym, że szósta była ze Slytherinu, a czwarta z Gryffindoru, więc nasza piąta miała z tymi mutantami i Pryszczem, który wciąż nie zjadł naszego schaba.
- Dzisiaj zajmiemy się eliksirem uspokajającym. Jest bardzo trudny w przyrządzaniu, więc mam nadzieję, że postaracie się i skupicie na jego wykonaniu – spojrzał na Longbottoma – i niczego nie rozwalicie. Składniki są wypisane na tablicy – machnął różdżką, po czym pojawiły się instrukcje sporządzenia eliksiru – No, do roboty.
- Ale mi się nie chce – Lav dźgała palcem jeszcze żywą dżdżownicę, która niewiadomo czemu miała być składnikiem – A ci Meluś?
- Mi się chce żeby ktoś to za mnie zrobił – uśmiechnęłam się do siebie. Hmm... Ciekawe czy Jake, Chad albo Robin mnie wyręczą... Hehe... Jake, tak, Jake...
- Bardzo chętnie Meluś – Jake zaczął kroić moje cosie leżące na stole. Lubiłam eliksiry, ale nie aż tak, żeby mi się chciało coś robić podczas gdy GC są gdzieś i rozdają autografy...
- Mela, ty to masz obsługę... – mruknęła zza mnie Ell.
- Taa, słuchają się od razu, takie małe pieski – potargałam Jakea za włosy i poczułam nagłą chęć, żeby się do niego przytulić.
- Szczek, szczek – „zaszczekał” Robin i zrobił zadowoloną minę nr 3.
- Musisz wiedzieć, że Mela nie lubi psów – powiedziała Nili. Robin wyraźnie przygasł – Siostra, choć, odwróć się do mnie.
- No? – zapytałam szeptem zastanawiając się czego ona może ode mnie chcieć, czego nie może wiedzieć Jake, który aktualnie ze mną siedział.
- Czy ty się w nim zakochałaś? – uśmiechnęła się tajemniczo.
- Że co niby?! – zapomniałam, że miałyśmy rozmawiać szeptem.
- No bo ty...
- No i co z tego?! – odwróciłam się i zaczęłam gapić się w tablicę.
- Nili, co ty jej powiedziałaś? – zainteresowała się Lav i zaraz usłyszałam niewyraźny szept, co oznaczało, że tłumaczą sobie o co chodzi i co one obie o tym myślą.
- Melek, chodź no tu do mnie – moja BSE wyciągnęła mnie z ławki i przyciągnęła do swojej, w której siedziała z Ell, za nimi Chad z Robinem i zawzięcie o czymś dyskutowali, a Travis, pomimo, że jest z Ravenclawu, siedział po lewej razem z Hoti, która gadała mu coś o chomikach, a on wyglądał na rozbawionego.
- Chciałabym być na miejscu Hoti... – westchnęła Lav.
- Bracie bliźniaku! Przecież ty masz Michaela! – syknęłam tak, żeby Trava nie dosłyszał.
- A ty masz Robina i Chada na usługi własne i uczepiłaś się Jakea.
- Przepraszam, co mnie, drogie panie?
- Cicho, my tu romansujemy – przytuliłam się do siostry, bo do chłopaka nie mogłam. Nie, nigdy. W końcu nie jestem zakochana... Kurde, jakie on ma fajne te swoje blond kłaki...
- Ja nie wiedziałam, że my jesteśmy less..
- Ja też nie, a w czym problem? – uśmiechnęłam się bardziej do Chada, niż do BSE, bo chłopak patrzył na nas z kompletnym brakiem zrozumienia.
- Nie, w niczym, ale ja miałam plany na przyszłość, chciałam być w ciąży a ty mi tu wszystko niweczysz... Jesteś taka okrutna – cała nasza grupa zaczęła się zlewać. Przypadkiem Potter podsłyszał ten kawałek i też się brechtał. Ach, jak ładnie wyglądają te jego żółte zęby kiedy się śmieje...
- Potter, zachowujesz się zbyt głośno! Minus pięć punktów dla Gryffindoru! – zaczęliśmy klaskać na cześć Seva, a Gryzonie patrzyli na nas jak na jakieś ludoufki (by Olciara).
- Nie klaszcz tak, bo nie zje naszego schaba – Lav dyskretnie popchnęła mnie do przodu. Akurat stałam, więc poleciałam prosto na Jakea.
- Aaa... Sorry? – zabłysnęłam inteligentnie. Ponieważ właśnie mnie obejmował, żebym się z nóg nie zwaliła, nie mogłam nic innego wydusić.
- Spoko – uśmiechnął się i tak mnie trzymał. Czekałam na coś. Może na to, że mnie pocałuje, pogłaszcze, przytuli, jebnie – nie wiem, ale czekałam. Niestety z powrotem trafiłam na swoje miejsce i odwróciłam się do tyłu. Lav i Nili mrugnęły do mnie. Zdrajczynie.
- Chad, masz może ten list? – mrugnęłam do niego porozumiewawczo. Oczywiście wszyscy już zdążyli zapomnieć, że wczoraj rano chciałam napisać list... Poza nim, bo to on go napisał..
- Oczywiście szanowny Melisławie – pogrzebał w kieszeni i wyjął słodką, różową, futerkową kopertę.
- Panie McGarth, proszę to schować, na randkę po lekcjach – Lav naśladowała głos McGonagall, więc znowu zaczęliśmy się śmiać.
- Ależ pani profesor, ja tylko to koleżance przekażę... – podszedł do mnie i wręczył mi list.
- Dosyć tego! Masz szlaban! Dziesięć randek ze szlamą! Od dzisiaj! – Lav oczy się zaświeciły, tak samo, jak psorce, kiedy się denerwuje. Niesamowite jak ona genialnie naśladuje... Pod największym wrażeniem był Trava, więc siostra posłała mu urzekający uśmiech, a on się prawie rozpłynął.
- Jaką szlamą? – zdziwił się Chad i spojrzał lekko przerażony po lochu.
- Z panną Granger! – krzyknęła wstając – Jeszcze pyskujesz! Po tym szlabanie zgłosisz się do pana Filcha - tu ściszyła głos - i pójdziesz z nim na dwadzieścia randek – usiadła zadowolona z siebie.
- Nie... – udawał, że płacze – tylko nie-eee to-o...
- Jake podaj mi te tam szczypce czy co to tam jest – wyciągnęłam rękę. Chłopak podał mi ta rzecz, dzięki czemu mogłam bezpiecznie chwycić kopertę – Dziękuję, jesteś czarujący.
Otworzyłam kopertę i wyjęłam różową kartkę, na której fioletowym atramentem było napisane:
„Najdroższa Louise
Piszę do Ciebie, bo chcę, żebyś wiedziała, że jesteś całym moim życiem.
Jesteś dla mnie słońcem, księżycem, wschodem, zachodem, południem i północą...
Ty jesteś dla mnie wszystkim.
Nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie.
Gdybyś odeszła, umarłbym.
Gdybyś umarła, zabiłbym siebie.
Gdybyś pokochała innego, zniszczyłbym go...
Kocham Cię każdą komórką swojego ciała.
Proszę, spotkajmy się w Trzech Miotłach przy okazji najbliższego wypadu do Hogsmeade. Będę na Ciebie czekał o godzinie 14:00.
Proszę, odpowiedz.
Na zawsze Twój Harry P”

Byłam zaskoczona treścią listu. Nie wiedziałam, że Chad umie napisać cos takiego i szczerze mówiąc, wciąż w to wątpię...
Po lekcjach zabraliśmy sowę jednego z goryli Draco i kazaliśmy jej zanieść list do cudownej Louise, a potem wróciliśmy do dormitorium.
- Co zrobimy ze spotkaniem? – zastanawiał się Chad. Taak, ale teraz już nie było odwrotu...
- Kto ma dostęp do śniadania tej kretynki? – zainteresowałam się.
- Ja! – krzyknął Jake – I chętne wam pomogę.
- Wlejesz jej do picia eliksir, który ci dam, jak go znajdę – wyleciałam do gabinetu Seva – Dzień dobry panie psorze, ja po eliksir.
- Jasne, bierz.
- Dziękuję! – wróciłam do wspólnego – Chad, daj swój włos... A... I będzie nam potrzebny włos Pottera... Ups..

Była to radosna twórczość Melka vel Mel vel Melissy Calaen z serii "Kocham Harryego Pottera"... Tfu! Nie ta seria, to przecież tytuł odcinka PoKeMoNóW... Miało być z serii "Zabić Pottera, czyli ZŁO w Hogwarcie" *gleba*
Za przeczytanie tego debilnego zakończenia musicie winić autorkę tego opowa, a nie jej jaźń czy jego bohaterkę. My nie mamy z tym nic wspólnego.

komentarze [5]



Nazwałam: [Next part XD]
Napisałam: [poniedziałek, 11 kwietnia 2005 15:56:19]

Na początku chcę powiedzieć, że jestem dumna z tego parta, więc niech się lepiej wam spodoba, bo jak się nie spodoba to będę płakać... *gleba* Dobra, wiem, ze moim wiernym fanom (?) się spodoba XD Czytajcie XD

6. Narodziny siska...

Zawzięcie kręciłam głową i darłam się („znowu punkt dla nas – BSE kochana!”), bo Lav z jakiegoś powodu zaczęła słuchać tej piosenki, a jeśli ja usłyszę coś fajnego, to nie mogę się powstrzymać od śpiewania, nawet, jeśli nie znam słów.
- Lav, weź to wyłącz – Jake starał się mnie przytrzymać na łóżku. Bardzo odpowiedzialnie potraktował mianowanie go moim opiekunek. Chyba mu odbiło... Bo po co mi opiekun?
- Czemu? – Lav wyła coś do swojego kompa, a ja, ponieważ nie znałam słów, wyłam razem z nią.
- Bo Mela mi tu skacze, a miała przecież leżeć spokojnie.
- Mela, nie skacz mu – tak, lepiej nie skakać mu... Tylko czy ktoś tu skacze?
- Ja nie skaczę – zaczęłam się odbijać od łóżka. Czułam się świetnie jak nigdy... Jeśli pominie się to, że przy każdy odbiciu tak mi łeb zaczynał napierdalać, że nie kontaktowałam przez chwilę, to może nawet lepiej.
- Jake, podaj mi tego tam chomika – Lav machnęła ręką w stronę swojej szafy niezbyt się przejmując naszymi sprawami. Zaraz, zaraz, skąd wziął się tu chomik?!
- Lavmirze, od kiedy ty masz w swoim posiadaniu chomika? – zapytałam wyjątkowo oficjalnym tonem – Przecież na urodziny dałam ci kiedyś sztucznego kota, którego potem uczyłyśmy pływać w sedesie.
- Stąd? Travis, Travis, Traviiiis – Lav zaczynała chyba mylić słowa, a chomik swobodnie zaczął jej włazić pod koszulkę – AAAA! Skąd ja mam chomika?! – nie ma to jak ZoNkOwY! refleks. Hmm... Ciekawe co Jake myśli o naszym rodzeństwie...
- Dobra mały, gadaj, skąd się tu wziąłeś – Viev przyłożyła chomikowi do ucha (?) lusterko i wydawało się jej, że coś to da.
- Ze ścieku – wtrąciła Nili – Melisławie, czy chciałabyś poznać Artka?
- Jakiego Artka? – zainteresowałam się.
- No... Eee... Amelię Collins... – Marmolada spojrzała na mnie lekko zdziwiona – Nie znasz słynnej Amel?
- Nie, jakoś nie obiła mi się o uszy.
- Nocowała w jakiejś komnacie obok biura Dumla, miała prywatne lekcje... Ale w ogóle to jest Ślizgonką z naszego roku. Wszyscy mówią, że ma jakieś szczególne znaczenie dla świata – stwierdziła inteligentnie Viev. Ciekawe co Jake myśli o tej sprawie...
- A, Amelka... Cicho, to ja ją znam. Kilka razy z nią gadałam na gadu, bo ona musiała pilnować jakiejś kotki, która niby była spokrewniona z Voldemortem, chociaż wcale nie była – wypowiedziałam się jeszcze inteligentniej niż Viev i czekałam na oklaski.
- Czekaj, czekaj... Czy ta kotka, to nie ukrywany przez dyra koto-człowiek? – czemu oni wiedzą o czymś o czym ja nie wiem? Jakim prawem? Ja przeciwko temu protestuję! Żądam adwokata! Żądam rozprawy sądowej! Żądam sedesu! No dobra, tego ostatniego to może nie... Ale adwokata żądam!
- No chyba ta – potwierdziła Lav – Podobno utrzymuje kontakty z wszystkimi Śmierciożercami, nawet z tymi, którzy zginęli.
- A ja słyszałem, że utrzymuje kontakty z ludźmi z innego wymiaru...
- Przepraszam, ale czy wy przypadkiem nie zauważyliście, że to, o czym pieprzycie, jest NIEDORZECZNE? – zapytałam spokojnie posyłając Jakeowi słodki uśmiech. Pewnie on mi wyjaśni o co tutaj chodzi.
- Meluś, ale że niby jak niedorzeczne? – zapytała zdziwiona Nili przypatrując mi się badawczo.
- No bo ona nie może znać śmieciarzy, którzy już nie żyją, bo nie wszyscy są duchami, a utrzymywanie kontaktów z ludźmi z innego wymiaru też jakoś odpada, bo inny wymiar nie istnieje – zabłysnęła Hoti wchodząc.
- Tak, tak, ona ma rację! – potwierdziłam jej zeznania i postawiłam sobie na kolanach mojego laptopa. Wbiłam się na stronę o GC i sprawdziłam newsy. Czarodzieje mają szczególny talent do HTMLa... Zaraz, zaraz.... Czy to... To niemożliwe...
- AAAAAAAA! – wydarłam się i przy okazji zjebałam się z wyrka – JEST! WRESZCIE! NARESZCIE! JEJEJE! CUD SIĘ STAŁ!
- Mela, uspokój się! Pokaż co ty tam masz – Viev wzięła ode mnie laptopa, który od razu wypadł jej z rąk, na szczęście na moje łóżko – ZOBACZĘ JOELA! I BENJIEGO! JA ICH ZOBACZĘ! AAAAAAA! – wstałam z podłogi i zaczęłam razem z Viev skakać w kółko po pokoju. Plusem takiego zachowania jest to, że potem nie ma się siły nawet na piszczenie... Minusem jest to, że szybko kręci się ludziom w głowie, a w połączeniu z moją ostatnią przygodą to może nie wyjść mi na dobre.
- Mela, uspokój się! – Jake próbował jakoś wpłynąć na mnie, żebym jednak tego życia nie straciła w tak młodym wieku, a Lav i Hot przyglądały się nam z rozbawieniem. Jaki Jake jest słodki jak się o mnie martwi...
- BENJI I JOEL! BENJI I JOEL! – darłyśmy się we dwie skacząc po moim łóżku. Chyba głowa zaczynała mnie boleć, ale to w niczym mi nie przeszkadzało... Zacznie mi przeszkadzać jak już się zesram z wrażenia.
W końcu wywaliłam się na wyrko, a Viev na Lav.
- Mela, to ja idę po Artka, nie? A ty sobie odpocznij – Nili wybyła z dormitorium, a Jake zajął się przywiązywaniem mnie do łóżka.
- Lav, proszę cię o pomoc – zakomunikował nie radząc sobie z tym, że ciągle się kręciłam.
- Już idę przyszły mężu Meli – odpowiedziała jakby to było dla wszystkich oczywiste.
- No ten tytuł to mu pasuje... – mruknęłam bez sarkazmu – Ej, coś ty powiedziała?!
- Nic, nic... Meluś, odpoczywaj sobie, ja i tak wiem, co się święci – powiedziała inteligentnie i przywiązała moje ręce do wyrka.
- Ona ci to mówiła? – zainteresował się Jake i wskazał na mnie.
- Nie, nikt mi nic nie mówił, ale widać jak się ślini na tw... – rzuciłam jej sztyletujące spojrzenie – To znaczy Robina widok – jak mnie rozwiążą to ją zabiję! Ale Jake ma teraz smutną minę, kurde...
- Co ci jest? – zapytał parząc na moją urażoną minę. Powiedzieć mu, że obraziłam się na Lav, bo jest mu smutno? Eee... Chyba nie mogę... Ej, no nie śmiej się tak!
- Nie, nic – uśmiechnął się do mnie, a ja chyba zrobiłam to samo. Ciekawe dlaczego on tak na mnie działa..?
- Jesteśmy! – Nili otworzyła drzwi na całą szerokość przy okazji trzaskając nimi tak, że aż się Hogwart zatrząsł. Za nią szła jakaś wysoka, czerwonooka dziewczyna... Myślicie, że to było dziwne? Za nimi biegła na dwóch łapach jakaś kotka w ubraniu, mierząca około piętnaście centymetrów i rozmawiała sobie zwyczajnie z Artkiem. To była jedna z tych legendarnych kobkotek, o których tyle słyszałam...
- Gadać które z was to Melek! – krzyknęła Artek na powitanie.
- JA! Ja, ja, ja! – wydarła się Lav i przy okazji skapnęła się, że chomik dalej błądzi jej pod koszulką, a nawet miała minę jakby wlazł jej do stanika.
- Ona – powiedział Jake zadowolony, że Artek jest dziewczyną. Rozbrajająco się uśmiechnął... Tak, że aż chyba zrobiłam maślane oczy.
- Melek! – krzyknęła Amel i wskoczyła na moje łóżko – Czego oni się tu przywiązali mój żonie?
- No bo ona była niegrzeczna – wyjaśnił inteligentnie Jake.
- Shona, dasz radę coś z tym zrobić? – zapytała kobkotki siedzącej w tej chwili na kolanach Jakea. Chętnie bym się z nią zamieniła... Chociaż nie, ja nie chcę być kotem.
- Chyba przetnę, muszę powiedzieć, że macie w tym Slytherinie niezłe sznury – uśmiechnęła się i wskoczyła na wyrko.
- Domyślam się, że ten młody człowiek to Jake? – Amel uśmiechnęła się do mnie porozumiewawczo.
- Tak, oczywiście – spojrzałam na chłopaka znacząco. Miałam nadzieję, że Artek rozumie, że nie chcę, żeby powiedziała, co ja jej pisałam o nim na gadu... Chcesz wiedzieć co pisałam? Otóż napisałam jej, że on jest wyjątkowo przystojny, inteligentny, miły i ma taki zajebisty uśmiech... O nie, ja to napisałam?! Szybko, muszę iść się leczyć! Swoją drogą ma cudowny uśmiech...
- Shona, nie wydrap jej oczu – grzecznie poprosiła Lav próbując udusić chomika. Kobkotka co prawda w tej chwili przecinała sznury na kolanach, ale to się wytnie.
- Kryć się, Michael idzie! – do pokoju w panice wbiegł Matt – Lav, wyjmij łaskawie tego chomika ze skarpetki!
- Co za Michael? – zdziwił się Jake.
- Chłopak Lav, starszy brat Robina, z którym rzekomo chodzę – wytłumaczyłam mu z głupawym uśmieszkiem.
- Robin też idzie! Mela, ciesz się, że jesteś ubrana. Teraz wszyscy siadamy w pozycjach normalnych. Artek, zejdź z niej, siadajcie po ludzku!
- Co on się tak przejmuje? – zdziwiła się Shona.
- Bo Michael ostatnio stwierdził, że jak coś będzie z nami nie tego to właśnie Matt za to odpowiada – powiedział Matt nie zdając sobie sprawy z tego, że z nami zawsze jest coś nie tego i, że mówi o sobie w trzeciej osobie. W końcu byłam całkowicie uwolniona ze sznurów a mój humor spowodowany koncertem GC na błoniach jeszcze się nie zespół, więc chwyciłam laptopa i na całą parę włączyłam „Fat Lip” Sum41.
- I don’t want to waste my time and become a casualty of society! (nie chcę zmarnować swojego czasu i stać się ofiarą społeczeństwa) – wydarłam się wyjątkowo inteligentnie i przekonująco. Na szczęście (lub może raczej nieszczęście) właśnie w tym momencie wszedł Michael – wyjątkowo wysoki blondyn, który chyba nie umiał się czesać. On jest jakiś nienormalny, ale Lav na jego widok aż oczy zaczęły błyszczeć.
- Michael, ja muszę ci coś powiedzieć... – zaczęła, ale chłopak podszedł do niej i pocałował ją na przywitanie. Siostra straciła chyba ochotę na mówienie czegokolwiek i miałam wrażenie, że zaraz się rozpuści.
- Zdaje się, że chciałaś mi coś powiedzieć? – uśmiechnął się do niej. Jak ja tego czubka nie lubię... Jak się uśmiecha to chyba wszystkie TE szyby w pobliżu pękają, a przecież one są potrzebne do życia i do przedłużania gatunku, ale ciiii! Ode mnie tego nie wiecie...
- Kto: ja? Nie, nie, pomyliło ci się chyba – też się zaczęła uśmiechać. Odwróciłam się od nich w stronę drzwi, w których stał Robin. Jest też wysoki (odziedziczył to po swojej siostrze?), ma zimne, niebieskie oczy, czarne, krótkie włosy i w ogóle jest strasznie przystojny, jak z resztą każdy porządny, wampopodobny człowiek... Ale jest też strasznie głupi.
- Meluś, jak ja ciebie dawno nie widziałem! – podbiegł do łóżka z poważnym zamiarem wyściskania mnie i może nawet pocałowania.
- Czy ty nie możesz się ode mnie raz na zawsze odwalić? – zaproponowałam słodkim tonem.
- Niestety nie, jesteś zbyt piękna, zbyt miła i zbyt MOJA – teraz wyraźnie chciał mnie pocałować.
- AAAAARTEK! – wydarłam się próbując wyślizgnąć się z jego objęć.
- Zostaw mojego żona ty gadzie! – Amel chwyciłam najbliższą poduszkę i zaczęła walić nią Robina w głowę – Ona jest już zajęta!
- Przez kogo? – zdziwił się i rozejrzał się po dormitorium – Przez tego tu? – wskazał z odrazą na Jakea.
- Nie debilu, przez nią – przykleiłam się do Artka.
- To wy jesteście homo? – zapytał zdziwiony. Jake zaczął się po cichu śmiać, a w tle leciała piosenka Blinka – Transvestite.
- No, ja z nimi – dołączyła się Shona zawzięcie włażąc mi na głowę.
- A, to rozumiem! – zabłysnął Robin z miną pt. „Od dziś jestem lesbijką”.
- Co za idiota... – stwierdziła Viev. W tej chwili nie wiadomo było czy mówi o Robinie czy o Michaelu, który właśnie próbował Lav położyć na łóżko w celach niewiadomych.
- Ej, siostra, może nie tak publicznie? – Lav odetchnęła z ulgą, a jej men odsunął się nieco od niej siadając na podłodze, gdzie wszyscy się przenieśliśmy.
- Dobra ludzie – powiedziała Nili – Mówię coś, a wybrana osoba kończy pierwszym swoim skojarzeniem. Melka. Najbardziej na świecie kocham...
- Siski, Toma, Billyego i Benjiego – wypowiedziałam się inteligentnie. Jakea chyba zmyło... A pozostali mieli miny pt. „-_-‘” lub „*_*” – Lavek... Co kochasz najbardziej na świecie?
- Elfy i czekoladę – stwierdziła zadowolona z siebie, a Michael poczuł się urażony – Shona, twoje de best friendka to..?
- Czekajcie... – kobkotka chyba o czymś zawzięcie myślała. Tym razem siedziała na kolanach Nili – nie mam. Mela... Jake proponuje ci wspólny wypad do toalety, twoja odpowiedź brzmi... – ona chce mnie zabić! Ugh, nie wiem jakbym odpowiedziała...
- Czekajcie chwilę – Nili w geście siostrzanej solidarności nałożyła mi na głowę jakąś apaszkę, żeby nie było widać jak się rumienię.
- Moja odpowiedź brzmiałaby nie – odpowiedziałam zastanawiając się czy aby na pewno nie skłamałam – Jake, całowałeś się razy..? – skąd mi takie pytania przychodzą do głowy? Jeszcze sobie chłopak pomyśli, że się w nim bujam... – Albo nie. Robinku, pod łóżkiem trzymasz... – Robin oblał się szkarłatnym rumieńcem. Ha! Bo ja wiem co on tam trzyma! No tak, bo w zasadzie to nie wiem...
- Pornole – odparł w końcu – Dostałem je kiedyś od Michaela. Chcecie usłyszeć tą historię? – zapytał ignorując to, że Michael miał właśnie zamiar go zabić.
- Oczywiście – Lav uśmiechnęła się złośliwie – Michaelu, uspokój się, niech twój brat się wypowie.
- Hmm... A więc za czasów słynnej Natalki – mrugnął do mnie porozumiewawczo. Taa, sama Natalka, dziewczyna, która udawała, że jest w ciąży z Michaelem, kiedy ją rzucił dla Lav, jest historią godną opowiedzenia... – mój brat nie był zaspokojony seksualnie, że tak powiem. Co prawda oni ze sobą tego... Przynajmniej on tak twierdził, co tylko pogarszało wtedy jego sytuację... Ale kiedy rzucił Natalkę i starał się o względy Lav [patrz: srał za moją siostrą] czytał je co noc, a wszyscy wiemy jakie są tam foty. Więc mój brat ciągle myślał, że to on i Lav i zgadnijcie co przy tym robił... Potem twierdził, że to się działo naprawdę, ale ja, z dobrze poinformowanego źródła [zgadnij kto dostał ten zaszczytny zaszczyt i był jego źródłem], wiem, że nic takiego między nim i Lav nie było – wszystkich na chwilę zatkało... No może poza Michaelem, który spuścił głowę ze skruchą. Lav była chyba szczególnie zdziwiona, ale ja w zasadzie to nie, bo ja byłam o wszystkim informowana, dopóki nie pojechaliśmy na wakacje.
- No tak, to sobie znalazłaś faceta – stwierdziła inteligentnie Amel – Lepszego nie ma w całej szkole.
- Tak, masz rację, on jest najlepszy – moja BSE uśmiechnęła się do tego debila.
- A właśnie że jest lepszy – wyrwało mi się. Wszyscy przyjrzeli mi się uważnie. Czemu ja muszę zawsze coś palnąć?!
- Melek, kto? – zainteresowała się Shona.
- Skąd mam wiedzieć? – no właśnie: nie wiedziałam. Robin oczywiście udawał obrażonego, że nie powiedziałam, że to on... A nie mogłam tak powiedzieć, bo to zdecydowanie nie on.
- Meluś, ja chcę z tobą pogadać na osobności – pociągnęła mnie za rękaw – Rusz się.
- A co ty taka zdenerwowana? – zdziwił się Matt – Ty, nasza księżniczka?
- Te, czubku, księżniczką, to była moja babcia i nie lubię jak się mnie tytułuje. Chodź Mela – wyciągnęła mnie z dormitorium i z jakiegoś powodu pobiegła do dormitorium pierwszaków.
Ugh...Dzieciaki, do tego chłopacy, mieli straszny bajzer w dormitorium...
- JUŻ! SPRZĄTAĆ TO! – maluchy zerwały się z miejsc na mój cudowny okrzyk i dość szybko się uwinęły z wszystkimi ciuchami walającymi się po podłodze.
- Mały – Lav przywołała najniższego z nich – Jak się nazywasz?
- K... Ke-Kevin proszę pani – odpowiedział srając ze strachu.
- Dobra, słuchaj: teraz razem z resztą pójdziecie do woźnego i powiecie, że macie u niego szlaban. Jeśli powie, że nie macie, to powiedzcie, że jest głupim osłem, a na pewno będziecie mieli. A teraz zwalać stąd zanim was zabiję – siostra kulturalnie wywaliła dzieciaki z dormitorium. Pewnie zostanie im uraz na całe życie... Trudno, nie moja sprawa.
- Meluś, słuchaj, ja muszę zerwać z Michaelem – popatrzyła na mnie wyjątkowo poważnym wzrokiem.
- To świetnie! – skapnęłam się, że nie powinnam się tak cieszyć – Eee... Znaczy wielka szkoda, że już tego du... choinka nie będzie w pobliżu mojej siostry...
- Ale posłuchaj, ja nie umiem z nim zerwać.
- No to masz problem – stwierdziłam inteligentnie i spadłam z łóżka.
- Bo on jest taki słodki i tak świetnie całuje i ma taki rozbrajający uśmiech... – Lav odleciała, a ja zaczęłam się śmiać. To, co ona właśnie powiedziała było zaprzeczeniem całego mojego od dawna wyrobionego zdania o tym dałnie.
- Sraty taty dupa w kraty – powiedziałam budząc ją (patrz: próbując wleźć jej na głowę).
- Cooo? – nie wiedziała o co chodzi. Też mi siostra, nawet nie wie kiedy robi coś niezgodnego z regulaminem naszej sekty... Yyy... Znaczy rodziny, tak, właśnie, rodziny.
- No to właśnie – wskazałam na świecę.
- Ty, a do czego to służy?
- A nie przypadkiem do papieru toaletowego?
- Nie, chyba nie...
- Przypuszczam iż nie pomylę się wysuwając błędną hipotezę na ten temat i twierdząc, że przedmiot ten jest pergaminem, ponieważ posiada cechy ze spłuczką związane, które zaś same za siebie twierdzą, że pergaminem w stu procentach nie są.
- Mela, a gdzie ty się tego nauczyłaś? – popatrzyła na mnie oskarżycielskim wzrokiem – Jestem twoją BSE i tak nie umiem! Masz mnie naumieć!
- Się robi – wyciągnęłam podręcznik do transmutacji od któregoś z małolatów – A więc żeby się tak naumieć to trzeba najpierw posiadać skunksa... Mamy jakiegoś skunksa? – rozejrzałyśmy się po pomieszczeniu, w którym skunksów oczywiście nie było – Nie? No trudno, myślę, że Michael wystarczy, a nawet będzie lepszejszy. Teraz musimy mieć – wyjęłam kolejny podręcznik małego – Trzy muchy siatkoskrzydłe i jedną głowę z włosa wili. Tfu! Jeden głos z nosa wili... Tfu! Co ja gadam dzisiaj? Jeden włos z nosa wili. No kurwa! Jeden włos z nogi wili. O, teraz dobrze. Mamy jakieś muchy siatkoskrzydłe i włosy? – znowu inteligentnie się rozejrzałyśmy, a ja przy okazji wyjęłam trzeci podręcznik – To weź te tam mole w szaty młodego... I weźmiemy włosy Seva. I będzie jeszcze nam potrzebny szampon, odżywka, spłuczka, klawiatura, odtwarzacz dvd, discman, klej do tapet, różowa farba w sraczkowate ciapki, pilniczek, hasła do portretów i pędzle – Lav spojrzała na mnie jak na kosmitkę (lub raczej UFOludka) – No co? Przecież u Gryzoniów taka bieda, to odmalujemy im dormitorium...
- Dobra, musimy wracać do reszty, bo Jake będzie za tobą płakał. A, no i Robin. Siostra, co ty robisz, że masz takie powodzenie?
- Drogi Lavmirze, podejrzewam iż Melek nic nie robi... Jedynie oddycha, choć nie sądzę aby to było źródłem jego przepięknego wyglądu, bo jest nim kupa. Tak Lavmirze, właśnie ta kupa, którą wczoraj spłukałaś – wywaliłam się na prostej i posłałam w stronę schodów, oddalonych ode mnie o jakieś dziesięć metrów, przepiękną wiązankę, która niestety jest zbyt długa, aby ją tutaj przytaczać.
Następne kilka godzin było bardzo spokojne (patrz: panował całkowity chaos), więc nie będę ciebie, drogi czytelniku, zanudzać takimi błahostkami. Przeniesiemy się za to do Zakazanego Lasu o północy, gdzie zgromadziła się cała nasza rodzina razem z Artkiem. Byłyśmy na polanie na brzegu, a gdzieś za nami pałętał się ten głupi olbrzym Hagrid. Wszystkie byłyśmy ubrane w czarno-czarne szaty z małym dodatkiem czerni, żeby nie było nas widać na tle księżyca.
- Eeeej, a co ona tu robi? – zapytała lekko zdziwiona Ell wskazując na Jakea.
- Jake? Co ty tu robisz? – zdziwiła się Amel, która jeszcze nie wiedziała, że to zebranie naszej sekty i, że ma zostać do nas zwerbowana już za chwilę.
- No przecież ja jestem Meli opiekunką... – próbował nie polecieć na księżyc po kopie Viev.
- Proszę o usunięcie się... Lav, a on może zostać naszą siostrą? – zapytałam. Chyba mi kompletnie odbiło.
- Eee... – zamyśliła się Lav. To ciekawy fakt, bo ona zbytnio nie umie myśleć... Tak jak my wszystkie – Jake, a chciałbyś?
- Jasne! – oj, chyba nie wie na co się właśnie zgodził – I będziecie mówić do mnie „siostro”?
- No tak właśnie dokładnie – wypowiedziałam się inteligentnie i cieszyłam się z sama nie wiem czego – Nowe siostry proszone są o ustanie w tym oto przepięknym ognisku – wskazałam na środek polany gdzie była kupa kamieni.
- Ale tu nie ma żadnego ogniska żonie – powiedziała Artek i usiadła na ziemi – A ja jestem nowym sisem?
- To sobie wyobraź, że tam jest – zajęłyśmy się pchaniem Jakea i Artka w wyimaginowane ognisko.
- Więc przed ceremonią Jake musi zacząć posiadać damskie imię, bo każdy sis ma dwa imiona – Lav podała Jakeowi jakiś wyimaginowany pergamin z wyimaginowanymi literami, które przedstawiały wyimaginowane imiona.
- Ja proponuję Jakeassa (czyt. Dżejkassa) – stwierdził zadowolony z siebie i przy okazji zawzięcie studiował podany mu tekst – W skrócie Jaka.
- Artek, zostaniesz sisem! – z typowym dla nas refleksem ryknęłyśmy na nią – Musisz, bo masz imię w rodzaju męskim!
- Aha. Może się streszczycie, bo to nieistniejące ognisko jest strasznie gorące i zaraz się spalę...
- Się robi! Teraz macie spuścić swoją krew, żebyśmy mogły ją wypić – Matt podszedł do nich z wyjątkowo poważną miną i podał im liście – W te oto woreczki macie wlać swoją krew.
- Co? – zdziwił się Jake – A worków się przypadkiem nie je? – ach, jaki on jest inteligentny... Ja bym tego nie wymyśliła...
- A macie może chociaż głośniki z kompa? – powiedziała lekko zawiedziona Hoti. Nie wiedziałeś, że jest sisem? No cóż, ja też nie, dopóki Lav się kiedyś nie wbiła do dormitorium i nie stwierdziła, że jest.
- Nie...
- To może chociaż pieluszki? Podpaski? Tampony? – kręcili przecząco głowami.
- No dobra, oświadczam, że zdaliście! – wyjęłyśmy skarpetki z białą substancją (tak zwane chomiki) i zaczęłyśmy nimi rzucać w dwójkę nowych. Poza nimi chyba nikt nie miał tak interesującego przydziału...

Następnego deya

- Dziewczyny, jesteście tam? – darł jakiś idiota spod drzwi. Za co mnie karzą takimi Ślizgonami? Za co?
- Śpimy – mruknęła Viev. W naszym języku to oznaczało „wypierdalaj bo zajebie”, ale gość chyba nie znał naszego języka.
- Dziewczyny, ale już jest trzecia – wypowiedział się inteligentnie. Tak, Viev zwykle wstaje wcześnie, ale tym razem spała razem z nami, bo rzucałyśmy się przez pozostałą część nocy poduszkami.
- Nic nie szkodzi, obiad nas sam odwiedzi – stwierdziłam nie wiedząc o czym mówię.
- O, Mela, śpisz jeszcze? – facet wpakował się do dormitorium i powędrował od razu na moje łóżko. Wniosek jest jeden: Jake.
- Nie – skłamałam.
- Wstawaj szkoda dnia! – otworzyłam oczy i spojrzałam na intruza. Jednak to nie był Jake... Tylko czego Matt chce ode mnie w środku nocy?
- Spadaj... – ziewnęła Ell – O, część Lav...
- Wy jeszcze śpicie?! – Lav wskoczyła na moje łóżko i zaczęła się na nim odbijać – wstawać dziewczyny, wstawać!
- Już – wyskoczyłam z łóżka – Wywal Matta – zaczęłam wyciągać ciuchy z kufra, a moja BSE wywaliła naszą siostrę. Zanim Ell i Viev zdążą wstać to ja się przebiorę...
Wskoczyłam za parawanik i zmieniłam ciuchy, oczywiście na czarne, a potem przyjrzałam się dokładnie mojej ślicznej twarzy. Coś było nie tak... Oczywiście! Przecież już dawno chciałam to zrobić!
Wystartowałam po drodze taranując chomika, który z jakiegoś powodu znowu siedział w naszym dormitorium, a potem we wspólnym wywaliłam się na kanapę.
- Cześć Jake! – tak się podjarałam moim genialnym pomysłem, że na przywitanie cmoknęłam go w policzek – Ups, to było niechcący – zrobiłam jakąś głupią minę – Wiesz kto może mi zrobić kolczyka? – zaczęłam skakać.
- Yyy... Chyba Travis, wiesz, ten elf z Ravenclawu... – Trav? Bezkolczykowy, kenowaty blondasem z Ravenu? On chyba kolczyka na oczy nie widział, a co dopiero przekłuć komuś wargę...
- Czy ja mówię o Ravenclawie? Ja chcę Ślizgona! – zaczęłam się śmiać jak jakaś psychiczna psycholka, którą jestem – Ślizgona z krwi i kości i z czegoś jeszcze... Tylko jeszcze nie wiem z czego.
- Yyy? – przypatrzył mi się uważnie. Chyba jeszcze nigdy mnie nie widział tak bardzo rąbniętej.. I w rzeczy samej zachowywałam się jakby mnie już całkiem pojebało – Taa... Myślę, że Chad chętnie ci zrobi.
- Jest! – wstałam i skakałam po kanapie.
- Ej, uważaj, bo... – i walnęłam w sufit – możesz się walnąć...
- Czy ktoś przed chwilą wypowiedział moje imię? – Chad spadł ze schodów – Meluś, jak się cieszę, że cię widzę! Nic ci nie jest?
- Nie, jasne, że nie – oczywiście, ze było: mam mieć kolczyka w wardze! Moje marzenie się spełnia! Ale mimo tej ciężkiej choroby, na jaką właśnie zapadłam, dzielnie wstałam i usiadłam na kanapie obok Jakea, oczywiście cały czas się kręcąc – Zrobisz mi kolczyka w wardze? Zrobisz, nie? Ja wiem, że zrobisz, bo ty jesteś taki super cool fajny ziom...
- Jasne, że zrobię ci dzie... Znaczy się kolczyka – mrugnął porozumiewawczo do Jakea – ale przestań się kręcić, bo ci przekłuję oko. Gdzie dokładnie ma być ten kolczyk? – wyjął różdżkę i podszedł do mnie.
- W wardze, po prawej stronie, tak jak ma Tom – próbowałam się nie kręcić.
- Tom DeLonge? – zdziwił się uprzejmie – No nie wiem, nie wiem... To mój idol, nie jestem pewny czy jego styl pasuje do takiej ślicznej dziewczyny... – zarumieniłam się lekko. Chad wyjął pudełko z najróżniejszymi kolczykami – No, wybierz jednego.
- Ten o tutaj – wskazałam na zwykłe, srebrne kółko. No, może nie takie zwykłe, bo na środku miało coś w rodzaju czerwonego oka, które się świeciło.
- Się robi – machnął różdżką, a kolczyk wbił się w moją wargę – Bolało? – pokręciłam przecząco głową – Ja wiem, że bolało... Jak tak bardzo bolało to może pocałować? – znowu się zarumieniłam, a Jake rzucił mu sztyletujące spojrzenie. Jak tak dalej pójdzie to będę cała czerwona – No co? Przecież to moja laska!
- To ja może już pójdę... – pójdę to za mało powiedziane. Ja po prostu leciałam do dormitorium! Tak! Mela ma kolczyka! Jest! Nareszcie!
- Widzisz, jak to się robi? – zapytał po cichu Chad – Romantyzm, słuchanie, ale też musisz wiedzieć czym się dziewczyna interesuje.
- Nauczysz mnie tego stylu?
- Jasne młody, będziesz wiedział wszystko, ale na razie...

Była to radosna twórczość Melka vel Mel vel Melissy Calaen z serii "Kocham Harryego Pottera"... Tfu! Nie ta seria, to przecież tytuł odcinka PoKeMoNóW... Miało być z serii "Zabić Pottera, czyli ZŁO w Hogwarcie" *gleba*
Za przeczytanie tego debilnego zakończenia musicie winić autorkę tego opowa, a nie jej jaźń czy jego bohaterkę. My nie mamy z tym nic wspólnego.

komentarze [7]



Nazwałam: [Next part XD]
Napisałam: [czwartek, 31 marca 2005 19:36:03]

Dedykowane w szczególności Marmoladzie za wytrwałość w męczeniu mnie XD Nie obrażę się jeśli dacie komenty XD


5. Romans?

Już tydzień jesteśmy w Hogwarcie i muszę powiedzieć, że wcale nie jest tak źle, kiedy w pobliżu jest Jake, chociaż myślałam, że tego nie przeżyję. Z Ivesem i Louise kontakt całkowicie zerwaliśmy, ponieważ oni srają za Potterem. Nili też chyba ma coś do niego, ale z tym chyba coś poradzimy. Issa ciągle się kłóci z Mattem, który twierdzi, że ona jest nienormalna. Trzeba będzie ich jakoś pogodzić.
Ktoś zapukał. Nie miałam najmniejszego zamiaru otwierać, bo do tej czynności musiałabym zejść z łóżka. Znowu pukanie. Schowałam głowę pod poduszkę.
- Mela, idź otwórz – Nili jęknęła błagalnie. Ten debil spod drzwi znowu zapukał.
- Kogo znowu cholera niesie?! – wydarłam się. Cisza. Jakie to piękne... Wpakowałam się głębiej pod kołderkę i miałam zamiar zasnąć.
- To ja! Otworzysz?! – krzyknął Jake. Miałam rację, ten osobnik to naprawdę debil: każdy, kto przychodzi nas budzić w weekend jest debilem.
- Otwarte – mruknęłam chowając się jeszcze głębiej – Możesz wejść.
- Nie może! – krzyknęła Viev – Ja mu nie pozwolę!
- Ale ja mam plakat Good Charlotte dla was...
- A, to co innego. Właź stary – Jake wszedł do naszego dormitorium z wielkim plakatem, który położył gdzieś pod ścianą i usiadł na moim łóżku. Czemu ludzie mają taką słabość do mojego prywatnego wyrka?
- Ona śpi?
- Nie, ponieważ mnie obudziłeś – stwierdziłam ściągając z głowy poduszkę – Po co tak wcześnie przyszedłeś?
- Mam jeden, jedyny cel w życiu, a jest nim wkurzanie ciebie – mrugnął do mnie rozbawiony. Tak, ja też mam jeden cel: zabić go za wkurzenie mnie.
- Jake... – zaczęłam słodkim tonem. Chłopak spojrzał na mnie lekko zdziwiony.
- Tak, Meluś?
- Ja... Yyy... No... Ty... – popatrzył z nadzieją – Ty chamie jeden! – chwyciłam najbliższą poduszkę – Jak mogłeś przyleźć tutaj w środku nocy i mnie obudzić?! – momentalnie zaczęłam napieprzać nią w jego głowę – Jeszcze zobaczysz, że z Melisławami się nie zadziera! I co teraz zrobisz?! Co?! – nie miałam najmniejszego zamiaru się uspokoić dopóki Jake sobie czegoś nie połamie albo przynajmniej nie dostanie wstrząsu mózgu. Czy od walnie poduszką można dostać wstrząsu mózgu? Dobra, nieważne.
- Mela, uspokój się – Nili chyba miała zamiar mnie od niego odciągnąć, ale robiła to jakoś bez entuzjazmu – Brata chcesz mi zabić?
- Jakbyś zgadła – powiedziałam nie przerywając ataku – Trzeba było go ostrzec przede mną.
- Łosz ty! – nagle odzyskał mowę i ściągnął z mojego łóżka kołdrę. Po co mu może być kołdra?
- I co masz zamiar tym zrobić? Ululać ją do snu? – zdziwiła się Viev. Wciąż nie przestawałam go walić.
- Nie – uśmiechnął się i nagle rzucił się na mnie z moją pierzynką, całkiem mnie nią przykrywając. Potem szczelnie mnie nią owinął tak, że nie mogłam się ruszyć. Możliwe, że się zacznę dusić, a wtedy Jake będzie musiał mi zrobić sztuczne oddychanie... Na Merlina, o czym ja myślę?
- Co się tu dzieje?! – Lav trzaskając drzwiami wkroczyła do pokoju – Gadać!
- Biją, mordują, gwałcą... – wysapałam z pierzynki.
- Jake, zostaw moją BSE! – wydarła się i chyba się na niego rzuciła bez ostrzeżenia, bo po chwili byłam wolna. Wyszłam spod kołderki i rozejrzałam się po dormitorium.
- Lav, ale postaraj się go nie zabić – Jake spojrzał na mnie z wdzięcznością – Bo ja zawsze chciałam to zrobić – na jego twarzy zaczęło widnieć przerażenie z możliwością paniki.
- Jasne – siostra chwilowo przestała dusić go poduszką.
- Nili, proszę o broń ostateczną – uśmiechnęłam się złośliwie – Leży gdzieś pod moim łóżkiem.
- Nie, ty chyba nie mówisz o tych...
- Tak, właśnie o nich. Leć. – ustałam nad Jakem – Jak się czujesz przed najgorszą chwilą w twoim życiu? Może jakieś ostatnie życzenie?
- Taa, chcę buzi – uśmiechnął się głupkowato.
- Dostaniesz buzi od rybki, której nie mam i nigdy nie miałam – odparła za mnie Nili – Proszę oto twoja broń ostateczna.
- Dziękuję – wzięłam od Nili dwie śmierdzące, różowe skarpetki. Jake wyglądał trochę jakby miał zamiar za chwilę zacząć się śmiać jak opętany i uciekać ze strachu. Zatknęłyśmy nosy.
- One nie były prane od jakiegoś roku... – uśmiechnęłam się: tak, skarpetki mojego kuzyna... Mogą być nie prane nawet dłużej.
- Mel.. Ja nic nie mam do tego, żeby go zasmrodzić... Ale jak ty możesz trzymać coś różowego? – zapytała Lav przyglądając się mi z niedowierzaniem.
- Cicho, ja trzymam je za białą koronkę – koronkę... Draco nosi skarpetki, jakie noszą siedmioletnie dziewczynki.
- Wszystko byłoby okej, ale tą koronkę zafarbowało – powiedziała Viev. Spojrzałam na skarpetki: rzeczywiście były całe różowe! Szybko rzuciłam je na twarz chłopaka i trzymałam swoją rękę jakby była zakażona... Bo była zakażona pedalskim różykiem.
- AAAAAA! POMOCY! LUDZIE, RATUJCIE MNIE! AAAA! – zaczęłam biegać w kółko i wymachiwać ręką – AAAAA! JESTEM ZAKAŻONA! RĘKA MI ODPADA! NIEEE! UMIERAM! NIEEEE! – padłam na ziemię – To koniec! – smark – Żegnajcie kochani, będę tęsknić! Mam nadzieję, ze tam gdzieś czeka mnie lepszy świat bez różyku! Żegnajcie! – zamknęłam oczy. To koniec. Do zobaczenia.
- Co jej jest?
- Cicho, nie widzisz, że umarła?
- No... Yyy...
- Ej, myślicie, że od ręki od razu się umiera? – wstałam w tempie natychmiastowym, ale nie ruszałam ręką – Ludzie, trochę więcej wiary! Czy wy chcecie, żebym ja naprawdę zginęła? – wydarłam się na nich.
- Jak najbardziej! – odparł Jake i natychmiast został walnięty łokciem przez Lav – Eee... To znaczy oczywiście, że nie.
- I tak ma być zostać! – powiedziała uradowana Viev – A teraz Jake, idź sprawdź czy ciebie może nie ma we wspólnym.
- Nie ma, już sprawdzałem.
- Sprawdź jeszcze raz... – siostra wyraźnie nie wiedziała jak się go pozbyć.
- To ja może powiem inaczej: wypierdalaj stąd, z łaski swojej, bo my się chcemy przebrać! – wydarłam się na niego tak, że chyba poczuł co jadłam miesiąc temu.
- Ależ dlaczego? Ja chętnie z wami zostanę, pomogę wam dopasować ubrania i... Ej, czego mnie kopiesz?! – zaczęłam go kopać w kostkę w celu wymuszenia na nim opuszczenia mojego dormitorium.
- Wyłaź ty stary zboczeńcu! – zaczęła się wkurzać Nili. Jak można na swoje rodzeństwo powiedzieć, ze jest zboczone? No tak, siostry Zonk mogą, ale takie normalne rodzeństwo jak oni?
- Dobra, już idę – mruknął wychodząc – Ale jeszcze tu wrócę! Zobaczycie!
- Taa, zobaczymy – Viev zatrzasnęła za nim drzwi. Kiedy tyko wyszedł rzuciłam się do swojego kufra i wyciągnęłam z niego swoje czarne ciuchy, a potem zaczęłam przekopywać go w poszukiwaniu skarpetek. Stwierdziłam, że wszystkie skarpetki jakie posiadam nie są dziurawe i są poukładane parami. Ludzie, co ja będę teraz nosić? Nie mogę się tak pokazać w szkole!
Wyrzuciłam połowę zawartości mojego kufra na łóżko i dalej szukałam chociaż jeden dziurawej skarpetki. Oczywiście takiej nie miałam, chociaż osobiście ją pakowałam. Oznacza to, że mama wbiła się do mojego pokoju i zmieniła część moich rzeczy.
W końcu założyłam moją kochaną, czarną bluzkę z fotą Toma z Blink 182 na środku, czarne dzwony i czerwoną oraz granatową skarpetkę. Niestety obie były w całości, więc nie byłam zbyt zadowolona. Trzeba będzie wysłać mamie sowę, żeby przysłała mi MOJE skarpetki, bo tych chyba jeszcze nigdy nie nosiłam i wcześniej nie widziałam ich na oczy.
Powlekłyśmy się do wspólnego po drodze zabierając Issę i nie po drodze zbierając Lav i Alice.
- Jake, gdzie jest mój kuzyn? – zapytałam zauważając, że tutaj pałętają się tylko goryle Draco.
- Taa, twój kuzyn to tutaj akurat potrzebny – mruknęła Nili.
- Bardzo, bo widziałam tutaj dziś Chang.
- Ooo... No to idziemy go odwiedzić – powiedziała Lav ciągnąc mnie w stronę dormitoriów chłopaków – Wszyscy marsz do mojego dormitorium i niech nikt nie tyka mojego łóżka. Tam jest tylko taka jedna Hotaru, ale chyba was wpuści – znalazłyśmy się na schodach. Szłam w górę i uważnie przyglądałam się drzwiom sypialni. Wreszcie, czwarta klasa. Po kiego oni są tak wysoko? Nie mogli ich dać gdzieś pod ziemią? Chociaż właściwie oni pewnie są pod ziemią...
Lav zapukała trzy razy tak głośno, że ledwo usłyszałam, a potem z hukiem otworzyła drzwi na oścież. Chang, znana wśród nas jako głupia krukonka lub panna Potter (dla niewtajemniczonych: jeśli nazwiesz Ślizgona Potterem, będzie on tak samo wkurzony jak gdybyś nazwał go Gryfonem), w tempie natychmiastowym odczepiła się od mojego kuzyna i odskoczyła na łóżko obok.
- W czymś przeszkadzamy? – uśmiechnęłam się słodziutko do Draco. Ktoś, kto mnie nie zna, pomyślałby, że właśnie próbuję go poderwać, ale ktoś, kto mnie zna, wie, że tak właśnie okazuję pogardę niektórym zwierzętom lub osobom im towarzyszącym.
- Nie, wchodźcie – zaprosił nas kuzyn z miną pt. „Jak wejdziecie to was zaduszę”. Oczywiście weszłyśmy, bo jesteśmy zbyt dobrze wychowane, żeby odmówić komuś tak miłemu, kulturalnemu, normalnemu, głupiemu i kretynowatemu jak Draco, zwłaszcza jeśli ten ktoś wcale nas nie chce.
- Co z twoimi gorylami? – zapytałam patrząc na jego kołnierzyk białej bluzki upaćkany różową szminką, który był bardzo ładnie obśliniony. Spojrzałam na usta Chang: oczywiście miała na nich różową szminkę i potwornie się śliniła. Ohyda. Jak można ślinić się na widok takiego ulizanego blondasa jak mój kuzyn? Ona jest jakaś psychiczna?
- Dałem im dziś wolne – uśmiechnął się głupkowato i spojrzał znacząco na pannę Potter, która lekko się zarumieniła, choć niestety było to ledwo widoczne spod dwóch kilogramów pudru, który nałożyła sobie na twarz w celu zlikwidowania widoku pryszczy, które i tak były widoczne. Musi sobie kupić lepszy puder.
- Eee... Chyba ci coś... Stanęło... – zauważyła Lav. Spojrzałam w stronę nieskazitelnie białych spodni kuzyna, a konkretnie w jego krok: rzeczywiście, coś dziwnie mu tam odstawało. Ledwo powstrzymałam się od śmiechu, ale wtedy przypomniałam sobie, że to właśnie Chang jest źródłem tego „stanu”. Wolę nie myśleć, co oni wcześniej robili...
- Przestań majstrować przy tym łóżku! – fuknął Draco patrząc na siostrę, która montowała jakieś czarne, małe coś na łóżku naprzeciwko zakochanej pary. Na szczęście oni tego widzieć nie mogli, bo siedzieli za daleko.
- Ale ono mnie kopnęło... – powiedziała z niewinną minką.
- Draco, teraz musisz ją przeprosić. I naucz to łóżko porządku, bo inaczej powiem do czego tutaj dochodzi pod nieobecność twojej rodziny... – spojrzał na mnie nie wiedząc o co mi chodzi – Wiesz, romans z panną Potter to już coś... – kuzyn wstał i zaczął nawalać łóżko. Gdybym była na miejscu wyrka podejrzewam, że poczułabym coś w rodzaju łaskotania, tylko, że jeszcze delikatniejsze.
- Lavile... – uklęknął i wziął jej dłoń – Przepraszam... Ja nie chciałem, żeby tak wyszło...
- Pocałujcie się i pogódźcie – stwierdziłam pokazując swój nadmiernie wysoki poziom yntelidżencji.
- Fuj! – krzyknęła Lav – Daj se siana Malfoy.
- Jeszcze raz przepraszam...
- Spoko, już idziemy.
- Ale...
- Meluś, idziemy. Mam nadzieję, że nie stęsknicie się za nami – Chang już otworzyła usta, żeby coś odpowiedzieć, ale nie było jej to dane – Bo my za wami na pewno nie zatęsknimy. Pa – zatrzasnęła drzwi i pobiegła do swojego dormitorium zostawiając mnie samą. Ja, nauczona, że śpieszyć się należy powoli, ruszyłam czymś pomiędzy truchtem a chodzeniem za nią. Czemu nie zaczekała na mnie? Jeszcze się zgubię w miejscu, które znam na pamięć! Jestem sama, samiuteńka wśród kamieni, z których zbudowano Hogwart... Chlip, chlip... Nikt mnie już nie kocha... Chlip...
Wpadłam na kogoś i oboje wylądowaliśmy na kanapie w dość ciekawej pozycji, która sugerowałaby patrzącemu z boku, że coś się właśnie dzieje, sam domyśl się co.
- UWAŻAJ JAK ŁAZISZ! – wydarłam się zapominając sprawdzić na kogo się drę – O, cześć Jake. Czemu nie siedzisz u Lav?
- Bo właśnie mnie po ciebie wysłała, a ty na mnie wpadłaś – odparł z rozbawieniem. I z czego on się tak niby cieszy?
- Aha – inteligentne stwierdzenie na poziomie ucznia piątej klasy Hogwartu.
- No widzisz, teraz wyszło na jaw co do mnie czujesz... – chwyciłam moją kieszonkową poduszkę i zaczęłam go walić w głowę – Żartowałem! – krzyknął próbując mnie z siebie zrzucić.
- I pamiętaj: nigdy nie wychodź z domu bez kieszonkowej poduszki – zabłysnęłam pokazując moją prywatną poduszeczkę – Dostępna tylko w telezakupach mango za jedyne dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć milionów dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć galeonów szesnaście sykli i dwadzieścia knutów. Koszt przesyłki pokrywa nabywca.
- Poproszę pięćdziesiąt pięć sztuk – powiedział Jake wyrywając mi poduszkę i podkładając ją sobie pod głowę.
- Niestety wszystkie już wyprzedane – zabrałam mu poduszkę – Chodź do kuchni, ja muszę wziąć żelki.
- Żelki – mruknął chłopak, ale ruszył za mną.
Po dwóch minutach już staliśmy w kuchni wśród małych wypierdków... To znaczy skrzatów przygotowujących jedzenie.
- Co panience podać? – zapytał jeden z nich, który wyglądał jakoś dziwnie znajomo.
- Pierdek? – zdziwiłam się uprzejmie na widok mojego starego skrzata.
- Tak, panienko. Czy może życzy sobie panienka czekolady? – Pierdek pamiętał jeszcze, że zawsze lubiłam czekoladę... Nieźle.
- Nie, dzięki. Podejrzewam, że nie posiadacie tutaj chomików i byłych Marka, więc poproszę trzy paczki żelków – skrzacik pobiegł i natychmiastowo przyniósł pięć paczek.
- Ty jesteś jakimś analfabetą? – zapytałam uprzejmie kopiąc go w tyłek – Dobra, my idziemy.
Wyciągnęłam Jakea z lochów na błonia, gdzie rosły kwiatki stokrotkopodobne, które smakowały jak kurczak... Tfu! Smakowały jak biała czekolada, ale były lepsze. Nazrywaliśmy ich bardzo dużo po drodze zjadając jedną paczkę żelków i wróciliśmy do dormitorium Lav.
- Akurat przyszliście, mam świeżutki film, właśnie zaczęli – przywitała nas Lav wskazując mi miejsce obok siebie, przed jej laptopem z gigantycznym monitorem.
- Kto? Co? – zapytał Jake, a ja usiadłam i wgapiłam się w monitor. Widać było w nim dormitorium Draco. A więc Lav przyczepiła do tego łóżka kamerę...
- A Pansy? – zapytał Draco. Chyba weszliśmy w połowie dialogu.
- Komu żelka? – zapytałam wyjmując pozostałe cztery paczki. Wszyscy wzięli po kilka i tak z czterech zrobiła się jedna z zawartością równą pięć żelków.
- Mopsem się przejmujesz? Draco Malfoy, syn Lucjusza Malfoya przejmuje się kimś, kto nie pochodzi ze starej rodziny czarodziejów? Przecież ona jest prawie szlamą! – Chang chyba naprawdę na niego leci. Zauważyłam, że ma jej szminkę już wszędzie, wliczając w to rozporek jego wcześniej nieskazitelnie białych spodni. Nie wiedziałam, że chłopak ze śladami różowej szminki wygląda aż tak dziwnie...
- Wiesz, ona myśli, że z nią chodzę, a za to mama myśli, że jestem zaręczony z jakąś dziewczyną z Beuxbantos, której na oczy nie widziałem – tak, mój kuzyn jest zaręczony od urodzenia z jakąś Cecil. Jaki debil nazwał swoją córkę Cecil? A może ona jest francuskim pudlem? Mój kuzyn ożeni się z pudlem! Lucjusz chyba tego nie przeżyje... Jak Narcyza może planować Draco ślub z pudlem? Dobrze, wiem, to pewnie magiczny pudel, ale jednak nie człowiek! A może Cecil nie jest pudlem tylko jest jakimś bogatym facetem, który do tego jest elfem? Albo pudlo-elfem? Albo pudełkiem? Albo ciastkiem? Jak jest ciastkiem, to długo nie pobędzie w naszej rodzinie, bo ją zjem.
- A jesteś z nią zaręczony? – zapytała Chang. Spojrzałam z zainteresowaniem na żelki i zaczęłam je powoli jeść.
- Tak., ale... – Draco jakoś nie skończył zdania. Spojrzałam na monitor: Draco lizał się z tą kretynką.
- Fuuuuuj! – powiedzieliśmy wszyscy razem, a ja i Lav powstrzymywałyśmy pawie.
- Woreczek! Woreczek! – krzyknęła Nili. Podałam jej opakowanie po żelkach, do którego Marmolada narzygała. Nie dziwię się jej.
Chang dalej obcałowywała Draco. Ja nie wiem, oni są chyba w jakimś poważnym związku już, skoro ona może go tak obśliniać gdzie jej się tylko podoba.
Przypatrzyłam się monitorowi. Nie, ona nie mogła tego zrobić... nawet taka dziwka jak ona nie mogła... A jednak ściągnęła mojemu kuzynkowi jego odświętną koszulkę. Ona ma dopiero piętnaście lat, a już dołączyła do szanownego grona pań spod latarni... Masakra. O tym cioci Narcyzie na pewno powiem... Chyba, że uda mi się zaszantażować jakoś Draco.
Na Merlina, teraz Draco zaczął ją rozbierać! Nie, ja nie pozwolę mu tak stracić dziewictwa! No, chyba, że już je stracił... Dobra, ja nie pozwolę mu tak po raz kolejny stracić dziewictwa!
Chang i kuzyn spadli z łóżka, zaraz potem na nie wrócili, kretynka była już pozbawiona górnej części odzieży, łącznie ze stanikiem. Nie, ja tego nie wytrzymam... To ma być moja rodzina?! Nigdy!
Zwróciłam dzisiejsze śniadanie, którego nawiasem mówiąc nie zdążyłam zjeść, żelki oraz wczorajszą kolację do jednej z paczek po wyżej wymienionych żelkach, chwyciłam poduszkę i pobiegłam do dormitorium Draco. Słyszałam za sobą tupot nóg, więc reszta albo miała ten sam odruch co ja, albo postanowili mnie powstrzymać. Mniejsza o to, i tak im się nie uda.
- DRACO!!! – wydarłam się wpadając do jego sypialni, gdzie razem z Chang leżeli na podłodze bez żadnych już ciuchów. Ja mu dam tracić dziewictwo z kimś kto nie jest Ślizgonem!
- Mela? Co ty tu robisz? – zdziwił się i ściągnął na nich kołdrę.
- Nie ważne co ja tu robię, ważne co ona tu robi – wskazałam na pannę Potter, która była już chyba przerażona
- Yyy... Tego... – och, sprawiłam, że mój kuzyn zaczął myśleć! Co prawda nad wymówką, ale to już jest coś – Śpi? – eee... A może jednak nie myślał?
- Czemu ona z tobą śpi nago? – zapytałam.
- Bo...
- Co tu się dzieje?! – krzyknął Sev wkraczając do dormitorium. Sytuacja była aż nazbyt jasna – Malfoy... Ale czemu z nią? Powiedz mi czemu z nią?
- Bo ona jest puszczalska.
- Wcale, że nie, bo... Mela! Mela! – ciemność. Stracili ze mną kontakt. Zaczęłam spadać w jakąś gigantyczną przepaść, na dnie był wielki pożar. Uderzyłam prosto w ziemię i nagle oślepiło mnie światło.
- Nic ci nie jest? – zapytał z troską Jake.
- Gdzie ja jestem? Skąd się tu wzięłam? – nie wiedziałam co się wokół mnie dzieje.
- Jesteś na swoim łóżku, w swoim dormitorium, znalazłaś się tutaj, bo wyjebałaś się na schodach jak szliśmy do dormitorium Lav – poinformowała mnie Lav. Ona mówi o sobie w trzeciej osobie liczby pojedynczej?! Nigdy tego nie robiła! Powinna mówić w liczbie mnogiej!
- A filmik z Draco? – wszyscy przyjrzeli mi się lekko zdziwieni.
- Faktycznie jest taki filmik, ale przypuszczam, że się porzygasz jak go zobaczysz, bo twój kuzynek liże się na nim z Chang. Nie martw się, to nic więcej, pewnie ją zostawi niedługo, szmatę głupią – poinformowała mnie Nili. Dorwałam się do kompa Lav i włączyłam filmik: rzeczywiście, Draco tylko całował się z tą idiotką, ale nic poza tym. Uff... A już myślałam, że będzie źle...
- Gdzie Lav? – zainteresowała się Viev spoglądając znad komórki z zajebistą tapetą GC.
- Nie wiem...
- Tak! Tak! TAAAAAAAK! – wydarła się Lav wbiegając w trampkach do dormitorium – Mela, idziemy! Będziemy biegać! Biegać w trampkach! – podniecała się i biegała w kółko po pokoju wymachując rękami.
- Już! – wyciągnęłam trampki z kufra, założyłam nowiutkie skarpetki w kolorze sraczkowatym, wstałam i... Od razu wywaliłam się z powrotem na wyrko.
- No proszę, jednak będziesz musiała trochę poleżeć – uśmiechnął się Sev. Skąd on się tu wziął? Nie widziałam, żeby wchodził... Prawdę mówiąc to jak leżałam na łóżku niewiele widziałam, ale jednak... – Co prawda dałem ci wcześniej eliksir, ale widać, że jeszcze potrzebujesz odpoczynku. Na ten czas do opieki nad tobą wyznaczam... – rozejrzał się po dormitorium. Lav, Lav, Lav! Proszę, niech to będzie Lav! Albo Viev! Tak, właśnie, Viev! – Jakea – wszystkim szczęki opadły, szczególnie samemu Jakeowi, do którego psor uśmiechnął się dziwnie. Za co? Dlaczego? – Będzie przy tobie siedział cały czas.
- Ale panie psorze... – zaczęłam próbując się ratować. Chłopak rozglądał się zdezorientowany.
- Meluś, nie martw się, napiszę wam zwolnienia. Do zobaczenia – i wyszedł pogwizdując. Koniec. Ja mam dość. Idę na jabłonkę.
- Gdzie idziesz? – zainteresował się mój opiekun. Wstałam i oczywiście znowu padłam na łóżko.
- Nigdzie, a czy ja wstałam? – uśmiechnęłam się do siebie w akcie rezygnacji. Już nawet zabić się nie mogę...
- Nie, ale chciałaś gdzieś iść – stwierdził inteligentnie Jake.
- Ucisz się – wyjęłam jakąś książkę o Blinkach pisaną przez siostrę Marka o tytule „Tales From Beneath Your Mom"” i zaczęłam ją czytać. Fajnie, że jest tu tyle o nich, a szczególnie o Tomie... Ej, kto rzucił ten słownik?! Lav! Jak mogłaś?! A co mnie niby obchodzi czas antenowy?! I co z tego, że Kazik każe?! Że co? Jestem na antenie... Eee... Przepraszam cię, drogi czytelniku, niestety mój czas antenowy się skończył i Kazik, mój producent, każe mi złazić ze sceny. Dalszy ciąg w next parcie!

Była to radosna twórczość Melka vel Mel vel Melissy Calaen z serii "Kocham Harryego Pottera"... Tfu! Nie ta seria, to przecież tytuł odcinka PoKeMoNóW... Miało być z serii "Zabić Pottera, czyli ZŁO w Hogwarcie" *gleba*
Za przeczytanie tego debilnego zakończenia musicie winić autorkę tego opowa, a nie jej jaźń czy jego bohaterkę. My nie mamy z tym nic wspólnego.

komentarze [6]